Brud życia to ścięgna języka. „W środku słowa” w Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej
W połowie grudnia ubiegłego roku słupski oddział Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej otworzył kuratorowaną przez Romualda Demidenko wystawę W środku słowa. Wchodząc tam, od razu zadałem sobie pytanie – co jest lub co może być w środku słowa? Jak otworzyć język, żeby dobrać się do jego środka? Czy to akt okrutny i masochistyczny, jak zdzieranie z siebie skóry? A może to jakaś rozkosz typu zrywanie ząbkami warstwy czekolady z niesłabnąco popularnych w naszym kraju delicji szampańskich?
Wystarczyło jedno popołudnie gapienia się na obiekty, słuchania głosów i błądzenia w dwóch niewielkich pokojach, żeby uzyskać szereg odpowiedzi na postawione mi przez tytuł wystawy pytanie. Wyszło bowiem na to, że do środka słowa droga wiedzie i przez zdzieranie z siebie skóry, i jedzenie z kimś delicji, albo raczej – opowiadanie komuś, przy delicjach, że najpierw zdzierało się z siebie skórę, potem była drzemka, przy kawie myślenie o sobie za pomocą słów, a na kolację dwie paczki takich samych delicji.
W Słupsku widziałem odsłonięte ścięgna języka, wywleczone nerwy komunikacji, przemielone mięcho codziennych rozmów. I okazało się, że grzebanie w środku języka jest i rozkoszne, i okrutne, i kameralne, i spektakularne, i polityczne, i… zajebiście zwyczajne.
No i właśnie w orbitowaniu wokół tej zwyczajności znalazłem siłę inspirującą do zastanawiania się nad każdym wypowiedzianym czy napisanym słowem. Bo jeżeli miałbym podsumować tę wystawę jakimś jednym hasłem lub obrazem, szukałbym w obszarze takich sformułowań jak „brud życia”, „codzienne zmagania”, „komunikacja jako chleb powszedni”.
Zastaję ślady niedokończonych rozmów, w postaci strzępów albo starannych rekonstrukcji. Przez to, od razu – ciekawe uczucie podglądania kogoś lub czegoś, często przez przypadek.
Większość obiektów zaraża mnie potrzebą dekonstrukcji najzwyklejszych aktów porozumiewania się. Nie ma tu filozoficznych naddatków czy metodologicznego szpanerstwa, nikt nie ma potrzeby bycia kochanką Wittgensteina czy ludzkim przypisem do tomiszcz językoznawstwa. Chodzi o język żywy, będący w użyciu – piękny i podejrzany jednocześnie, odsłaniający społeczne nierówności, zakodowane w mowie przywileje i systemy opresji. Okazuje się, że brud życia to ścięgna języka. A w środku języka jest przeżywane przez nas żyćko. Tak więc, na pytanie „co widziałem w Słupsku?”, odpowiadam – rozłożone na wiele multiplikujących się wrażeń doświadczenie przekomunikowanej i ledwo komunikującej się codzienności.
W pracach – subtelny, staranny namysł nad taką codziennością. W ten sposób zacząłem o tym myśleć. Ale jaki mam stosunek do tych subtelności jako oglądacz?
Nagle znajduję się w samym środku jakichś od dawna trwających aktów komunikacji. Sensy i emocje zaczęły dziać się tu przed moim przyjazdem. Zastaję ślady niedokończonych rozmów, w postaci strzępów albo starannych rekonstrukcji. Przez to, od razu – ciekawe uczucie podglądania kogoś lub czegoś, często przez przypadek. Jakbym znalazł się w pomieszczeniu, do którego zaraz wrócą mający swoje codzienne dylematy mieszkańcy – jakieś arcyludzkie istoty, tak ludzkie, że aż przerysowane – jak bohaterowie filmów Mike’a Leigh.
Myśląc o nawiedzonej ludzkimi sprawami przestrzeni, musiałem spocząć na wielkiej czarnej kanapie. Znalazłem wygodny mebel, bo myślałem o ludziach, o tym, że ta cała gra w nadawcę, komunikat i odbiorcę to gra w osoby albo zjawiska tak uosobione, że sprawnie się komunikują. Kanapa w centrum drugiego pomieszczenia wprowadzała też dwa potężne efekty: udomowienia i udziwnienia. Czymś domowym jest jej wygoda i możliwość nieograniczonego taplania się w przeszłości. Udziwniającym – to, że była to kanapa w guście scenografów strzelanek w biurowcach, studyjnych pornoli, odważnie urządzonych gabinetów i przypadkowo urządzonych knajp. Beżowa kanapa, która potrafi udawać wiele innych kanap. Hollywood i polska powiatowa w jednym meblu. A obok – uniwersalna półeczka z poczekalni dentystycznych, zawierająca archiwa, książki i urządzenia do odsłuchiwania audio-światów, miliona lat emocji jakiegoś miliona różnych, nagranych bądź zapamiętanych osób.
