Hasło to: hibiskus. „Voicerals” Mai ∀. Ngom w Galerii Skala
Sztuką jest umieć przekształcić osobiste doświadczenia w materialność – w obiekty czy obrazy – i dzięki temu osiągnąć czytelność ekspozycji. Trudno jednak o tę klarowność w przypadku wystaw tak głęboko zakorzenionych w prywatnych historiach, że poprzez swoją specyfikę zbliżają się do zjawiska określonego przez Claire Bishop jako „harmonijne mikrowspólnoty”11 Claire Bishop, Antagonism and Relational Aesthetics, „October” 2004, , t. 110, s. 51–79. ↩︎. Teoretyczka w swoich tekstach o antagonizmie opisuje je jako przestrzenie, które choć estetycznie pociągające, opierają się na specyficznej hermetyczności, ograniczającej dostęp tym, którzy nie poznali prywatnego kodu danej osoby artystycznej. W tym momencie wkraczamy w newralgiczny obszar współczesnej praktyki, przez złośliwych określany za Gombrowiczem jako sztuka „ja, ja, ja”.
Indywidualna wystawa Mai ∀. Ngom Voicerals, która otworzyła się 17 kwietnia w Galerii Skala w Poznaniu, kuratorowana jest przez Romualda Demidenko, na co dzień pracownika Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej w Słupsku i Ustce. Twórczyni i kurator współpracowali już z sobą w przeszłości wielokrotnie. Maja w ubiegłym roku odbyła rezydencję właśnie w BGSW i to podczas niej powstała część dzieł pokazywanych obecnie w poznańskiej przestrzeni. Wcześniej, w 2021 roku, Demidenko przeprowadził z artystką wywiad dla „Kajet Journal”. Rozmowa dotyczyła jej praktyki, która już wtedy skupiała się wokół pochodzenia i tożsamości artystki, co z biegiem lat stało się głównym, jeśli nie jedynym i niewyczerpanym źródłem odniesień dla jej działań.
Ngom jest multidyscyplinarną artystką senegalskiego pochodzenia, w swojej praktyce wykorzystuje fotografię, tekst i rzeźbę. Uzyskała dyplom magisterski wydziału sztuk pięknych w Royal College of Art w Londynie, licencjat z fotografii w University of the Arts London, ukończyła też etnolingwistykę na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Na co dzień mieszka i pracuje w Londynie, ale urodziła się właśnie w Poznaniu, więc wystawa w Galerii Skala jest dla niej pewnego rodzaju powrotem do korzeni.
W jednej rzeźbie jest woskowy palec, w drugiej nos, w trzeciej usta i podbródek. Wszystkie są fioletowe, z dodatkiem hibiskusa.
Autorka we wcześniej wspomnianym wywiadzie podkreśla, że tekst jest „organiczną częścią jej pracy”. Również w Skali dostępny jest tekst kuratorski – krótki i zawierający ogólny zarys myśli przewodnich towarzyszących wystawie. Choć obiecuje „platformę reprezentacji pamięci zbudowaną wokół języka”, w praktyce działa jak zaproszenie do patrzenia przez dziurkę od klucza. Przy tak rozległym ładunku doświadczeń życiowych Ngom chciałabym wejść w ten świat, chciałabym go zrozumieć. Jednak tekst skutecznie pilnuje, abym nie mogła dowiedzieć się zbyt wiele. W efekcie moja fascynacja zderza się z poczuciem dystansu, a „język” rozpływa się w nastrojowej, ale nieprzeniknionej mgle.
W Skali znalazły się prace z cyklu Dark Polish Archives, nad którym Ngom pracuje już od lat. Rozbudowuje go o coraz to nowe i silniej związane z jej korzeniami realizacje rzeźbiarskie. Te najnowsze, zatytułowane tak jak cała wystawa, zostały umiejscowione w nieregularnym zbiorze pośrodku sali. Wszystkie wykonane z ceramiki – są ciemne i nieszkliwione. Mają różne formy: niektóre są bardziej ludzkie, cielesne, inne przypominają kwiatostany i systemy korzeniowe flory z jakiejś obcej planety. Mogę jedynie domyślać się lub raczej zgadywać, że mają one związek z czymś, co jest dla artystki ważne i dobrze znane. Trudno jednak dociec, czy moje skojarzenia choćby zbliżają się do trafnego odczytania.
