Sztuka przełomu i gnijące trupy ideologii. Dwugłos o książce Daniela Muzyczuka „Zmierzch magów”
Magiczne rezonanse, techniki mitu
Rafał Księżyk
Zmierzch magów może wydać się pozycją nieco hermetyczną, ale cóż to znaczy wobec tego, jak intrygująco książka Daniela Muzyczuka rezonuje z tym, co tu i teraz, na przeróżnych poziomach. Weźmy na przynętę wymiar wręcz trywialny, seriale. Dopiero co publiczność zachłysnęła się Heweliuszem, a tutaj, proszę, w Zmierzchu magów znajdujemy przyczynek do tej historii. Gdy chłopaki z artystycznej grupy Totart w 1995 roku dowiedzieli się o zatonięciu promu, ich lider, Zbigniew Sajnóg doznał wglądu i stwierdził, iż to sprawka diabła. Zaraz potem spalił swoje artystyczne archiwum i dołączył do sekty Niebo. Tak, tej samej, której poświęcony jest kolejny przebojowy serial krajowej produkcji. Pora zatem nakręcić coś o Totarcie? Poprzestańmy na tym z serialami, ja wolę poczytać, choćby Zmierzch magów. Książka wprost pęka w szwach od takich historii, gdzie ekscentryczni artyści wnikają w dziwaczne rejony rzeczywistości, co niekiedy pozwala nam odkrywać jej zapoznane aspekty i odczytywać ją na nowo. Z tej racji czytam to gęste, erudycyjne studium jak najlepszą przygodówkę.
Ot, taka jeszcze opowieść, muzyk i performer Sergiej Kuriochin, lider awangardowej sceny Leningardu, w 1991 roku wykorzystuje wyzwolenie mediów doby głasnosti i tworzy audycję telewizyjną, w której przekonuje rodaków – zadziwiająco skutecznie – iż Lenin był grzybem. A potem, w 1995, widzimy Kuriochina, jak gra na wiecu wyborczym Partii Narodowo-Bolszewickiej Aleksandra Dugina. Istotne, że w tamtym czasie ci dwaj napisali wspólnie Manifest Nowych Magów. Poza człowiekiem, wątek ezo z Alisterem Crowleyem, René Guenonem i Juliusem Evolą, jak również szeroko pojęty energetyzm, będą przewijać się w książce nieustannie. I oto mamy inny rezonans Zmierzchu magów, tym razem z groźną, wielką polityką i bestialską inwazją rozgrywającą się tuż za naszą granicą. Przecież Dugin, piewca euroazjatyzmu i kryptologii, stał się czołowym ideologiem putinowskiej Rosji. Performance z grzybem, który wydawał się pysznym aktem wolnościowym, okazuje się klasykiem rosyjskiej dezinformacji. Warto dodać, że Partia Narodowo-Bolszewicka przyciągnęła w swoje szeregi silną grupę ze środowisk punk rocka, na czele z Jegorem Letowem, liderem legendarnego zespołu Grażdanskaja Oborona. Stąd się bierze wiodący temat Zmierzchu magów, który można sprowadzić do wielce niepokojącego pytania: jak to się stało, że undergroundowi artyści z lat 80., po upadku autorytarnych systemów znaleźli sobie miejsce na pozycjach prawicowych.
W listopadzie 2019 roku w Muzeum Śląskim w Katowicach odbywał się festiwal I Biennale Industrii. Prowadziłem panel o „industrialu” i najbardziej utkwiła mi w głowie wypowiedź Dariusza Misiuny, największego w Polsce znawcy tematu. Gdy padło pytanie „A gdzie dziś odnajdziemy ślady kultury industrialnej?”, odparł: „W kampanii wyborczej Trumpa, w Qanon”. W pierwszym momencie zabrzmiało to szokująco, ale po chwili… Ano tak! Wojna informacyjna, niegdyś propagowana z triksterskim zacięciem w industrialnym undergroundzie, dziś jest w gestii fabryk trolli.
Ciekawe czemu Muzyczuk nie podjął tematu głośnych w połowie lat 90. nawróceń muzyków z kręgu polskiego punka i metalu. Autor, nota bene nazbyt chyba szerokim gestem szafujący pojęciem gnostycyzmu, miałby tu wdzięczny okaz w postaci Tomasza Budzyńskiego.
To zagadnienie, potraktowane szerzej i w świetle doświadczeń z okresu pandemii, podjęła Naomi Klein w Doppelgänger (2023), gdzie m.in. mowa o tym, jak w epoce mediów społecznościowych, postprawdy i teorii spiskowych prawica przechwyciła krytyczne strategie lewicy. Klein odwołuje się do zjawiska diagonalizmu, które opisali William Callison i Quinn Slobodian stwierdzając: „nowe formy populizmu przejęły całą kontrkulturę lat 60., 70. i 80. przekształcając ją w groteskową karykaturę antyestablishmentu, pozbawioną jakiejkolwiek analizy politycznej, bazującą na krytyce władzy państwowej i mediów, bez podjęcia kwestii kapitału”. Mamy kolejny doniosły rezonans Zmierzchu magów. Muzyczuk przygląda się korzeniom tego zjawiska w czasach przełomowych dla naszej części Europy. Buszując po nieznanych szerzej zakamarkach rosyjskiego undergroundu lat 80. i 90., wyławia stamtąd nieprawdopodobne indywidua, pomysły i zjawiska, szalone, radykalne, absurdalne. Odnosi się do sztuki, kina, filozofii, muzyki i prawicowej literatury science fiction. Brawurowa erudycja autora w tym zakresie stanowi porywający walor tego studium.
Działania te zestawia Muzyczuk z wybranymi epizodami polskiej kontrkultury tamtych czasów, wskazując na „bliźniacze historie”, wymowne koincydencje. I tak paleniu archiwów Totartu przez Sajnoga, odpowiada stos, na którym w 1998 roku artyści z kręgu Timura Nowikowa z inkwizytorskim zacięciem palili książki, obrazy, narkotyki i pisma porno. Nowikow, malarz, projektant, teoretyk, muzyk, twórca założonego w 1982 roku kolektywu Nowi Artyści, zaprzyjaźniony z Kuriochinem i zespołem Kino był jednym z najciekawszych aktywistów zbuntowanej leningradzkiej bohemy. Raptem, w 1989 roku założył Nową Akademię Sztuk Pięknych zwracając się ku pozycjom konserwatywnym i lansując neoklasycyzm.
Inne powinowactwo zachodzi między „nihilistami” lat 80., polską grupą artystyczną Kultura Zrzuty, która szukała „trzeciej drogi” między komuną a kościołem i rosyjskimi nekrorealistami. Kolejne dotyczy wierzącego w „tajemną zgodność jogi z chrześcijaństwem” Tadeusza Micińskiego i Jewgienija Gołowina, który wywodził się z legendarnego Kręgu Jużyńskiego. To w owym kręgu dysydenci lat 70. w pijanym widzie dyskutowali o „cudem” odnalezionych, i niezakazanych, w moskiewskiej Bibliotece im. Lenina dziełach Guenona, Gurdżijewa i Evoli, co dostarczyło inspiracji młodemu Duginowi.
Czwartym, po Kuriochinie, Nowikowie i Sajnogu, bohaterem, któremu uważnie przygląda się Muzyczuk jest Robert Tekieli. Swą dziennikarską karierę zaczynał on w aurze postmodernistycznych skandali jako naczelny „bruLionu”, najciekawszego polskiego pisma kulturalnego przełomu lat 80. i 90., by niebawem przejść na pozycje katolickiego fundamentalisty tropiącego diabła w tai chi i książkach o Harrym Potterze.
Swoją drogą, ciekawe czemu Muzyczuk nie podjął tematu głośnych w połowie lat 90. nawróceń muzyków z kręgu polskiego punka i metalu. Autor, nota bene nazbyt chyba szerokim gestem szafujący pojęciem gnostycyzmu, miałby tu wdzięczny okaz w postaci Tomasza Budzyńskiego. Wokalista i tekściarz zespołu Armia w 1991 roku współtworzył słynną płytę Legendę, w której ezoteryk Jerzy Prokopiuk dopatrzył się powrotu gnostycyzmu. Wkrótce później Budzyński przeszedł odnowę w Duchu Świętym przy okazji zdecydowanie potępiając punkowe środowisko, z którego wyszedł. Na tym nie poprzestał, pamiętam, jak przerwałem lekturę jego memuarów Soul Side Story w momencie, gdy perorował jakim złem była rewolucja francuska.
Całą tę gromadkę indywiduów uznaje Muzyczuk za przejaw tego samego środkowoeuropejskiego ruchu wiodącego od kontrkultury do reakcjonizmu. I tu mam problem, bo jego uwagi o „bliźniaczych historiach” wydają mi się skojarzeniem nieco naciąganym, a to z racji na całkiem odrębną specyfikę, niech będzie, acz z przekąsem: „rosyjskiej duszy”. O ile pisząc o polskim undergroundzie, Muzyczuk przydaje mu kontekstów historycznych sięgających do romantycznego mesjanizmu, Micińskiego i Witkacego, wobec wątku rosyjskiego cofa się co najwyżej do Lwa Gumilowa (1912-1992). A przydałoby się dołączyć tu ezoteryczne tradycje.
Zacząć wypada od Nikołaja Fiodorowa (1829-1903), który postulował wskrzeszenie zmarłych i podbój kosmosu (a przy okazji morderczą eksploatację Ziemi) celem uniknięcia przeludnienia, co uczyniło go ojcem kosmizmu. Niektórzy widzieli w nim herosa humanizmu, mistyka i wizjonera, ale nie powinien umykać uwadze fakt, iż kosmizm, więcej zawdzięczający okultyzmowi, niż nauce (co odnosi się też do pioniera kosmonautyki, Konstantego Ciołkowskiego), lansowany był jako „rosyjska idea”, projekt totalitarnej ekspansji podporządkowującej kosmos rosyjskim nadludziom (choć Ciołkowski wieszczył, że w ramach adaptacji do nowych warunków ludzkość stanie się „rodzajem promieniowania”). Fiodorowowi przyznano tytuł najbardziej patriarchalnego z rosyjskich myślicieli, co dało asumpt do pojawienia się teorii, iż jego wizja była solipsystyczną gejowską fantazją.