Technologia nie jest tutaj ponuklearną fobią, a czymś, co ułatwia komunikację i reprezentację.
Bardzo podobało mi się, że w pierwszym wygodnym, bezpiecznym, ludzkim, kulturowo przeze mnie oswojonym miejscu od razu byłem atakowany z trzech różnych, bardzo intensywnie działających mediów. Kanapa stała bowiem na przecięciu umieszczonej na tej stomatologicznej półeczce oldskulowej empetrójki Grzegorza Bożka z Nagraniami z terenów (2017–2019), książki/albumu z komunikacyjnym zmaganiem między Elką Krajewską a jej neurologicznie chorą matką, oraz cielesnego, dynamicznego, dwuekranowego wideo z Lip Service (2023) Ani Nowak i Atheny Lange.
Z pozycji kanapy można więc stymulować się trzema mediami jednocześnie, na zmianę albo po kolei. Aż nie miałem czasu wyciągnąć telefonu.
Żartuję. Wyciągnąłem telefon, bo Nagrania z terenów Grzegorza Bożka zainspirowały mnie do zapisywania tych zasłyszanych słów i motywów, które po prostu uda mi się zapisać, złapać, zakomunikować na klawiaturze smartfona w jakąś emocję czy coś innego. Chodziło mi o to, że słuchając po kolei plików z nagraniami, poczułem się w satysfakcjonujący sposób przebodźcowany czyimś życiem. Przytaczam swoją notatkę: miałem kaszel, nie patrz w oczy tylko na uszy, ma kształt ludzkiego embrionu, ma zapisany kształt dziecka, tej samej zimy kolega ma dziecko i piją pępkowe i przyszła nowa epoka no nowa zupełnie, kosmos, przez wieś, trzaskanie porostów Zaskórskiego Bartosza, włosy w nosie zamarzają, Andrzejek zamarzł, wcześniej jadł pierogi których nigdy nie zapomni, potem gdzieś idzie i gdzieś idzie, świat mrozu, człowiek siedzi na ławce, a nad nim siedzi inny człowiek i kopie go w podeszwy, czyli w końce wszechświata […].
Co to było? Paręnaście plików, a na nich – złożone ze słów, komunikatywne, poetyckie historie kontra trzaski, niekomunikatywne dźwięki. Ponad dwie godziny skondensowanych ludzkich żyć w jednym małym, głupim urządzonku ze słuchawkami. Obok tego kącika z audio-farszem życia, stoją na podłodze dwa wielkie telewizory. Ich rozmiar przypomina mi, że w jakimś starym filmie mogłyby mnie po prostu zjeść.
Zapętlany na wielkich telewizorach film działa jednak w innych obszarach niż sprzęt, który przypomina o filmach z odbiornikami jedzącymi ludzi. Technologia nie jest tutaj ponuklearną fobią, a czymś, co ułatwia komunikację i reprezentację. W prezentowanym dwukanałowym wideo Ania Nowak występuje obok głuchej performerki Atheny Lange. Tutaj nie ma żadnego dźwięku, magma żyćka przewala się w wizualnym. Jest więc obraz podkręcony w rejony błyszczącego kina noir, dokamerowa odwaga, cielesny performans. A wszystko to w ramach propozycji relacyjnego alfabetu homoerotycznych gestów.
W tamtym rejonie wystawy znajduję jeszcze wspomnianą już książkę Elki Krajewskiej i jej matki. Ma ten walor, że można ją czytać na tysiące różnych sposobów. Na mnie najmocniej zadziałały jednak dwa tryby. Po pierwsze, jako wzruszający raport z prób porozumiewania się dwóch kochających się wzajemnie osób – matki, która wskutek choroby przestaje się komunikować, i córki, która różnymi sposobami, między innymi sztuką, próbuje czegoś się jeszcze od niej dowiedzieć i coś jej powiedzieć. Po drugie, książka Krajewskich uderzyła mnie jako błyskotliwy konkret poezji. Przeglądając album matki i córki, można znaleźć takie między innymi frazy: Moje serce / jak ja cię kocham / jak ja bardzo radość mam; czy: spałam ale / cały dzień / To już niedługo będzie / zrywają się światła / posłuchaj, dużo wychodzi.
Pokazywany różnymi mediami komunikacyjny brud języka jest przyporządkowany bardzo wyraźnym postaciom. Wiemy, kto kim jest i nawet możemy uprawiać psychologię.
