30.08.2019

Zbyt straszne, żeby mogło być nieprawdziwe. Edward Dwurnik w Rastrze

Stach Szabłowski
Edward Dwurnik, „Ćpają. Cykl XV Sportowcy, nr 974”, akryl i olej na płótnie, 146 x 98 cm, 1984
Zbyt straszne, żeby mogło być nieprawdziwe. Edward Dwurnik w Rastrze
Edward Dwurnik, „Ćpają. Cykl XV Sportowcy, nr 974”, akryl i olej na płótnie, 146 x 98 cm, 1984
Dyskurs sukcesu, cyniczne bon moty, rozmawianie o pieniądzach, Aleksander Kwaśniewski, rozbijanie się Porsche po Warszawie, willa na Sadybie, szpan, szydera ze światowych, antykapitalistycznych i elitarystycznych póz przybieranych przez polski art-world – czy to wszystko nie mówi więcej i głębiej o kulturze tzw. tego kraju niż wiele wypowiedzi wyartykułowanych na gruncie sztuki krytycznej?

Spocony od zmiany klimatycznej, w finale sezonu ogórkowego, wybrałem się zobaczyć wystawę Edwarda Dwurnika w Rastrze. A może bardziej się powlokłem niż wybrałem? Nie chodzi nawet o to, że było gorąco; bardziej wlokłem się niż szedłem, ponieważ szedłem niechętnie. Niechęć, którą przezwyciężałam, mimo wszystko przecież idąc, żywiłem do twórczości Dwurnika. A może do jego postawy? W dodatku widziałem tę wystawę już wcześniej i to nawet dwukrotnie, ale za każdym razem nieuważnie i nie do końca. Nawet to, co zobaczyłem kątem oka, wystarczyło jednak, abym przeczuwał, że kiedy obejrzę Zbiórkę na placu dokładnie, najprawdopodobniej będę musiał skapitulować przed Dwurnikiem. No i rzeczywiście…

Dwurnik należał do ulubionych współczesnych artystów osób, którzy nie interesują się sztuką współczesną. Podsycał swoją popularność wywiadami, w których epatował cynizmem i maczyzmem, ostentacyjnie wykonywał gesty w złym guście, popisując się samochodami i pieniędzmi. Pozostaje kwestią dyskusyjną czy sławę budowaną takimi metodami należy brać za dobrą monetę.

Za życia Dwurnik wkładał mnóstwo wysiłku w widzialność zarówno swojej twórczości, jak i osoby, a w końcu w to, by jego postawę było trudno przełknąć. Wystawiał obrazy w znakomitych kontekstach, a także w zupełnie fatalnych, jakby było mu wszystko jedno, gdzie i w jakim towarzystwie się pokazuje. Krąży taka anegdota: dyrektorka najlepszego muzeum w Warszawie pyta Dwurnika o możliwość zakupu jego obrazów do kolekcji, a artysta odpowiada, że nie ma problemu – jego prace od ręki można sobie kupić w galerii Katarzyny Napiórkowskiej. Nie mam pewności, czy taka rozmowa naprawdę miała miejsce, zwłaszcza, że na stronie wspomnianego muzeum na liście prac składających się na kolekcję Dwurnika brak. Wolę nie sprawdzać autentyczności anegdotki – jest zbyt piękna, żeby dowiedzieć się, że to tylko żart. Jest też zbyt prawdziwa. Jednak niezależnie od tego jak naprawdę było, w przypowiastce tej mieści się bardziej ogólna prawda o sposobie funkcjonowania Dwurnika, który grał na wielu fortepianach jednocześnie. Niektóre z nich brzmiały hałaśliwe. Inne były nastrojone tak okropnie, że uszy więdły kiedy w nie bębnił.