Muzyczuk woli mnożyć fakty i konteksty, niż spieszyć się z osądami, chwała mu za to. Pod koniec książki dopiero podsumowuje „ewolucję, która stanowi oś tej książki. Nihilizm przechodzi w ironię, ta z kolei w cynizm i nostalgię, by ostatecznie przeistoczyć się konserwatywną rewolucję”.
Ciekawym tematu wypada polecić na początek pasjonującą antologię pod redakcją Bernice Glatzer Reosenthal, The Occult in Russian and Soviet Culture, z której wynika m.in., że nawet najbardziej ezoterycznie usposobieni rosyjscy wizjonerzy nie wyzbyli się mentalnego imperializmu. To samo można przeczytać o gigantach literatury, z Puszkinem i Sołżenicynem na czele, w kapitalnym studium Trubadurzy imperium pióra Ewy Thompson. Mamy też przypadek Lwa Gumilowa, syna poetów-akmenistów, Nikołaja Gumilowa i Anny Achmatowej, któremu bolszewicy zamordowali ojca, a potem przez kilkadziesiąt najlepszych lat życia trzymali w gułagach, co nie przeszkodziło mu w głoszeniu, cokolwiek pseudonaukowej, podszytej energetyzmem teorii etnosu. Stała się ona jednym z fundamentów współczesnego wojowniczego, antyzachodniego euroazjatyzmu, którym Dugin uwiódł elity Kremla.
Powyższe wypiski z historii dobrze puentuje anegdotka wprost z życia. Podrzucił ją człowiek, który jako artysta i okultysta, jak sam się przedstawiał, doskonale przystaje do kontekstu Zmierzchu magów, współtwórca katowickiej grupy artystycznej Oneiron, Andrzej Urbanowicz. W początku lat 60. minionego wieku trafił on do Rosji, co prawda z oficjalną wycieczką „Orbisu”, z której urwał się jednak na chwilę, by spotkać się z lokalnymi artystami-dysydentami. Bardzo przypadły mu do gustu ich wrażliwość i talenty, do momentu jednak, gdy wspólna libacja alkoholowa nie weszła w bardziej zaawansowany etap. Wspominał po latach: „Kiedy papojka trwała nieco dłużej i języki swobodnie się rozwiązywały, niezmiennie zauważałem niepokojący mnie aspekt – choć wszyscy narzekali na zniewolenie, w głębi byli fanami sowieckiego imperium; choć Rosjanie byli przyjaźni wobec Polski, które stanowiła dla nich wówczas okno na świat, za jedyny naród, z którym się liczyli, uważali Niemców, a reszta to »barachło«”.
Ta przydługa może dygresja służyć ma temu, by przekonać, że przypadki Kuriochina, Nowikowa et consortes nie są jakąś osobliwością epoki, mieszczą się wręcz idealnie w pewnym typie mentalności. I w związku z tym, choć łączy je moment dziejowy, nie przekonuje mnie pomysł na ich „bliźniaczą historię” z polską kontrkulturą. My mamy swoje własne bolączki, które zresztą Muzyczuk zgrabnie podpowiada zestawiając mesjanizm z masochizmem.
Muzyczuk woli mnożyć fakty i konteksty, niż spieszyć się z osądami, chwała mu za to. Pod koniec książki dopiero podsumowuje „ewolucję, która stanowi oś tej książki. Nihilizm przechodzi w ironię, ta z kolei w cynizm i nostalgię, by ostatecznie przeistoczyć się konserwatywną rewolucję”. Trochę mnie to podsumowanie przestrasza. Blisko stąd do stwierdzenia, iż całe to zło bierze się z degrengolady artystów, którzy weszli w komitywę z postmodernizmem i magią, zatonęli w irracjonalności i w efekcie wylądowali na skrajnie reakcyjnym biegunie. Jeśli nawet tak bywało, to gdy Muzyczuk przywołuje cytaty-przestrogi z pism György Lukácsa, myślę sobie, że ów filozof, który aspirując do bycia mędrcem stał się betonowym stalinistą, zaliczył znacznie podlejszy upadek niż którykolwiek z postmodernistycznych nihilistów. Ich degrengolada brała się też przecież z gwałtowności ucieczki z systemu zbudowanego przez takich, jak on.
Jakkolwiek Zmierzch magów gorąco polecam, źle by się stało, gdyby ktoś po lekturze miał wyciągnąć wniosek, że mit, magia, ironia nieodwołalnie służą reakcji i raz na zawsze zostały skompromitowane. Dyskwalifikacja ich z racji na indywidualizm i irracjonalizm wypada niczym komenda wydana w gułagu racjonalizmu. Znamy Okultystyczne źródła nazimu Goodrick-Clarke’a, ale znamy też Nowoczesność i zagładę Baumana, który wykazał, że zbrodnie nazizmu nie były następstwem jakiejś nocy umysłu, lecz wynikiem racjonalnego, nowoczesnego projektu.
Dziś przecież nie chodzi o kolejne zaczarowanie świata, tylko praktyczne radzenie sobie w świecie już dogłębnie zaczarowanym, bo czyż nie jest takim świat spiskowych paranoi, wirtualnych walut i iluzji mediów społecznościowych? A najskuteczniej można opierać się temu zaczarowaniu korzystając z jego własnych metod (za niedościgły przykład posłużyć może Thomas Pynchon). Warto spojrzeć na magię i mit jak na techniki po prostu, odrzucając nie tylko upolitycznienie, ale też metafizykę. To, że konserwatyści w końcu przechwycili strategie wypróbowane przez awangardę znaczy przede wszystkim tyle, że były to strategie funkcjonalne. Wszak przechwycenie należy do sprawdzonych oręży lettrystów i ich spadkobierców, sytuacjonistów. Zatem zamiast pozostawiać skuteczne techniki ideowemu przeciwnikowi, należałoby raczej je odbić. To dopiero jest wyzwanie na nasze czasy. Zacząć można, na przykład, od ćwiczeń na skalę kosmiczną: kosmizm zwalczać afrofuturyzmem.
Montaż żywotów mistycznych
Mateusz Górniak
Wiedza historyczna nie mówi nic pewnego o jednostkach. W najlepszym razie odsłania nam tylko ich punkty styczności ze sprawami zbiorowymi. Podaje na przykład, że Napoleon był chory w czasie bitwy pod Waterloo; że niezwykłą ruchliwość umysłu Newtona należy przypisać bezwzględnej powściągliwości jego temperamentu; że Aleksander Wielki zabił Klitosa po pijanemu, albo że fistuła Ludwika XVI mogła wpływać na niektóre jego postanowienia. Pascal zastanawia się, co byłoby z tego wynikło, gdyby Kleopatra miała nos krótszy, a pęcherz Cromwella nie zawierał piasku. Wszystkie te cechy indywidualne przedstawiają wartość dla historyka tylko o tyle, o ile odcisnęły się na pewnych zdarzeniach dziejowych lub ich kolejność zmieniły, krótko mówiąc, o ile są ich przyczynami rzeczywistymi lub możliwymi. Roztrząsania tego rodzaju zostawmy uczonym […]11 Marcel Schwob, Żywoty urojone, tłum. Leon Schiller, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016, s. 7. ↩︎.
Oto początek pewnej książki, wydanej po polsku w przekładzie Leona Schillera dwa razy, w dwóch odległych od siebie epokach – w dwudziestoleciu międzywojennym oraz dziesięć lat temu, nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Między tymi dwiema epokami i tymi dwoma wydaniami dochodzi do szeregu tarć, które przyprawiają człowieka o niepokój – dokładnie jak pomiędzy historiami, o których zaraz opowiem.
W przytoczonych wyżej Żywotach urojonych Marcel Schwob, francuski pisarz-psotnik-outsider z przełomu wieku XIX i XX, przechwytuje należące do historyków biografie, żeby metodologią nieokiełznanej fikcji ożywić je, udziwnić, a następnie zmontować ze sobą w zbiór opowiadań i w ten sposób włączyć w swoją współczesność, aby przechadzały się po niej tam i siam, jako sfora proroczych upiorków. Fikcja, która przecież ma strukturę rzeczywistości, uzupełnia tu wiedzę historyczną o kolory, afekty, potencjalności, wydumane hipotezy i drogocenne zmyślenia. Postaci, które Schwob znalazł w archiwach, a potem odzyskał za pomocą literatury, to banda zawieszonych między istnieniem a nieistnieniem czarownic, podpalaczy, księżniczek, piratów, mitomanek i morderców, których losy miały napędzić francuski modernizm, rozwibrować znane Schwobowi tu-i-teraz oraz zainspirować kolejne pokolenia piszących.
Dlaczego wspominam o tym kolekcjonerze szaleńców, pożądliwców, psychoz zbiorowych, nieudaczników i pechowców? Ano dlatego, że jego praktyka skojarzyła mi się z czymś z mojego tu-i-teraz, a raczej – z naszego krajowego rynku wydawniczego.