Specyficzne audio-badania terenowe Grzegorza Bożka atakują więc dźwiękiem, Ania Nowak & Athena Lange dwukanałowym wideo ze swoim alfabetem miłosnych gestów, a matka i córka Krajewskie – precyzją poetyckiej frazy, która wykrystalizowała się w procesie wspólnego radzenia sobie z chorobą. Staję się po tym wszystkim cięższy, w ten wartościowy sposób. I świadomy różnych mediów, dzięki którym różne osoby porozumiewają się różnymi kodami, które czasem są świadectwem miłości, czasem opresji, a najczęściej – i opresji, i miłości.
Kiedy wstałem wreszcie z kanapy, przestrzeń wystawy wydała mi się zorganizowana ze świadomością, że „w środku języka” to jakieś gdzie indziej, tkwi sobie albo tkwiło w zakończonych albo jeszcze nierozpoczętych procesach. Znalazłem się w miejscu, które odsyłało mnie do innych miejsc, które odsyłały mnie i siebie do jeszcze innych miejsc. Tytułowe W środku słowa znajduje się więc w wielu różnych miejscach jednocześnie, co wydaje mi się wielką zaletą tej wystawy.
A ogrom tych miejsc zaludniają ci, którzy zaproponowali światu kanapę, broń nuklearną i przemoc symboliczną – ludzie. Nie są pozostawieni jednak jako ulotne głosy, strzępy istnienia czy inne takie. Człowiek z tej wystawy przemawia w całym majestacie tożsamości i biogramów. Komunikowanie siebie w wystawie o komunikowaniu jest fascynujące i w jakiś sposób zostało też przyjęte jako konkretna strategia w słupskiej przestrzeni BGSW.
Pokazywany różnymi mediami komunikacyjny brud języka jest więc przyporządkowany bardzo wyraźnym postaciom. Wiemy, kto kim jest i nawet możemy uprawiać psychologię. Język nie jest w słupskiej wystawie traktowany jako abstrakcyjna rzecz, której można przyglądać się w wyabstrahowaniu od posługujących się jego różnymi odmianami osób. W środku słowa to więc też wśród ludzi, których nie muszę sobie wyobrażać, bo pokazują mi się w kompatybilnych z wystawianymi obiektami biogramach.
Nieprzejrzysty, abstrakcyjny i tylko fragmentami coś przypominający obiekt staje się w tym kontekście totemem takiej tożsamości, a mnie, jako podglądacza, wrzucił w wir obcości.
Gra zaproponowana przez świat wystawy wydaje się więc uczciwa i prosta. Wyeksplikowane w biogramach tożsamościowe opowieści współgrają z obiektami, dopowiadają sensy czy wręcz pozwalają zrozumieć daną pracę. Osoba podglądająca znajduje się w środku jakiejś sytuacji szeroko rozumianej rozmowy, jako podsłuchiwacz, spacerowiczka, sojusznik albo widzka z szerokim dostępem do danych o cudzym żyćku. W ten sposób realizuje się wyrażona w notce prasowej obietnica o „wystawie-tekście” jako miejscu, które może być także czytelnią, platformą negocjacji, sceną intymnych wyznań i czymś, co próbuje być polem walki, którą rozumie się tutaj jako ciąg pytań o reprezentację i słyszalność głosów marginalizowanych.
Jako sztukę negocjującą własne miejsce w historii można „przeczytać” rzeźbę Mai ∀. Ngom, którą tekst kuratorski Romualda Demidenko proponuje postrzegać jako kontynuację cyklu Dark Polish Archives. Rzeźbiarskie formy Ngom odwołują się do glissandowskiego pojęcia „nieprzejrzystości” i mają działać jako ciągle ponawiane próby negocjowania tożsamości diasporycznej – myślanej jako coś, co jest w ciągłym ruchu i plasuje się poza dostępnymi kategoriami. Nieprzejrzysty, abstrakcyjny i tylko fragmentami coś przypominający obiekt staje się w tym kontekście totemem takiej tożsamości, a mnie, jako podglądacza, wrzucił w wir obcości i dał szansę na chwilę spędzoną w terytorium innym niż te, które oswoiłem czy od zawsze były dla mnie środowiskiem naturalnym.
Innym rodzajem negocjacji są prace Elki Krajewskiej, przede wszystkim wideo, które artystka stworzyła ze swoim partnerem, Gregorem Neuererem. Ich Her of Her Through Her ma przypominać oglądającym poezję konkretną, w której słowo staje się grafiką odnoszącą się do relacji społecznych. W tym prostym wideo dwa języki dwóch kochających się osób zlewają się w jeden, wspólny materiał twórczy. Różnice, nieporozumienia i raz za razem ponawiane próby „dogadania się” błyskawicznie stają się tematem pracy i lawirują między relacjami władzy zapisanymi w tekście a poruszającą historią relacji osób z innymi kodami kulturowymi. Praca Krajewskiej i Neuerera w przestrzeni wystawienniczej zostaje zderzona z cyklem Krajewskiej Polish Gatherings. Kredka świecowa na tkaninie łączy ze sobą w ekspresyjne kompozycje zdekonstruowane, przekopane wręcz litery – i rozbite, porozciągane ciała. Cykl składa się na prostą i tą prostotą uderzającą opowieść o trwających latami relacjach, w których czułość i złość dopełniają się i stają rodzajem hymnu wzywającego do zaangażowania w emocje.