Na pierwszy rzut oka obiekty tworzą spójny i jednolity ekosystem, połączony mrokiem matowego, niemalże czarnego materiału. Spośród nich wyróżniają się trzy, posiadające na szczytach wertykalne obręcze. W każdym okręgu umieszczono małą niespodziankę – woskowy odlew części ciała. W jednej rzeźbie jest to palec, w drugiej nos, w trzeciej usta i podbródek. Wszystkie są fioletowe, z dodatkiem hibiskusa. W oprawie ceramicznych kół, na totemicznych konstrukcjach, od razu kojarzą się z formą monstrancji czy relikwiarza. Sugerują tym samym powiązania z religijnością lub – co zapewne trafniejsze – z duchową warstwą ekspozycji.
Patrząc na ten zbiór jako na kolekcję relikwiarzy, można przenieść się w wyobraźni do miejsca ukrytego kultu, przekazującego jakąś opowieść. Tę instalację aż chce się eksplorować, chce się poznać jej zapewne magiczne właściwości, pytanie tylko: jak? Ciekawość znów miesza się z niedosytem – jestem w stanie wyczuć aurę przedmiotów, ale nie znam rytuału, który pozwoliłby je w pełni „uruchomić” w mojej głowie.
Z jednej strony liliowe zmiękczenie światła buduje atmosferę intymności. Z drugiej jednak strony zabieg ten działa jak wizualny bufor.
Może w tym pomóc to, co znajduje się poniżej linii wzroku, na podłodze – elementy umieszczone na nieregularnych kształtach wyciętych z drewnianych płyt. Poprzez swoje krawędzie przypominają wyspy, które jakieś pradawne siły wypchnęły na powierzchnię bardzo dawno temu. Archipelag form to udany zabieg scenograficzny. Fizycznie wymusza ruch i zmianę punktu widzenia, co jest jedyną dostępną formą nawigacji po tym nieznanym lądzie. Pięć platform tworzy strukturę, na której każdym fragmencie zawiera się inna część historii zobrazowanej przez ceramiczne bryły.
Całą kompozycję ze wszystkich stron otaczają fioletowo-różowe zasłony z gazy, do których farbowania po raz kolejny użyto (między innymi) wspomnianego hibiskusa. Półprzeźroczyste, długie wstęgi materiału filtrują obraz oraz światło, osłaniając również świetlówki oraz okna. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy ten zabieg ma przenosić w odrealnione miejsce ze sfery wspomnień, czy raczej stworzyć dla prac bezpieczny habitat, w którym wszystko ulega liliowemu zmiękczeniu. Tkaniny te działają jak instagramowy filtr „Rio De Janeiro” nałożony na rzeczywistość galerii. Estetyzują przestrzeń, ale jednocześnie skutecznie odgradzają od „tu i teraz”, zamykając całość, łącznie ze mną, w kolorowym kokonie.
Ważnym elementem ekspozycji jest coś niewidocznego, czego nie można dostrzec, nawet jeśli usilnie by się próbowało. Jest to jednak niezaprzeczalnie integralna część tego, co widać, a raczej – co słychać. Prezentacji przez cały czas towarzyszy sonosfera, dźwiękowa rzeczywistość stworzona na tę konkretną okazję. Nagrana warstwa audio składa się z tradycyjnych pieśni inicjacyjnych z sereskiej (od Sererów, jednej z najstarszych grup etnicznych w Senegalu) kosmogonii i została zbudowana dzięki głosom performerek: Ngnimy Sarr (aka T.I.E), Niki Klimaty i Sylwii Achu. Muzyka jest kolejnym komponentem sprawiającym, że myśli coraz częściej kierują się ku sacrum i istocie kultu samego w sobie – co rozumiem jako powtarzalną dbałość o pamięć przodków i tradycje danej społeczności. Brzmi to bardzo intrygująco, jednak nie znajdując na wystawie choćby poszlak potwierdzających, że zmierzam w odpowiednim kierunku, trudno mi o jakąkolwiek pewność.