Wydany pod koniec ubiegłego roku przez „Krytykę Polityczną” Zmierzch magów to książka naukowa, którą czyta się jak zwariowany, meandrujący po czasoprzestrzeniach esej, napisany jakby po to, aby konstelacją faktów, intensywnością opisywanych postaci i sugestywnością montażu uderzył w emocje, poczucie katastrofizmu i zmysł paranoi niczym spuszczona ze smyczy fikcja literacka. Oto uczony, kurator, krytyk sztuki i doktor nauk humanistycznych Daniel Muzyczuk bierze na warsztat losy artystów, którzy w Polsce i ZSRR/Rosji przełomu lat 80. i 90. tworzyli underground, eksplorowali nihilizm, chwytali się magii i okultyzmu, aby w potransformacyjnej rzeczywistości skorzystać z wypracowanych w podziemiu narzędzi i włączyć je w szerszy krajobraz rewolucji konserwatywnej.
Muzyczuk tropi jak historyk, który kilkaset lat temu zgubił się w archiwach, patrzy na procesy historyczne jak ktoś po korek obżarty granulatem marksistowskiej metodologii, zestawia ze sobą obrazy jak opętany jukstapozycją poeta, czeka na przyszłość jak ktoś, kto wie, że historia powraca jako coraz większa farsa.
Zestawiam ze sobą projekty Schwoba i Muzyczuka z tego prostego powodu, że obaj, z dwóch różnych perspektyw, powyciągali z historycznego niebytu charakterne trupy, które następnie, niczym jakiś Wiktor Frankenstein, obdarzyli nowym życiem. I oto bryka przede mną niesamowity korowód, żywotny jak wykopany przez Kryszkowskiego Witkacy albo ucieleśniony przez Rymkiewicza Słowacki. Zmierzch magów to katalog nieprawdopodobnych losów, dobrze udokumentowanych i sprawnie zreinterpretowanych akcji oraz wnikliwie przeprowadzonych historiozoficznych paralel. Przedstawiane tu biografie artystyczne są wynikiem wieloletnich badań naukowych, ale sposób, w jaki autor prowadzi opowieść i montuje ze sobą fakty, nieustannie kojarzył mi się z jakimś cholernie dobrym, przygodowym political fiction o odklejeńcach, którzy próbowali wywlec na światło dzienne przeczuwane przez siebie spiski i połączyć sztukę z magią tak, aby przywróciła stare wartości i nieistniejące idylle. Dostajemy więc do rąk rzeczywiste przyczyny aktualnego stanu rzeczy, a także – trochę racjonalnie możliwych przyczyn, kilka przyczyn paranoicznie prawdopodobnych, jakieś przyczyny z porządku mistycznego i przyczyny skażone okultyzmem. Nauka i fikcja zadziornie się tu podgryzają, aby podołać wyzwaniu uporządkowania ciągu historycznych faktów i ledwie wyczuwalnych drgań politycznej wyobraźni. A jaki jest cel tego naukowo-literackiego przedsięwzięcia? Sam nie wiem. Może próba krytycznego myślenia, które wyciąga wnioski z magii, zmyśleń, wypreparowanych mitów i mistycznej partyzantki?
W każdym razie, Muzyczuk tropi tu jak historyk, który kilkaset lat temu zgubił się w archiwach, patrzy na procesy historyczne jak ktoś po korek obżarty granulatem marksistowskiej metodologii, zestawia ze sobą obrazy jak opętany jukstapozycją poeta, czeka na przyszłość jak ktoś, kto wie, że historia powraca jako coraz większa farsa, relacjonuje spiski jak niczemu się nie dziwiący antropolog i zaraz sam zaczyna węszyć inne spiski, jakby na potwierdzenie faktu, że paranoja jest czymś nie tylko cholernie współczesnym, ale i bardzo zaraźliwym. Wreszcie, chwytając się narzędzi przynależących fikcji, Muzyczuk na jeszcze jednym poziomie pokazuje, że sztuka może mieć swoją sprawczość w zgłębianiu, odczarowywaniu, zaczarowywaniu czy nawet podpalaniu świata. Póki co, jego książka całkiem skromnie konfrontuje osoby czytające z możliwymi źródłami konserwatywnej rewolucji, która przetacza się właśnie po oszukanych przez transformację społeczeństwach wschodnioeuropejskich.
Aspekty naukowe tej książki, kwestie doboru i zastosowania metodologii, zostawiam uczonym. Ja zamierzam opisać tę książkę jako upiorną przygodówkę, która może służyć czytelnikom na wielu poziomach – mądrym dla memoriału, kompatriotom dla refleksji, laikom dla nauki, melancholikom zaś dla rozrywki.
A więc tak – przeczytałem ostatnio zajebistą opowieść! Jej bohaterowie? Mężczyźni-artyści posądzani o szaleństwo. Fabuła? Nihilizm przechodzi w ironię, ta z kolei w cynizm i nostalgię, by ostatecznie przeistoczyć się w konserwatywną rewolucję. Wymowa? Magia, która jest nie tylko sposobem na ponowne zaczarowanie świata, ale i całkowicie sprawczym orężem w metapolitycznych rozgrywkach. Spojlery? Proszę bardzo – oszukany przez Zachód blok państw postsowieckich, jako brzydki i biedny brat, szykuje dla siebie mistyczną odnowę, a dla świata – nową, dziejową bitwę. Nadciąga uduchowiony świat diagonalistów – „grupy uformowanej w wyniku przyspieszenia technologii komunikacyjnych, która przeciwstawia się osi lewica-prawica. Ten tradycyjny sposób pojmowania polityki wciąż może stanowić przykrywkę dla porządku ezoterycznego, w którym władza pochodzi wyłącznie ze spisków”22 Daniel Muzyczuk, Zmierzch magów, tłum. Łukasz Mojsak, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2025, s. 336. Dalsze cytowania zaznaczone w tekście. ↩︎.
Podwójne życie poety Rymkiewicza
Za scenę inicjalną snutej przez Muzyczuka opowieści służą metafizyczne zmagania Jarosława Marka Rymkiewicza. Ten wybitny polski poeta nacjonalistyczny otwiera liczne, powracające w książce konteksty – od wskrzeszania widm rodzimego romantyzmu, przez stosowanie praktyk magicznych w celu restytucji wartości, do prawicowej wizji rzeczywistości. Ale najpierw jest zaczerpnięte z Juliusza Słowackiego pytającego o godzinę motto:
Żyjemy o tyle, o ile zdołamy się skomunikować z naszymi zmarłymi: bo żyjemy tak, jak oni tego pragną, jak oni sobie życzą, jak oni nam każą. I oni, nasi zmarli, żyją o tyle, o ile zdołają skomunikować się z nami: bo żyją tak, jak my sobie życzymy, jak my pragniemy, jak my im każemy. […] Kiedy ta rozmowa zostaje przerwana, kiedy zapada milczenie, nasza kultura, czyli nasze życie, traci sens, ponieważ nie wiemy, jak mamy żyć, i nie wiemy, po co żyjemy: gdyż tylko nasi zmarli mogą nam powiedzieć, po co żyjemy, i tylko oni mogą nadać sens naszemu życiu. Ale kiedy zapada milczenie, również pośmiertne życie naszych zmarłych traci wszelki sens i umierają oni po raz wtóry, śmiercią wtórą.
Cytat nie tylko zapowiada skomplikowane operacje Rymkiewicza na swojej i nieumarłego Słowackiego podmiotowości, ale także cały szereg nekrorealistycznych scen pomieszczonych w książce Muzyczuka. Tak, ta opowieść zaczyna się od narodowo-metafizycznego trzęsienia ziemi. A potem jest jeszcze mocniej!
Ale zanim będzie mocno i współcześnie, dostajemy pocztówkę z przeszłości – po klęsce powstania listopadowego poeta Słowacki znajduje się na emigracji w Paryżu, gdzie rządzi i dzieli wieszcz Mickiewicz i gdzie liczna polska społeczność myśli o poezji najpoważniej jako o środku w walce o przetrwanie całego narodu. Nasi rodacy w XIX-wiecznym Paryżu są rozczarowani podwójnie – po pierwsze, Zachód nie pomógł w walce powstańczej, po drugie – tamtejsze miasta modernizowały się dużo szybciej, więc przybysze z kraju nad Wisłą czuli się całkowicie nie na miejscu i tęsknili do sielskich, polskich krajobrazów swojej młodości. Słowackiego dręczy coś jeszcze – jako ironista odżegnywany jest od czci i wiary, wyzywany na pojedynki, spychany na margines braku poważania i braku zrozumienia. Aby włączyć się w narodowowyzwoleńczą walkę, musi przejść przemianę. Na szczęście szybko dopada go syndrom Gustawa/Konrada i oto niemłody już Juliusz maszeruje wraz z innymi ku mesjanistycznym widziadłom i odrodzonej Polsce, dzięki której odradza się cały świat.
W ogromnym uproszczeniu, scena inicjalna Zmierzchu magów wygląda tak: Juliusz Słowacki pyta Jarosława Marka Rymkiewicza o godzinę, a ten odpowiada mu, że godzina wybiła, objawił się znak, chodźmy w stronę wieczności widzianej z perspektywy polskości.