Wystawa jest jeszcze jednym przykładem, że da się porozumiewać inaczej, a osoby wykluczane jako inne potrafią się komunikować, reprezentować i działać na przecięciu różnych języków, kodów, trików.
O ile realizacje otwartej na różne formy współpracy Elki Krajewskiej raz za razem odsyłały mnie do obszarów najintymniejszych relacji międzyludzkich, tak zgromadzone przy wejściu na wystawę prace Ady Adu Rączki są przykładem jeszcze innej negocjacji. Ta pracująca z poezją i malarstwem osoba artystyczna twórczo przetwarza język niebinarny na świadectwa swojego istnienia w świecie i wobec świata oraz stara się tworzyć pewnego rodzaju mapy niebinarności dla innych – oglądających sztukę w dalekiej czy niedalekiej przyszłości, myślących o swojej tożsamości i żyjących w przekonaniu, że ogólnie uznany umową społeczną język jest niewystarczający i kapituluje wobec ciągle przeobrażającej się rzeczywistości. Powieszony na ścianie tekst Adu Rączki pt. Droga osobo jest czymś w rodzaju miłosnego listu w butelce – osoba pisząca nie wie, do kogo trafi, ale i tak formułuje go w miłosnej konwencji. Pod koniec ma nadzieję, że „znajdziesz tu przyjemność”, ale przede wszystkim pisze o sobie. Nie jest to natomiast autofikcja w rodzaju zachwytu nad własną wrażliwością, a katalog zajawek, spisany jakby w nadziei na odnalezienie w oglądających wystawę osób sojuszniczych, podejmujących te same gry z językiem – „Lubię słuchać, czytać i zapamiętywać słowa, wypowiadać je, notować, podkreślać, fotografować, robić przy ich użyciu listy, mapy myśli, zbiory, pliki ze zbiorami, pisać je, zestawiać, malować […]”. W rozbrajaniu i przetwarzaniu języka Rączce towarzyszą akwarele, ołówek, olej, pasta strukturalna, druk cyfrowy na bawełnie i ogromna, przeskalowana wstążka z nadrukowanymi na nią fragmentami z książki Chciałośmy (Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2022). Wszystkie te „teksty wizualne” stanowią zaproszenie do współ-przeobrażania siebie, języka, świata, czyli siebie w języku w świecie, i tak dalej.
W środku słowa jest przestrzenią, w której różne opowieści się dopinają, dopowiadają. Niektóre z nich mają pokrzepiające zakończenia. Akty komunikacji kończą się sukcesem – jakimś wyznaniem miłosnym albo po prostu wypowiedzeniem czy nazwaniem czegoś. Ta wystawa jest jeszcze jednym przykładem, że da się porozumiewać inaczej, a osoby wykluczane jako inne potrafią się komunikować, reprezentować i działać na przecięciu różnych języków, kodów, trików. Wyszedłem ze słupskich pomieszczeń BGSW nie tylko z rozbudowaną podejrzliwością wobec własnych aktów komunikacji, ale i sercem rozgrzanym nadzieją. Bo W środku słowa jest także opowieścią o sprawczości i inspirującym wezwaniem do uważnego, psotliwego, odważnego, przebojowego, dokonywanego na własnych zasadach przechwytywania i używania języka.
Mateusz Górniak – pisarz, dramaturg i krytyk filmowy. Autor książek Trash Story (Ha!art, 2022), Dwie powieści ruchu (Filtry, 2023), Ćpun i Głupek (Convivo, 2025) oraz Pięć adaptacji (Ha!art, 2025). Współrealizował projekty teatralne między innymi w Nowym Teatrze w Warszawie czy Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Jego eseje, opowiadania i teksty dla teatru były publikowane na przykład w “Dialogu”, “Kinie” czy “Małym Formacie”.
WięcejPrzypisy
Stopka
- Osoby artystyczne
- Ada Adu Rączka, Elka Krajewska & Gregor Neuerer, Maja ∀. Ngom, Ania Nowak, Grzegorz Bożek, osesi kolektyw, Maja Demska
- Wystawa
- W środku słowa
- Miejsce
- Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej
- Czas trwania
- 13.12.2025 – 22.02.2026
- Osoba kuratorska
- Romuald Demidenko
- Fotografie
- Krzysztof Tomasik
- Strona internetowa
- bgsw.pl/w-srodku-slowa/