Na tle jego obrazu chętnie występował Aleksander Kwaśniewski. Dwurnik należał do ulubionych współczesnych artystów osób, którzy nie interesują się sztuką współczesną. Podsycał swoją popularność wywiadami, w których epatował cynizmem i maczyzmem, ostentacyjnie wykonywał gesty w złym guście, popisując się samochodami i pieniędzmi. Pozostaje kwestią dyskusyjną czy sławę budowaną takimi metodami należy brać za dobrą monetę. Na pewno na jakąś monetę można ją przeliczyć, ale sprowadzanie wizerunku Dwurnika do maszyny do zarabiania pieniędzy byłoby uproszczeniem i pomyłką. Wracając na Zbiórkę na placu, spotkałem w Rastrze Michała Kaczyńskiego. Ucięliśmy sobie pogawędkę o Dwurniku. Galerzysta celnie zauważył, że gdyby artysta chciał po prostu prowadzić fabrykę łatwo schodzących obrazów, mógłby bez końca malować weduty w duchu Podróży autostopem albo Niebieskich miast. Publiczność najbardziej kocha te piosenki, które już zna, a te obrazy to absolutne przeboje.

Trickster malarstwa polskiego. Wokół ostatniej wystawy Edwarda Dwurnika Jakub Banasiak o wystawie Edwarda Dwurnika w Państwowej Galerii Sztuki w Sopoci CZYTAJ!

Dlaczego zatem Dwurnik, malarz, który cały gmach swojej sztuki zbudował na figuracji, cisnął okropny cykl XXV, nieszczęsną interpretację własną Pollockowskiego action paiting – choć już po pierwszym obrazie widać było, że nic ciekawego z tego nie wyniknie? Dlaczego malował złe obrazy, potrafiąc malować dobre? Po co uparcie uprawiał nad-obecność, nadprodukcję, przybierał nuworyszowskie pozy i wystawiał gdzie popadanie? Czy ta postawa napędza była czystą przekorą? Nihilizmem i cynizmem? Czy rządził nią niekontrolowany instynkt prowokacji? Czy raczej należy w niej widzieć przemyślany projekt krytyczny w Warholowskim duchu? Bo – na dobre i złe – działanie Dwurnika, który łamał panujące w artworldzie reguły, miało wywrotową moc. Pytanie tylko, czy z tego przewrotu wynikało więcej szkody czy pożytku.

Mnie najbardziej w fenomenie Dwurnika fascynowały nie jego prowokacje – do tych czułem raczej niechęć – ile fakt, że uchodziły mu na sucho. To twórca, który zrobił wiele, aby ustawić się w jednym szeregu z takimi postaciami jak Franciszek Starowieyski czy Jerzy Duda-Gracz, gwiazdami PRL-owskiej bohemy, które w III RP podjęły się ucieleśniania popularnego, i ostatecznym rozrachunku dość karykaturalnego wyobrażenia o społecznej roli artysty jako malowniczego ekscentryka. Oczywiście artystycznie między Starowieyskim i Dwurnikiem nie ma porównania; perwersja polegała jednak na tym, że ten drugi był dobrym malarzem, który zachowywał się w sposób charakterystyczny dla niedobrych malarzy spod znaku galerii Katarzyny Napiórkowskiej.

Dwurnik miał w swojej biografii kontrowersyjne polityczne wolty, niezbyt estetycznie wyglądające koniunkturalizmy. Łamanie bojkotu reżymowych instytucji wystawienniczych po stanie wojennym, udział w Festiwalu Malarstwa Krajów Socjalistycznych w 1983 roku, potem malowanie obrazów o martyrologii Polaków w ZSRR, a nawet malowanie ofiar junty generała Jaruzelskiego – ale dopiero po upadku PRL i po tym jak generał stracił władzę, a ZSRR zaczął się rozpadać i tworzenie takich prac straciło sens, w każdym razie na pewno w wykonaniu Dwurnika – o tych i o innych sprawkach pisał na łamach „Szumu” nie tak dawno przecież, choć jeszcze przed śmiercią artysty, Jakub Banasiak w tekście Trickster malarstwa polskiego. Ja już nie chcę wracać do lustrowania Dwurnika ani sadzić się na wystawienie moralnych ocen kompromisów zawieranych w czasach, kiedy sam byłem dzieckiem. Zauważam tylko, że byli artyści, którym – jak na przykład Władysławowi Hasiorowi – różnych historii z lat 80. nie wybaczano do końca życia; w postkomunistycznej Polsce spychani byli na margines głównego nurtu życia instytucjonalnego. Dwurnik tymczasem, na przekór wszystkiemu, a może zwłaszcza na przekór sobie, nigdy z tego nurtu nie wypadł.