Obraz fluktuującego w poetę narodowego Słowackiego Muzyczuk zderza z polską rzeczywistością lat 80. ubiegłego wieku. Po warszawskich ulicach przechadza się dumający nad istotą wszechrzeczy poeta Jarosław Marek Rymkiewicz. Aby odnaleźć sens swego życia, swej polskości i swej wiary, chwyta się biografii Słowackiego i czeka na znak. „Wszystkie te romantyczne wizje, widzenia, obaczenia, czucia ufundowane były na oczekiwaniu. Były skutkiem oczekiwania. Czekano na znak i znak bywał lub nie bywał dany”, powiada w wydanej tuż po wprowadzeniu stanu wojennego książce Juliusz Słowacki pyta o godzinę. Rymkiewicz pisze o Słowackim, bo chce w niego przeniknąć i krok po kroku się nim stawać. Tak jak on próbuje stworzyć nowy fundament sprawy narodowej. Niezbędnym do tego narzędziem wydaje mu się ucieleśnienie wieszcza, a więc – odsłania więź między sobą a Słowackim, co pozwala mu poczuć wagę własnej egzystencji Polaka walczącego. „Historia się powtarza, a wraz z nią pojawiają się te same typy. Skoro powielam czyny tych, którzy od dawna nie żyją, to natura ma jakiś cel, realizuje się pewien projekt, a moje życie jest jego częścią. Porządek świata manifestuje się w moim istnieniu” (s. 11). U Rymkiewicza poezja znów staje się sprawczym czynnikiem w politycznej rozgrywce. Trzeba uczepić się przeszłości, żeby zobaczyć przyszłość, a w niej – odrodzoną Polskę. Trzeba produkować mity jako paliwo do walki narodowej. Mitotwórczą praktykę Rymkiewicza Muzyczuk szybko zestawia z cytatem z Benito Mussoliniego – „Stworzyliśmy sobie mit. Mit to wiara, namiętność. Nie musi być prawdą. Jest prawdziwy, bo jest motorem napędowym, wiarą i symbolem męstwa” (s. 13).
Po pierwsze – cóż za niesamowity montaż! Kadry z życia Słowackiego przenikają przez kadry z życia Rymkiewicza, zza mgły wyłania się katastrofa smoleńska, w tle tańczy wielki włoski faszysta, poezja to rzecz istotna, a Polskę znowu trzeba odzyskiwać – tym razem z rąk zgniłych elit postkomunistycznej III RP. Po drugie – cóż to za zgrabna matryca losów bohaterów tej książki! Zaraz ich poznacie, ale zanim ich poznacie, wiedzcie, że „niektórzy z omawianych artystów to przykłady ludzi przekonanych, że żyją w czasach ostatecznych, a magia jest jedynym sposobem na zachowanie spójności świata” (s. 15).
W ogromnym uproszczeniu, scena inicjalna Zmierzchu magów wygląda tak: Juliusz Słowacki pyta Jarosława Marka Rymkiewicza o godzinę, a ten odpowiada mu, że godzina wybiła, objawił się znak, chodźmy w stronę wieczności widzianej z perspektywy polskości.
Kuriochin, orszak aniołów i partia narodowo-bolszewicka
Są lata 90., Siergiej Kuriochin jest liderem kolektywu Pop-Mechanika, uznanym pianistą, trochę dandysem, z całą pewnością awangardystą, artystą pracującym na styku wielu mediów, zwierzęciem politycznym oraz zakolegowanym z Nowymi Artystami i Timurem Nowikowem, członkiem petersburskiej socjety, która nie chce mieć nic wspólnego z Moskwą, gdzie akcjoniści pokroju pryszczatego Olega Kulika udają w galeriach sztuki wściekłe psy. Tak to się mniej więcej zaczyna.
Są lata 90. i trzeba wymyślić Rosję, telewizję, sztukę, politykę, wiedzę i władzę na nowo. Kuriochin, jak wszyscy bohaterowie opowieści Muzyczuka, szybko staje się artystą epoki postautonomicznej, która nastaje, „gdy sztuka zbliża się do magii lub polityki (albo do obu naraz – wtedy mamy do czynienia z metapolityką)” (s. 19). Jego potencjał, aurę i siłę oddziaływania szybko dostrzega inny Siergiej – znany z telewizji dziennikarz Szołochow, gwiazda programu Piąte koło, zajawkowicz imperialnej ideologii euroazjatyckiej.
Kiedy Kuriochin dołącza do jego programu telewizyjnego, panowie zaczynają eksperymentować z możliwościami przekazu masowego i zaczynają szereg prowokacji. Najpierw zachęcają widzów do zaproponowania nowych sposobów wykonywania kary śmierci, potem insynuują plany ataku na Irak przy pomocy LSD, a kulminacją ich humorystyczno-politycznych gier jest powszechnie znana akcja uświadamiania widzów, że Lenin był grzybem, bo rewolucję bolszewicką mógł sobie wyobrazić tylko ktoś, kto doświadczał odmiennych stanów świadomości. A że Lenin musiał ich doświadczać całym sobą, to postanowił wymienić wszystkie komórki w swoim ciele na komórki grzybowe. W programie telewizyjnym Szołochow i Kuriochin przedstawiają też szereg innych dowodów i argumentów, zapętlają się w rozmaitych źródłach, które tworzą taką oto konstelację – był sobie badacz Allegro, którego czytał Philip K. Dick, w którym zaczytywali się Siergiejowie Szołochow i Kuriochin, więc wmówili widzom, że pierwsi chrześcijanie byli tajną sektą grzybiarzy.
Kolejnym rozdziałem mistyczno-politycznego żywota Kuriochina jest współpraca z Aleksandrem Duginem i Eduardem Limonowem w ramach Partii Narodowo-Bolszewickiej. Pierwszy z nich łączył nacjonalizm z okultyzmem, drugi – punk, antyzachodnie poglądy i faszyzm. Razem postanowili założyć partię będącą koktajlem nacjonalizmu i bolszewizmu, dla wszystkich ludzi rozczarowanych Jelcynem i demokracją, o której zetknięty z narodowo-bolszewickimi ideami Kuriochin powie tak: „Życie pokazuje, że idee demokracji są w Rosji absolutnie bezużyteczne, bezsensowne i nierealne” (s. 39).
W 1995 roku Kuriochin i Dugin publikują manifest nowych magów. Stawka jest bardzo wysoka. Chodzi o osiągnięcie jedności estetyki i polityki, a możliwe to jest tylko poprzez magię, która pozwoli wynaleźć faszyzm na nowo – jako formę kultury dostarczającą zestawu reguł, które całkowicie zmienią sferę publiczną.
Szanse na społeczną odnowę cała trójka widziała w tamtym czasie gdzieś na styku sztuki, magii i polityki. Zawołaniem ich partii było hasło „tak, śmierć!”. W przywoływanej przez Muzyczuka powieści Emmanuela Carrère o Limonowie znajdziemy taki opis ludzi skupionych wokół inicjatywy politycznej Limonowa i Dugina:
„Limonka” i nacbole to była kontrkultura Rosji. Jedyna. Cała reszta to ściema, służalcy i tak dalej. Oczywiście, byli wśród nas jacyś brutale, jacyś nerwowi goście, byli też skini z wilczurami, którzy straszyli porządnych ludzi, wykonując hitlerowskie pozdrowienia. Ale byli także wszyscy ci, żyjący w małych miastach w głębokiej Rosji rysownicy komiksów – samoucy, basiści rockowi, szukający wspólników, żeby założyć zespół, goście, którzy majstrują przy kamerach, nieśmiali poeci, którzy piszą po kryjomu wiersze, wzdychają do zbyt ładnych dziewczyn i marzą ponuro, żeby zarżnąć wszystkich w szkole, a potem wysadzić się w powietrze, tak jak to robią w Ameryce (s. 43).
Plan na stworzenie niedemokratycznych struktur nowej władzy został przez Kuriochina zgrabnie wyłożony w kilku różnych miejscach. Najpierw wyprowadził definicję muzyki rosyjskiej, która miała popchnąć świat ku zmianom – „jeśli grasz w wielu różnych stylach i dodasz do tego odrobinę szaleństwa, masz rosyjską muzykę”. Następnie, w eseju Morfologia Mechaniki Popularnej, wyłożył swoje poglądy na relacje estetyki i polityki – „przerzucenie wewnętrznej konstrukcji dzieła sztuki na formę rządów” (s. 60), a także – „skoro polityka wpływa na kulturę, to rozwiązaniem jest ustanowienie ścisłego reżimu totalitarnego w kulturze, który pozwoliłby jej pokierować polityką” (s. 61).
W 1995 roku Kuriochin i Dugin publikują manifest nowych magów. Stawka jest bardzo wysoka. Chodzi o osiągnięcie jedności estetyki i polityki, a możliwe to jest tylko poprzez magię, która pozwoli wynaleźć faszyzm na nowo – jako formę kultury dostarczającą zestawu reguł, które całkowicie zmienią sferę publiczną. Poniżej kilka zdań z manifestu obu panów:
„Czasem to polityka inspiruje sztukę, a czasem sztuka wpływa na politykę. Obecnie jednak obie te dziedziny chylą się ku upadkowi. Musimy więc szukać impulsu gdzie indziej”.
„Tą nową przestrzenią jest MAGIA”.
„Nie chodzi tu o polityka czy artystę, który zajmuje się magią, ale o NOWEGO MAGA, który działa w sferze polityki i sztuki”.
„Zamiast oddzielnej sztuki, polityki i magii powinnyśmy stworzyć nową, syntetyczną dyscyplinę – MAGIĘ, która bezpośrednio kształtuje swoją politykę i sztukę”.
„Liczą się tylko okultystyczne paradygmaty. Goethego i Bretona, Lenina i Churchilla można sprowadzić do magicznych wzorców”.
„Z zewnątrz kryzys sztuki i polityki może wydawać się obiektywny. Ale nie pielęgnujcie złudzeń, bo to MY go wywołaliśmy, żeby utorować drogę NOWEJ RASIE, rasie królów magii”.
„Operujemy otchłaniami. Dla nas to, co niewidzialne, ma swoją geografię. Czerń to nie tylko brak światła, ale cała gama odcieni, o których ziemscy optycy nawet nie marzą” (s. 62–64).
Obrazem kulminacyjnym euroazjatyckiej konspiracji nowych magów jest wydarzenie z 23 września 1995 roku. To wielka, zbiorowa scena, pełna znaczeń i kolektywnego szaleństwa, jak w najwznioślejszych momentach fikcji literackiej Dona DeLillo, który w Mao II czy Podziemiach pokazywał zgromadzone na monumentalnych stadionach opętane albo oświecone masy, wtłoczone w tryby geopolityki, religii, kultury popularnej i niewyjaśnionych zdarzeń. Otóż, w ramach kampanii wyborczej Dugina, w Petersburgu odbył się wiekopomny i dostępny we fragmentach w sieci koncert Pop-Mechanika nr 418. To jedno z tych wydarzeń opisywanych przez Muzyczuka, które chce się zobaczyć w konwencji filmowej, jako rejestrowaną setkami kamer zbiorową psychozę.