Wystawa Mai ∀. Ngom to studium przypadku współczesnego nurtu, w którym tożsamość staje się głównym tworzywem. Choć artystka z sukcesem przekłada niematerialne wspomnienia na konkretne obiekty – ceramikę, wosk czy dźwięk – ostateczna „czytelność” ekspozycji pozostaje kwestią sporną. Zastosowanie roślinnych barwników i półprzeźroczystych zasłon tworzy specyficzną scenografię izolacji. Z jednej strony liliowe zmiękczenie światła buduje atmosferę intymności. Z drugiej jednak strony zabieg ten działa jak wizualny bufor. Estetyzacja sprawia, że osobiste doświadczenia zakodowane w pracach stają się bezpieczne, ale i odległe. Współodczuwam pięknie opakowaną tajemnicę, do której nie otrzymałam pełnego kodu dostępu.
Liliowy schron okazuje się habitatem całkowicie samowystarczalnym – takim, który nie potrzebuje potwierdzenia ani nawet zrozumienia ze strony odbiorcy, by w pełni istnieć.
A co, jeśli ta „tajemniczość” jest intencjonalna? Moja niemożność zdekodowania wystawy wydaje się wtedy wpisywać w szersze zjawisko, jakim jest zwrot ku strategicznej „niedostępności” na polskiej scenie artystycznej. Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z pokoleniowym zmęczeniem tą odmianą sztuki tożsamościowej, która przez lata opierała się na łopatologicznej publicystyce i dosłownym eksploatowaniu osobistych narracji. Być może jest to po prostu przesyt przekazem, który jest tak bezpośredni, że momentami aż przezroczysty. Wpisuje się to w coraz wyraźniejszy trend – widać go choćby w malarstwie Ant Łakomsk czy Karoliny Szwed, gdzie to, co najważniejsze, zostaje sprytnie schowane pod warstwą rozmycia i wizualnego powidoku, skutecznie uciekając przed prostą interpretacją.
Zjawisko to nabiera szczególnej wagi, jeśli odczytamy je przez pryzmat koncepcji Édouarda Glissanta, który postulował „prawo do nieprzejrzystości” (le droit à l’opacité). Według niego odmowa bycia „rozpracowanym” przez dominujące, wiecznie katalogujące wszystko oko widza to czysta forma oporu. W świecie zdominowanym przez polityczną polaryzację i nieustanne przesuwanie dyskursu w stronę radykalnych uproszczeń, taka ucieczka w enigmatyczność staje się gestem politycznym par excellence. Podobnie jak w rzeźbiarskich instalacjach Agaty Ingarden, gdzie skomplikowane układy z wosku, metalu czy szkła tworzą bariery nie do przejścia dla prostych, publicystycznych odczytań, tak u Ngom liliowy tiul i zapach hibiskusa działają jak systemy obronne.
W tym ujęciu hermetyczność wystawy w Skali przestaje być błędem w komunikacji, a zaczyna bardziej przypominać świadome wytyczanie granic własnego terytorium, stawianie płotu w poszukiwaniu prawa do osobności. Można to odczytać jako gest kogoś, kto niekoniecznie ma ochotę stać się kolejnym „ciekawym tematem” do przemielenia w medialnym szumie. Ten liliowy schron staje się więc przestrzenią, w której integralność komunikatu nie musi zostać poświęcona na ołtarzu publicznej dyskusji czy doraźnych, ideologicznych potrzeb.
Tak zdefiniowane Voicerals przekonuje spójnością nastroju, ale ostatecznie rezygnuje z dialogu na rzecz monologu. Wspomniany wcześniej liliowy schron okazuje się habitatem całkowicie samowystarczalnym – takim, który nie potrzebuje potwierdzenia ani nawet zrozumienia ze strony odbiorcy, by w pełni istnieć. To doświadczenie podobne do przebywania w „strefie poza zasięgiem”: podziwiam warsztat, doceniam materialność i mrok, a jednak muszę zaakceptować, że dopuszczono mnie jedynie do przedsionka czyjegoś prywatnego świata. Sztuka Mai ∀. Ngom staje się tu więc lustrem weneckim, przez które ona widzi swoją historię w pełnym świetle. Ja zobaczyłam odbicie własnej ciekawości.
Zuzanna Stempska – artystka wizualna, autorka tekstów, badaczka sztuki. Entuzjastka patyków i praktyk postartystycznych. Absolwentka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Współzałożycielka Artystycznego Związku Sportowego.
Przypisy
Stopka
- Osoby artystyczne
- Maja ∀. Ngom
- Wystawa
- Voicerals
- Miejsce
- galeria skala
- Czas trwania
- 18.04—31.05.2026
- Osoba kuratorska
- Romuald Demidenko
- Strona internetowa
- galeriaskala.com/voicerals/