Wystawa w Rastrze jest początkiem porządkowania spuścizny po artyście. Od teraz galeria, we współpracy z założoną przez spadkobierców malarza Fundacją Edwarda Dwurnika, będzie się zajmować tym dorobkiem, kładąc kres chaotycznej dystrybucji prac i dyskursu, którą praktykował sam autor. Trudno znaleźć lepszą i bardziej oczywistą instytucję do tej roboty. Rastryści należą do najbardziej konsekwentnych i najszczerszych entuzjastów Dwurnika po 1989 roku. Zajmowali się i ekscytowali jego twórczością jeszcze w latach 90., zanim założyli Rastra. W tamtej dekadzie w groteskowym w formie, ale realistycznym w treści malarstwie Dwurnika, szukali korzeni wyczulonej na codzienność sztuki, jaką pragnęli znaleźć w III RP (i wkrótce znaleźli – m.in. we wczesnych pracach artystów z Ładnie).

Edward Dwurnik, „Zbiórka na placu”, widok wystawy
Edward Dwurnik, „Zbiórka na placu”, widok wystawy
Edward Dwurnik, „Zbiórka na placu”, widok wystawy
Edward Dwurnik, „Zbiórka na placu”, widok wystawy

Alegorią i dokumentem relacji tej trójki – Dwurnika i Rastrystów – jest namalowany w 2001 roku obraz Panowiechłopcy, portret galerzystów namalowany przez artystę. Kaczyński jest na tym obrazie wesołym diabłem, który niesie na rękach Gorczycę, ten drugi ma na ramieniu biało-czerwoną opaskę z napisem ORMO.

Panowiechłopcyto jeden z blisko 4000 (!), obrazów, które namalował Edward Dwurnik, artysta, który poza wszystkim innym, zadawał się być napędzany imperatywem, wręcz nałogiem tworzenia. Wśród tych tysięcy prac jest wiele złych rzeczy, ale na pierwszą oficjalną pośmiertną wystawę Dwurnika (jak nazywa swoje przedsięwzięcie Raster) wybranych zostało raptem osiem płócien. I wszystkie są dobre. Wszystkie też pochodzą z lat 80., wyjątkowo nieoczywistego i być może najciekawszego okresu w twórczości artysty. Była to dekada, którą Dwurnik rozpoczął tajemniczym przepowiedzeniem stanu wojennego w profetycznym cyklu Warszawa. Potem został – na krótko – ulubieńcem podziemnej Solidarności, jeszcze później widziano w nim ugodowca i kolaboranta władzy. Z drugiej strony, w tej samej dekadzie malarz rozpoczął drogę, która zdawała się prowadzić do wielkiej międzynarodowej kariery. Jego prace rezonowały z brzmieniem Neue Wilde; artysta wziął udział w documenta w Kassel, w biennale w Sydney, w Sao Paolo i w Paryżu, wystawiał w Muzeum Ludwiga w Kolonii, nawiązał współpracę z legendarną galerią Jablonka.

Pieniądze. Obraz za dobre słowo. Rozmowa z Edwardem Dwurnikiem Fragment książki Małgorzaty Czyńskiej, "Moje królestwo. Rozmowa z Edwardem Dwurnikiem", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2016 CZYTAJ!

Czy Dwurnik był naprawdę artystą międzynarodowego poziomu, na który wkraczał w latach 80.? Kiedy patrzy się na obrazy wystawione w Rastrze, trzeba powiedzieć, że tak, choć, jak to u Dwurnika, wszystkie przedstawienia obsesyjnie trzymają się Polski. Pochodzą z mrocznej dekady, więc i same są mroczne. Na jednym matka Polka oprawia na obiad szczury. Na innym w pejzażu ulepionym z burego błota ląduje skrzydlaty listonosz, upadły anioł, który wygląda jak milicjant. Na jeszcze innym, już otwarcie surrealistycznym, jest Jezus Chrystus, a właściwie jego upiorna, groteskowa głowa, nadziana na słup linii wysokiego napięcia, na obrzeżach jakiegoś ponurego, ciemnego miasteczka, którego za żadne skarby nie chciałoby się odwiedzić. Jest też tytułowa Zbiórka na placu – monumentalne płótno przedstawiające demonstrujących robotników. To dziki i groźny obraz; tłum przestawionych na nim mężczyzn emanuje agresją i siłą, ale czy to jest dobra moc? Czy to członkowie Solidarności maszerują by obalić opresyjny reżym i ustanowić demokrację? Czy jest to raczej tłum, który zaraz kogoś zlinczuje, i stratuje wszystko co stanie mu na drodze, niezależnie co to będzie?