Na scenografię tego wydarzenia składały się między innymi wielkie, obracające się krzyże i przeskalowane koło dla chomika, w którym biegał jeden z wykonawców. Kuriochin występuje w lśniącym, srebrnym garniturze z dorobionymi za pomocą papier mâché dwoma dodatkowymi rękami. Warstwa wizualna przetykana jest licznymi symbolami z tarota Crowleya i wierzeń starożytnego Egiptu. Limonow odczytuje listę aniołów, którzy zstąpili z niebios, by potwierdzić, że Narodowi Bolszewicy są od nich i należą do jednej z dwóch rodzin anielskich. „Inne anioły wolały ogłosić ontologiczną samowystarczalność i istotową jedność swojej anielskiej natury z naturą Najwyższej Zasady”. Innymi słowy, te „przeklęte anioły ogłosiły swoją «boskość». Ich imiona to Hekatriel, Lucyfer, Samael, Szatan, Aza i Azael oraz kolejne 994. A wśród nich jest cała partia Narodowo-Bolszewicka, której jestem przywódcą” (s. 53). Dugin, przy akompaniamencie tybetańskiej muzyki rytualnej, wypowiada po francusku i rosyjsku zaklęcia krążące wokół liczby 418. Przemawia do tłumu i wyjaśnia, że dualizm stanowi w istocie jedność wyższego rzędu – podobnie jak nacjonalizm i komunizm, które muszą połączyć siły, aby zmieść z powierzchni ziemi dominację światopoglądu liberalno-demokratycznego.
W pewnym momencie opowieści o Pop-Mechanice nr 418 Muzyczuk przytacza głosy, które sugerują, że Kuriochin mógł zaangażować się w Partię Narodowo-Bolszewicką w ramach jakiegoś rozciągniętego w czasie ironicznego działania. Że mogło chodzić tutaj o wysadzanie od środka szybko tworzących się faszystowskich struktur. Ja, zgodnie zresztą z autorem Zmierzchu magów, odrzuciłbym taką możliwość i szedł tropem całkowitej powagi. Takie wmuszanie komuś ironii wydaje mi się projekcją rozumków, które przedawkowały krytyczne myślenie i nie są już w stanie wyjść poza swoją fabrycznie wgraną racjonalność.
Timur Nowikow i kilka definicji piękna
Timur Nowikow był kolejnym z poszukujących artystów kręgu petersburskiego. W 1982 roku, wraz z Ivanem Sotnikovem, zrobił prostokątną dziurę w ścianie jednej z galerii i nazwał ją Obiektem Zero. Pracę tę można uznać za ważny etap w drodze zdolnego artysty, który szukał swojego miejsca w świecie najpierw w konceptualizmie, potem w działaniach kolektywnych i gejowskim tradycjonalizmie, a pod koniec swej drogi odnalazł sens w tworzeniu nowego stylu imperialnego, zwanego neoakademizmem – nurtem, który wyrósł z rozczarowań transformacją i niezaspokojonej tęsknoty za heroiczną przeszłością.
Nowy rosyjski klasycyzm, na którego czele stanął Nowikow, był odpowiedzią na burzliwy okres instalowania w Rosji wolnego rynku i struktur demokratycznych. Symbolem przemian w kraju szybko stali się „nowi Ruscy”, czyli dorobkiewicze, którzy kochali obnosić się ze swoim majątkiem i szybko wytworzyli popyt na gipsowe kopie antycznych posągów. Jednak nie o zaspakajanie potrzeb rynku chodziło grupie zrzeszonej w powołanej przez Nowikowa Nowej Akademii Sztuk Pięknych. Stawka była znacznie wyższa – gra toczyła się o przywrócenie dawnej chwały najpierw sztuce, potem Petersburgowi, a na końcu – całej Rosji.
Nowy rosyjski klasycyzm, Nowa Akademia Sztuk pięknych, krąg Nowych Artystów – tak, to związane z nazwiskiem Nowikowa narcystyczne kalambury. Opętany manią wielkości bohater opowieści Muzyczuka w neoakademizmie widział jedno z niezliczonych wcieleń tajemnego kultu piękna i radości życia, który pod różnymi imionami wciąż trwa. Punktem wyjścia do Nowikowych poszukiwań nowej sztuki imperialnej była głęboka pogarda do modernizmu. Jego zdaniem w sztuce dawnej uwidoczniały się wysiłki całej zbiorowości, a w tej współczesnej – zaledwie problemy jednostki. Aż chce się przywołać Zbigniewa Herberta i jego frazę „mała rozbita dusza z wielkim żalem nad sobą”33 Zbigniew Herbert, Dlaczego klasycy, w: tegoż Wiersze zebrane, opr. Ryszard Krynicki, Wydawnictwo a5, Kraków 2008, s. 360. ↩︎. Tak to widział nasz bohater, który w miejsce postmodernistycznych psot i modernistycznego zgniłego ego opowiadał się za nową powagą – estetyką, która przekonała samego Dugina.
Nowy rosyjski klasycyzm, na którego czele stanął Nowikow, był odpowiedzią na burzliwy okres instalowania w Rosji wolnego rynku i struktur demokratycznych. Symbolem przemian w kraju szybko stali się „nowi Ruscy”, czyli dorobkiewicze, którzy kochali obnosić się ze swoim majątkiem i szybko wytworzyli popyt na gipsowe kopie antycznych posągów.
Muzyczuk bardzo ładnie opisuje początkowy, jeszcze nieco niewinny okres działania Nowych Artystów – „neoakademicy jak nostalgiczne postacie niezainteresowane współczesnością wkraczają w ruiny dawnych cywilizacji, by stanąć poza czasem i uchronić się przed tym, co mogłoby zbrukać ich togi czymś nieświętym” (s. 81). W tamtym okresie, w wywiadzie dla „Flash Art Magazine”, Nowikow dokonuje też coming outu, łącząc homoerotyzm ze swoimi poszukiwaniami piękna, mizoginią, tęsknotą za przeszłością i wiecznością jednocześnie.
Ruch Nowych Artystów nabiera prawicowego impetu, kiedy w ich kręgu pojawia się Aleksandr Miedwiediew – symbol radykalnego skrętu środowiska Nowikowa i człowiek, który w horyzont myślowy Nowej Akademii wprowadził proste, stanowcze rozróżnienia. Ekstrawagancję okresu niewinnego zastąpił myśleniem spiskowym i paranoicznym, a wszelkie niuanse podziałami na „my” kontra „oni” – my z Petersburga kontra zgniła Moskwa, my ze Wschodu kontra zgniły Zachód.
Miedwiediew z Nowikowem szybko zaczynają współpracować nad cyklem książek o upadku kultury klasycznej i upadku Europy. Węszą za spiskami i je ujawniają. Na przykład taki, że CIA, poprzez rozprzestrzenianie po świecie liberalizmu i modernizmu, stoi za upadkiem Związku Radzieckiego. W modernizmie obaj autorzy widzą ruch oparty na profanacji, czarnych mszach i tajnych kultach. Poprzez rozkład tradycji modernizm miał doprowadzić do szeregu zmian społeczno-politycznych, które wygenerowały zaistniały porządek ostateczny i teraz, przy pomocy ostatecznych środków, trzeba temu wszystkiemu jakoś zaradzić.
Przełomowym momentem dla losów środowiska Nowych Artystów jest happening z 23 maja 1998. Grupa rozpaliła wielkie ognisko i pod pretekstem „spalenia wszelkich marności” (tytuł akcji), wrzucali do ognia liberalne książki, zbereźne obrazy, z ducha modernistyczne filmy, gazety z pornosami i ogłupiające społeczeństwo narkotyki. Ich przekaz do społeczeństwa był tak prosty, że zakrawał na zgrywę, ale w kontekście ich dalszych losów proponuję, podobnie jak Muzyczuk, traktować ich śmiertelnie poważnie. Dokładnie tak jak obecność Kuriochina w środowisku Dugina i Limonowa. To wtedy narodziła się nowa powaga i to od tamtego czasu rozpoczął się pęd Nowikowa ku radykalnej prawicy.
W jednym z ich czasopism, „Woli Twórczej”, piszą: – „«Wola Twórcza» to organizacja walcząca o zachowanie etycznej i estetycznej ekologii Petersburga. Żadna próba sprowadzenia naszego życia do banału i wulgarności nie ujdzie jej uwadze. […] Jej symbolem jest siekiera. To nie narzędzie zbrodni, lecz tworzenia”.
Przełomowym momentem dla losów środowiska Nowych Artystów jest happening z 23 maja 1998. Grupa rozpaliła wielkie ognisko i pod pretekstem „spalenia wszelkich marności” (tytuł akcji), wrzucali do ognia liberalne książki, zbereźne obrazy, z ducha modernistyczne filmy, gazety z pornosami i ogłupiające społeczeństwo narkotyki.
Wkrótce, wskutek zakażenia się wirusem HIV, Nowikow traci wzrok, wycofuje się publicznie ze swojego coming outu i powraca na łono kościoła prawosławnego. Szuka „historii ludzkiej katastrofy”, która pomoże wyzwolić prawdziwą kulturę. Umiera cztery lata później, na jakiś rzadki nowotwór, wciąż marząc o pięknie i imperialnej Rosji.
Jego współpracownik Miedwiediew myśli i działa jednak dalej. W 2015 wydaje książkę, która z jednej strony jest hołdem dla Nowikowa, a z drugiej – traktuje o spisku, który stworzył sztukę nowoczesną. Za wszystkim miał stać Gleb Bokij, czekista, który badał psychopatologie i fantazjował o wirusie brzydoty. To właśnie za jego zgodą Malewicz miał pojechać ze swoimi pracami najpierw do Warszawy, a potem do Berlina. Poprzez wystawy jego sztuki wirus brzydoty rozprzestrzenił się na cały świat i zaczęło się królowanie sztuki nowoczesnej w Europie i Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Zbigniew Sajnóg rzuca na stos Totartowe marności
Scena, w której Nowikow i jego towarzysze palą wszelkie marności, przenosi nas do Gdańska lat 80. i 90. oraz postaci Zbigniewa Sajnóga – opętanego kosmicznymi energiami Totartowca, który najpierw tworzył wywrotowy trójmiejski underground, potem dołączył do zboru religijnego Niebo, a na koniec powrócił do kościoła katolickiego i aktywnie włączył się w narrację prawicowej polityki głównego nurtu.
Z jakiegoś powodu kusi mnie, aby jego losy przedstawić od końca, czyli od Polski roku pańskiego 2026, aż do lat 80., w których zaczynała się jego zadziorna obecność w przestrzeni publicznej.
Kiedy w połowie marca bieżącego roku szukam najnowszych publikacji albo wystąpień Sajnóga, natrafiam na portal „Gdańsk Strefa Prestiżu”, który określa się jako „niezależny serwis Gdańska, Pomorza i okolic”. Jego biogram brzmi tak:
Współzałożyciel, autor założeń teoretycznych i uczestnik działań Tranzytoryjnej Formacji Totart (1986–1992). Współautor i współredaktor wydawnictw grupy. W latach osiemdziesiątych współpracował z Ruchem Społeczeństwa Alternatywnego, Ruchem Wolność i Pokój, z Pomarańczową Alternatywą. Współpracował z „bruLionem”, był współautorem i prowadzącym Brulion TiVi. Na początku lat dziewięćdziesiątych redagował dział w „Tygodniku Literackim”. Aktualnie współpracuje m.in. z portalami Się myśli, ePrawda. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Autor książek tyleż licznych, co niewydanych44 Zbigniew Sajnóg, https://www.gdanskstrefa.com/zbigniew-sajnog/ (dostęp 14 kwietnia 2026). ↩︎.
Dla „Gdańska Strefy Prestiżu” Sajnóg publikuje cykl tekstów pod tytułem Misja. W swoich wpisach skupia się między innymi na prześladowaniach chrześcijan w Chinach, Indiach, Korei Północnej, ludobójstwie chrześcijan w Nigerii, a także (braku) reakcji świata na te wydarzenia. Jego ostatni, opublikowany przed rokiem tekst pod tytułem Pycha Zachodu kończy się takim akapitem: „Zachód upoił się dobrobytem i mniemaniem o sobie, wyzywająco odrzucił Prawdę i po straszliwych doświadczeniach XX wieku bez opamiętania znów sięga do ideologii. W ochoczym bezrozumie stacza się w ciemność. Odrzuca rozpoznanie czym jest wolność, stacza się w ściek swawoli. W zdumiewającym zaślepieniu sprowadza na siebie katastrofę”55 Zbigniew Sajnóg, Pycha Zachodu, https://www.gdanskstrefa.com/misja-pycha-zachodu/ (dostęp 14 kwietnia 2026). ↩︎. Potem autor zapowiada ciąg dalszy rozważań, który póki co, przynajmniej na łamach „Gdańska Strefy Prestiżu”, nie nastąpił.
W 2018 Sajnóg występuje w nadawanym przez Telewizję Polską programie Ocaleni. Odcinek z jego udziałem zapowiadany jest tymi oto słowy: „Tworzył alternatywną kulturę przełomu lat 80. i 90. Pewnego dnia zaginął. Odnaleziono go w działającej w podlubelskiej wsi sekcie Niebo. Zbigniew Sajnóg opowiada, dlaczego porzucił swoje dotychczasowe życie i postanowił związać się z sektą oraz jak z niej odszedł”. W tym samym roku fotografuje się z politykiem mainstreamowej prawicy – Kacprem Płażyńskim, kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta Gdańska. Szybko okazuje się, że Sajnóg nie tylko wspomógł go wizerunkowo, ale i zasilił jego sztab. W 2016 otrzymuje Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska w Dziedzinie Kultury z okazji jubileuszu 30-lecia Formacji Totart, a w 2008 – Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska w Dziedzinie Kultury z okazji jubileuszu 10-lecia miejskiej instytucji kultury CSW Łaźnia. W XXI wieku zajmuje się przede wszystkim historią Gdańska, konserwatywną publicystyką na niszowych portalach i wydarzeniami oraz publikacjami podsumowującymi jego dotychczasową działalność. Mimo swoich obecnych poglądów, które sytuują go w głównym nurcie debaty publicznej, wciąż jest człowiekiem undergroundu i tak też się przedstawia. W prowadzonym przez Łukasza Orbitowskiego w TVP Kultura programie Dezerterzy mówi, że jego książki i programy są zbyt ryzykowne, aby wydawnictwa i stacje telewizyjne mogły je publikować. Opowiada też o związanych ze swoją pozycją problemach finansowych, ale przy tym wszystkim nie traci rockowej werwy kogoś, kto współtworzył historię polskiej kultury niezależnej, a teraz z całym przekonaniem i bagażem zdobytych doświadczeń przemawia „w imię Jezusa Chrystusa”.
W 2018 roku Zbigniew Sajnóg fotografuje się z politykiem mainstreamowej prawicy – Kacprem Płażyńskim, kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta Gdańska. Szybko okazuje się, że Sajnóg nie tylko wspomógł go wizerunkowo, ale i zasilił jego sztab. W 2016 otrzymuje Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska w Dziedzinie Kultury z okazji jubileuszu 30-lecia Formacji Totart, a w 2008 – Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska w Dziedzinie Kultury z okazji jubileuszu 10-lecia miejskiej instytucji kultury CSW Łaźnia.
W 2000 roku Sajnóg jest publicznie nieobecny. Wisi tylko nad nim książka, która miała ukazać się w legendarnej dziś serii poetyckiej „bruLionu”, ale nic z tego nie wyszło, bo Sajnóg porzucił swój monumentalny projekt wskutek przemiany duchowej. Muzyczuk sugeruje, że jedyny egzemplarz tego 170-stronicowego utworu znajduje się w prywatnym archiwum Pawła „Konja” Konnaka. Parnas zimowy miał być chaotycznym kolażem gatunków i pełną cytatów jazdą pomiędzy skrajną ironią a skrajną powagą. To jedna z tych książek, które prawie całkowicie zaginęły i należy jej się przynajmniej kilka niesamowitych, wykluczających się nawzajem legend, które, także dzięki Muzyczukowi, będą jeszcze opowiadane.
Tymczasem CUKT, jedno ze środowisk wyrosłych z totartowego fermentu, wystawia w wyborach prezydenckich wygenerowaną przez komputerowe oprogramowanie kandydatkę – Wiktorię Cukt. Jej nazwisko jest skrótem od Centralnego Urzędu Kultury Technicznej. W skład grupy wchodzili Piotr Wyrzykowski oraz weterani Totartu: Paweł „Paulus” Mazur, Andrzej Awsiej, Joanna Kabala, Artur Kozdrowski i Robert Jurkowski. Cel wydawał się prosty – rzucić młodą polską demokrację na głębokie wody metapolityki. Poglądy kandydatki miały być kształtowane przez obywateli-użytkowników sieci. W końcu zarówno Aleksander Kwaśniewski, jak i Andrzej Olechowski, czyli bohaterowie drugiej tury wyborów w 2000 roku, przejmują jeden z postulatów Wiktorii Cukt – „komputery dla wszystkich”! Muzyczuk przytacza też taką wypowiedź członków grupy stojących za kandydatką: „Niestety żaden z nich nie był na tyle radykalny, by zaproponować wykorzystanie internetu jako nowej strategii sprawowania władzy i zarządzania krajem. My postulowaliśmy zastąpienie tradycyjnej polityki przez Obywatelski Software Wyborczy, a naszej demokracji parlamentarnej – demokracją elektroniczną” (s. 157–158).
W 1997 roku Zbigniew Sajnóg opuszcza zbór religijny Niebo, w którym działał u boku uzdrowiciela Bogdana Kacmajora i funkcjonował najpierw pod imieniem Anioł Rowerowy, a potem – Ambasador.
Scena kulminacyjna tego żywota mistycznego, rymująca się ze spalaniem wszelkich marności przez Nowikowa i grupę otaczających go osób, ma miejsce w styczniu 1993 roku, kilka dni po zatonięciu Heweliusza. Zaniepokojony otrzymanymi telefonami, do gdańskiego mieszkania Sajnóga wpada Paweł Konnak. Zastaje lidera formacji Totart palącego swoją bibliotekę i wszystkie pozostałości z okresu ich wspólnych poszukiwań artystycznych na granicy mediów, granicy światów i granicy między sztuką a działaniem społecznym. Akcja palenia przeszłości związana jest z przebytą przemianą duchową naszego bohatera. Wizje, które zaczęły się w połowie lat 80., osiągają teraz mistyczny peak. Sajnóg widzi Boga i idzie w stronę jasności. Trochę wcześniej, po kilku miesiącach niezidentyfikowanej choroby, odwiedza uzdrowiciela Bogdana Kacmajora, który w obecności grupy ludzi przepowiada, że w Ameryce Południowej na miasto spadnie góra, co dzieje się dokładnie tydzień później, kiedy kilkanaście tysięcy osób ginie w wyniku wybuchu wulkanu Nevado del Ruiz. Następnie Sajnóg znika z życia publicznego na długie lata.