Obrazy z tej wystawy są malowane ekspresyjnie, bliżej stąd do nowych dzikich niż do Nikifora, którym Dwurnik fascynował się w latach 60. i 70. Postaci są ciężkie, dosadne i bardziej złowieszcze niż karykaturalne. Przestrzenie rozlewają się w niedopowiedziane, na wpół abstrakcyjne, ale nie sugerujące niczego dobrego mroczne tła. Na marginesach przedstawień błąkają się niedokończone wizerunki psów, najprawdopodobniej bezdomnych i bez wątpienia należących do rodzaju tych, które gryzą karmiącą je rękę. Kobiety tańczą, ale jest to chochli taniec. Wychudli narkomani dają w żyłę, rozpoczynając podróż donikąd.

Edward Dwurnik, „Matka oprawia szczury. Cykl XV Sportowcy, nr 1194”, olej na płótnie, 146 x 114 cm, 1986
Edward Dwurnik, „Listonosz. Cykl XVI Robotnicy, nr 1240”, olej na płótnie, 210 x 150 cm, 1987
Edward Dwurnik, „Chrystus we wsi. Cykl X Krzyż, nr 1635”, olej na płótnie, 210 x 150 cm, 1991

Koszmarna rzeczywistość, świetne obrazy na jej temat. Co osobliwe, te ponure majaki wyśnione w dekadzie stanu wojennego, wyjęte z historycznego kontekstu, niepokojąco rezonują z atmosferą współczesnej Polski, która jest przecież zupełnie inna. A może nie jest? Patrząc na te obrazy, zacząłem się wręcz zastanawiać czy mój opór przed twórczością Dwurnika nie jest w gruncie rzeczy oporem przed Polską? Miasta, miasteczka, prowincje, błota, Sportowcy, chłoporobotnicy, solidarność, kolaboracja, Droga na wschód, ofiary stanu wojennego – zarówno twórczość, jak i biografia Dwurnika są tak naładowane bagażem polskich kontekstów, że trudno go unieść, choć jest to raczej ciężar polskości, niż samego malarstwa, przecież błyskotliwego. Znamienne, że choć malarz miał do dyspozycji trampolinę do międzynarodowej kariery, ostatecznie jej nie zrobił i został gwiazdą popularnej wyobraźni w peryferyjnym kraju ojczystym. Nie był w stanie funkcjonować w wielkim świecie? Czy dokonał świadomego wyboru? W sumie na jedno wychodzi. Sama postawa Dwurnika po 1989 roku i motywy, na której była zbudowana, układają się w niezłą alegorię kultury krainy transformacji. Dyskurs sukcesu, cyniczne bon moty, rozmawianie o pieniądzach, Aleksander Kwaśniewski, rozbijanie się Porsche po Warszawie, willa na Sadybie, szpan, szydera ze światowych, antykapitalistycznych i elitarystycznych póz przybieranych przez polski art-world – czy to wszystko nie mówi więcej i głębiej o kulturze tzw. tego kraju niż wiele wypowiedzi wyartykułowanych na gruncie sztuki krytycznej? Nie wątpię, że z filtrowanego przez Rastra dorobku Dwurnika z biegiem czasu będzie wyłaniał się coraz lepszy malarz, artysta wybitny, taki jak na Zbiórce na placu. Kontrowersyjny projekt Dwurnika jako twórcy performującego rolę artysty w pokomunistycznej Polsce dobiegł końca wraz ze śmiercią autora. Oglądany z dystansu, ten projekt rzeczywiście może okazać się ostatecznie przedsięwzięciem głęboko krytycznym, w warholowskim sensie: ważną opowieścią o Polsce. Jeżeli zawsze odczuwałem niechęć do tej opowieści, to niewykluczone, że z obawy, iż może być ona prawdziwa.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaEdward Dwurnik
WystawaZbiórka na placu
MiejsceGaleria Raster, Warszawa
Czas trwania22.06–7.09.2019
Strona internetowarastergallery.com
Indeks

Zobacz też