Obok mnogości działań funkcjonuje też mnogość wyjaśnień nazwy grupy. Za jedną z nich stoi doświadczane przez lidera Totartu poczucie życia na cmentarzysku historii. Sajnóg, choć urodzony już po wojnie, podczas swoich miejskich włóczęg wyczuwa energie niemieckiej społeczności, która musiała opuścić miasto, ale przede wszystkim – energie pozostawione przez upiornego lekarza Rudolfa Spannera, który w Gdańsku wytwarzał mydło z ludzkiego tłuszczu. Wrażliwość na wszelkie energie i duchowe poszukiwania wytyczają kolejną linię w zainteresowaniach zawieszonego między Psychic TV a „Ojcze Nasz” Zbigniewa Sajnóga.
Scena kulminacyjna tego żywota mistycznego, rymująca się ze spalaniem wszelkich marności przez Nowikowa i grupę otaczających go osób, ma miejsce w styczniu 1993 roku, kilka dni po zatonięciu Heweliusza. Zaniepokojony otrzymanymi telefonami, do gdańskiego mieszkania Sajnóga wpada Paweł Konnak. Zastaje lidera formacji Totart palącego swoją bibliotekę i wszystkie pozostałości z okresu ich wspólnych poszukiwań artystycznych na granicy mediów, granicy światów i granicy między sztuką a działaniem społecznym.
Rok 1986 – Sajnóg zakłada i „odpala” Totart i szybko znajduje się w centrum undergroundowego zamieszania. W skład formacji, poza już wymienionymi, wchodzą między innymi Tomasz Zając, Grzegorz Bral, Mariola Białołęcka, Iwona Bender, Bogdan Kubat, Tymon Tymański, Wojciech Stamm aka Lopez Mauzere oraz Dariusz „Brzóska” Brzóskiewicz. Jej skład często się jednak zmienia, tak jak często zmieniają się nazwy i wcielenia – Tranzytoryjna Formacja Totart, Imprzejawnikowy Solanarchistyczny Kabaret Profuzyjny, Zlew Polski, Koncern Metafizyczno-Rozrywkowy Pigułka Progresji, Totart Siódmej Generacji Scorpions. Wszystkie te byty oraz ich liczne odnogi zajmują się przepływami energii, organizują liczne koncerty i spontaniczne akcje w tkance miejskiej, wykładają własne teorie estetyczne i wymyślają nowe słowa, szukają podłączeń sztuki do nowych technologii, reinterpretują Artauda, publikują ziny i książki poetyckie oraz mnożą undergroundowe instytucje na kulturalnej mapie Gdańska. Jest ich wiele, są na wszystkie strony pootwierani na wielość i chłoną ją bardzo łapczywie. Totartowcy znajdują też miejsce w Telewizji Polskiej, gdzie od 1993 roku w programie Dzyndzylyndzy emanują swoim neoprymitywistycznym stylem bycia – negując w ten sposób racjonalność zarówno socjalistyczną, jak i kapitalistyczną.
Bardzo krótka historia pewnego bardzo ważnego pisma
Złożone losy lidera Totartu Muzyczuk montuje w swojej książce z postacią Roberta Tekielego i przemianami, które zachodziły w redagowanym przez niego piśmie „bruLion”.
Historia zaczyna się w Krakowie i jak wiele innych pomieszczonych w Zmierzchu magów ma nieźle rockandrollowy początek. Jest 1985 rok. Grupa osób zakłada pismo. Redaktorem naczelnym zostaje Tekieli, wokół którego krąży opowieść Muzyczuka.
Do 1989 roku „bruLion” zajmuje się poezją lokalną, poezją dysydencką, związanym z petersburską Nową Akademią Josifem Brodskim i bieżącą polityką, a także publikuje wiersze Marcina Świetlickiego. Po 1989 roku zaczyna wywoływać ferment – wpuszcza w krajowe pole literackie tłumaczenia Matki Boskiej Kwietnej Jeana Geneta i Historii Oka Georges’a Bataille’a. Potem – Pound, fragmenty Kathy Acker, „kazania” Himmlera do SS, teksty o HIV, publikacje potwierdzające współpracę Michnika ze służbami, teksty o aferze z FOZZ i zabiciem funkcjonariusza NIK, tłumaczenia antysemickich pamfletów Celine’a czy elektryzujące debiuty licznych osób z Polski, które wkrótce miały mniej lub bardziej wpłynąć na to, co określa się jako polską literaturę.
W 1995, obok sekcji o zażywaniu MDMA, „bruLion” publikuje cykl tekstów o nowej publikacji książkowej papieża Wojtyły. Wśród autorów między innymi badacz okultyzmu Dariusz Misiuna. W tym samym numerze wkładka ze zdjęciami – kula światła przy chrzcie jakiegoś dziecka. Pismo powoli było przejmowane przez młodych. Na czele grupy „pampersów” stał Cezary Michalski – autor książki o nazistach i okultyzmie.
Potem jest regularny skręt w prawo. Muzyczuk zestawia go z pokoleniem, które zamiast na dzikość heroicznego okresu „bruLionu”, wolało postawić na „Frondę” i przeprowadzaną przez nią rewolucję konserwatywną. Sam Tekieli przeszedł do twardej gry proponowanej przez współczesną polską prawicę, a w jego piśmie coraz mniej było miejsca na proponowaną wcześniej wielogłosowość. W pierwszym numerze wspomnianej „Frondy”, wraz z Cezarym Michalskim, udzielił wywiadu pod tytułem Chrystus był OK. Potem zawarł znajomości z Markiem Jurkiem i – to już później – Karolem Nawrockim.
To jednak nie jest jedyna puenta bruLionowego żywota. Marcin Świetlicki do dziś konsekwentnie rozwija się w ramach indywidualistycznego wiersza egzystencjalnego. Wydaje książki i gra koncerty jako Świetliki. Jego obecność w polu literackim została ciekawie opisana przez Emilię Konwerską w tekście Dajcie chłopu siedzieć w domu66 Emilia Konwerska, Dajcie chłopu siedzieć w domu, https://krytykapolityczna.pl/kultura/obrona-swietlickiego/ (dostęp: 23 marca 2026). ↩︎. Najwięcej mówi się dzisiaj o innych flankach „bruLionu”. Wydaje mi się też znaczące, że Dawid Kujawa swoją książkę Pocałunki ludu. Poezja i krytyka po 1989 roku zaczyna między innymi od przytoczenia rozpoczętego w 2010 roku przez Rafała Wawrzyńczyka na forum nieszuflada.pl wątku pod tytułem Madrigali guerrieri et amorosi. W tamtych czasach na nieszuflada.pl spotykały się różne tęgie a zajawione głowy wczesnointernetowego pola literackiego, żeby spekulować o przyszłości polskiej poezji i dzielić się własną twórczością. W wypowiedzi Wawrzyńczyka, krytyka, niegdysiejszego redaktora pisma „Cyc Gada” i autora Dziecka na głowie króla, przyszłością polskiej poezji ma być flanka „bruLionu” reprezentowana przez twórczość Miłosza Biedrzyckiego:
[…] jak szepnęła mi Cyganicha przed Centralnym, w dłuższym okresie wpływ Biedrzyckiego będzie niezwykle istotny, a w ogóle to już widać tego pierwiosnki, młodzieńcze, rozejrzyj się jeno (teraz 50 zł). Książki Biedrzyckiego do dzisiaj zachowały świeżość, debiutancka jest jak kostka masła zawinięta w liść sałaty, którą wyjmujemy na wycieczce i smarujemy bułunię, kiedy wszyscy patrzą na nas zazdrośnie znad suchego chleba, No i tak wyznaczało nowe standardy poetyckiego luzu, rozgadane wiersze z premierowej części 69 wciąż nie uwolniły nawet części swoich składników […]77 R. Wawrzyńczak, Madrigali guerrieri et amorosi (1), https://nieszuflada.pl/klasa.asp?idklasy=143740&idautora=12973&rodzaj=5 (dostęp: 23 marca 2026). ↩︎.
Potem Biedrzycki jest jednym z głównych motorków napędowych wywodu Kujawy z 2021 roku i jeśli chodzi o wykopywanie trupa „bruLionu”, to dzisiaj najbardziej interesujące wydają się obszary historii związane z „flanką Biedrzyckiego” –„bruLion” jest więc przypadkiem archiwum, z którego wciąż da się korzystać w ramach poszukiwania alternatywnych języków. No i skoro wychodzi na to, że Wawrzyńczyk w 2010 roku przewidział przyszłość i ekstatyczna fraza Biedrzyckiego rządzi teraz młodymi duszami, to powinno to nastrajać naród raczej dobrze, prawda?
Potem jest regularny skręt w prawo. Muzyczuk zestawia go z pokoleniem, które zamiast na dzikość heroicznego okresu „bruLionu”, wolało postawić na „Frondę” i przeprowadzaną przez nią rewolucję konserwatywną. Sam Tekieli przeszedł do twardej gry proponowanej przez współczesną polską prawicę, a w jego piśmie coraz mniej było miejsca na proponowaną wcześniej wielogłosowość.
Muzyczuk zdaje się twierdzić, że raczej nie – nawet jeśli lewa flanka zwyciężyła poetycko, to politycznie wygrała ta prawa. Póki co to ona zarządza spiskami i zaklęciami. Biografie ze Zmierzchu magów układają się w kolejny raport ze świata, w którym inicjatywę ma skrajna prawica.
Mimo to, jego książka pozwala na liczne wyjścia z siebie i wychylenia się ku przyszłości. To spisane dzieje osób obcujących z energiami, które jeszcze nieraz mogą zostać przechwycone. Dokładnie tak jak w przypadku wspomnianego na wstępie Schwoba i jego zmagań życiopisarskich. Przemontowanie, przepisanie i ponowne przemyślenie opowiedzianych przez niego historii może nas zaprowadzić w nieoczekiwane strony. Dokładnie tak jak autor Żywotów urojonych, Muzyczuk napisał świetną książkę dla osób, które lubią spekulować. Albo nawet – tak spekulować, że już nawet spiskować, co wydaje mi się wyjątkowo interesujące. Przewrotne losy opisanych w jego książce postaci dają czytającym okazję do fantazjowania o szeregu alternatywnych zakończeń tych dziwnych i dających do myślenia losów.
Bohaterowie drugiego planu
W tej historii jest pięciu głównych bohaterów – ich losy rymują się ze sobą, krzyżują, ciekawie się nawzajem naświetlają albo antycypują. Ale Rymkiewicz, Kuriochin, Sajnóg, Nowikow i Tekieli nie działaliby tak na wyobraźnię, gdyby nie świetnie zaprojektowane przez Muzyczuka tło bohaterów drugoplanowych.
Po Zmierzchu magów pałętają się jeszcze bowiem obrazy Jacka Kryszkowskiego wykopującego ciało Witkacego, żeby z nim – samym już nieumarłym Witkacym, a nie li tylko jego ciałem – pogadać jak z randomowym głupkiem przy wódzie i być wobec niego jako randomowy głupek przy wódzie. Witkacy przywołuje Tadeusza Micińskiego, którego ma za najzwyczajniejszego w świecie Maga. Ten przeprowadza nas przez źródła polskiej duszy. Następnie wracamy do nekrorealistycznego segmentu tej opowieści. Muzyczuk pokazuje gnijące trupy starych i nowych ideologii. Są wampiry, upiory i niczym nieuzasadnione ekranowe okrucieństwo. Czym jest zombie kapitalizmu a czym jest zombie socjalizmu? Zza teatralnej mgły wychodzi czeski pisarz Ladislav Klíma. Czarny romantyzm z jego widziadłami zaczyna społecznie pracować na usługach konserwatyzmu. Pojawiają się strategie, dzięki którym siły reakcyjne zdobyły władzę nad teoriami spiskowymi. Noc żywych trupów funkcjonuje w świecie Zmierzchu magów na tych samych zasadach co rosyjska odpowiedź na Matrixa. Muzyczuk pokazuje, jak w państwie dokonującym agresji i zbrodni wojennych wydaje się ponad 50-tomowe przechwycenie zachodniego Harry’ego Pottera i fantasy o ataku na sąsiada i zbrodniach wojennych. Pojawia się też Jacek Adamas, polski i olsztyński artysta-obywatel. Ten, który zadzierzgnął język polskiej sztuki krytycznej lat 90. do prawicowej retoryki, włączając ją między innymi w nurt smoleński.
Jest tutaj jeszcze wiele innych osób i demonów. Tło dla występu głównych magów jest znacząco i pieczołowicie stworzone, zapiera dech w piersiach, bombarduje możliwymi znaczeniami, wprawia w stany a to wesołe, a to stany paniki. Dodatkowo, każda z pojawiających się tu osób ma zadatki na główną rolę i łatwo pomyśleć, że o wszystkim decyduje montaż.
Cholernie istotna sztuka montażu
Jeżeli historia rzeczywiście jest polem bitwy, to Zmierzch magów może służyć jako świetne narzędzie do przemontowania historii kultury w jakąś nową, świecącą zaskakującymi sensami i emanującą nowymi energiami konstelację. Taką, z której można wyciągnąć bardzo daleko idące wnioski. Dzięki której można szukać możliwych do przechwycenia intensywności, wytworzonych wcześniej przez opisywaną wyżej upiorną bandę natchnionych faszoli.
W montażu Muzyczuka czuć nastrój pewnego katastrofizmu. A może po prostu trudno jest nie układać sobie tych historii w katastroficzną całość? Ale wydaje mi się, że można też pomyśleć o tym wszystkim zupełnie inaczej. W końcu można znaleźć tam afirmatywne momenty i możliwe ścieżki ewakuacji z konserwatywnych pułapek. Przede wszystkim, autor sięga po świadomy swojej ideologicznej atrakcji montaż, wymyślony w krainie Kuriochina, Putina i Dugina przez rewolucjonistę kina Siergieja Eisensteina. Właśnie tak udało mi się przeczytać tę książkę. Oto sekwencja sprawnie zestawionych ze sobą obrazów – najpierw czymś mnie elektryzują, potem każą mi o sobie myśleć.
Jeżeli historia rzeczywiście jest polem bitwy, to Zmierzch magów może służyć jako świetne narzędzie do przemontowania historii kultury w jakąś nową, świecącą zaskakującymi sensami i emanującą nowymi energiami konstelację.
Montaż jest dla mnie najbardziej urzekającą siłą Zmierzchu magów. A przywołanie Eisensteina świetną okazją do spekulowania o jakimś skręcie pod koniec tej mistycznej historii. Witalność jego montażu daje szansę na myślenie o zgniłej mistyce rewolucji konserwatywnej jako pewnym etapie wykluwania się czegoś zupełnie innego. A gdyby jego film88 F. Jameson, Marks i montaż, przeł. J. Nowacki, https://malyformat.com/2024/12/marks-i-montaz/ (dostęp: 23 marca 2026). ↩︎, w którym Kapitał montuje się z Ulissesem naprawdę powstał, zrobiłoby się jeszcze goręcej. Tak tylko ostrzegam. Poza tym, na pewno gdzieś już istnieje jakaś piwniczna organizacja osób preparujących i testujących Siergieja Eisenteina jako kandydata w następnych wyborach prezydenckich. Jego agentura – bezkompromisowe montażystki bodźców fizjologicznych i przekonani do sprawy geekowie. Nagle docierające do ludzi obrazy najpierw są odrażająco obce, a potem wybuchają w umyśle jakąś petardą olśnienia albo pragnienia. Kolejna odsłona zarażania społeczeństwa wizualnym wirusem. Montaż, kolejność, tempo, intensywność – wszędzie poprzesuwane skale. Ludzie szybko zaczynają od tego myśleć i działać inaczej niż wcześniej. Rzeczywistość społeczna zyskuje nowy impet. Tik-Tok płonie w rękach użytkowników, a potem jest powszechne marzenie i patrzenie zupełnie w innych sekwencjach montażowych. Zaczynają widzieć Eisensteina jako grzyba, który udawał trupa, żeby w pewnym momencie przestać. Tajniacy nie są w stanie go ani złapać, ani przekupić, ani zabić, ani zamknąć. Kłócą się tylko między sobą czy to duch, czy rzeczywiście grzyb. A on przekonuje do siebie ludzi. Wpaja im nowe sposoby patrzenia. Następnie okazuje się, że jest ich więcej – cały tłumek Einsensteinów. I tutaj historia naprawdę zaczyna się rozpędzać, w kilkunastu kierunkach jednocześnie.
Obrazy Eisensteina-grzyba pojawiają się u mnie pod wpływem historii ułożonych przez Muzyczuka jako Zmierzch magów. To błyskotliwa zbitka faktów, kadrów, tez, źródeł i opisów akcji, a każda z nich i wszystkie razem – wywołują przeróżne fantazje. Czy dałoby się te losy przechwycić i przemontować tak, żeby wyrwać je z konserwatywnej rewolucji niosącej czasy ostateczne? I zaproponować jakiś równoległy montaż żywotów mistycznych? Wyobrażam sobie ekranizację czy inną adaptację, która zaczyna się od szybkiego montażu twarzy wykrojonych z tłumu pląsającego do mistyczno-faszystowskiego misterium Pop Mechaniki nr 418, następnie przechodzi przez nekrorealistyczne ekscesy, Nowikowe inscenizacje antyku i Totartowe budowanie miasta w mieście, a kończy się jakimś dającym utopijną nadzieję zmontowaniem zmutowanych Kryszkowskiego i Słowackiego, którzy ewidentnie idą razem coś zmontować, a miny mają jak boży potępieńcy i podpalacze świata.
Mateusz Górniak – pisarz, dramaturg i krytyk filmowy. Autor książek Trash Story (Ha!art, 2022), Dwie powieści ruchu (Filtry, 2023), Ćpun i Głupek (Convivo, 2025) oraz Pięć adaptacji (Ha!art, 2025). Współrealizował projekty teatralne między innymi w Nowym Teatrze w Warszawie czy Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Jego eseje, opowiadania i teksty dla teatru były publikowane na przykład w “Dialogu”, “Kinie” czy “Małym Formacie”.
WięcejRafał Księżyk – dziennikarz, redaktor i krytyk muzyczny. W latach dziewięćdziesiątych współtworzył magazyny „Brum”, „Plastik”, „Antena Krzyku”, „City Magazine” i „Aktivist”. Jest współautorem autobiografii Tomasza Stańki, Roberta Brylewskiego, Tymona Tymańskiego, Muńka Staszczyka, Kazika Staszewskiego, Marcina Świetlickiego, a także autorem dwóch zbiorów esejów – 23 cięcia dla Williama S. Burroughsa oraz Wywracanie kultury. O dandysach, hipsterach i mutantach. W 2020 roku opublikował monografię Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989 – 1993, a w 2023 Śnialnię. Śląski underground, która zdobyła Górnośląską Nagrodę Literacką „Juliusz”. W 2025 roku ukazała się jego najnowsza książka Fala. Rok 1984 i polski postpunk.
WięcejPrzypisy
Stopka
- Osoby autorskie
- Daniel Muzyczuk
- Tytuł
- Zmierzch magów
- Wydawnictwo
- Wydawnictwo Krytyki Politycznej
- Data i miejsce wydania
- Warszawa 2025
- Strona internetowa
- krytykapolityczna.pl/wydawnictwo/zmierzch-magow-daniel-muzyczuk/







