02.11.2018

Trickster malarstwa polskiego. Wokół ostatniej wystawy Edwarda Dwurnika

Jakub Banasiak
Edward Dwurnik, „Niech żyje wojna!”, olej na płótnie, 146 x 114 cm, 1992
Trickster malarstwa polskiego. Wokół ostatniej wystawy Edwarda Dwurnika
Edward Dwurnik, „Niech żyje wojna!”, olej na płótnie, 146 x 114 cm, 1992
Edward Dwurnik to „trickster”, który tyleż maluje, co malarstwa używa, wpisując je w znacznie szerszy projekt. Nieustannie się „upupiając”, zdaje się realizować rodzaj malarskiej „sztuki żenującej”, grając awangardową kartą wobec tradycjonalistów, rynkową wobec inteligenckiego salonu i konserwatywną wobec twórców postępowych.

Jak piszą organizatorzy wystawy 75 ×75 Dwurnik, prezentowany wybór prac – jest ich, jak łatwo się zorientować, 75 – jest na tyle zróżnicowany, że można uznać go za reprezentatywny. Rzeczywiście, Bogusław Deptuła sumiennie przejrzał gargantuiczny dorobek malarza, aby wyłuskać z niego (dorobku) dzieła typowe. To wybór solidny, jest w nim wszystko, co być powinno: „nikifory”, małomiasteczkowe cykle z lat 70., „błękitne” warszawskie weduty (choć nie te „profetyczne”, sprzed stanu wojennego), portrety, w tym grupowe wyliczanki (170 polityków sztuki bawi zawsze i wszędzie), w końcu – cykl XX Błękitny (niemal abstrakcyjne morze) i „pollocki” (cykl XXV). Każdy znajdzie tu więc coś dla siebie, i wnet zapomni, że obrazy powieszone są byle jak, za ciasno, a zwrot „koncepcja kuratorska” to w tym przypadku ponury żart. Świadczy o tym przede wszystkim kuriozalna nadreprezentacja „pollocków”, które stanowią ponad 1/3 (!) wszystkich pokazanych na wystawie prac. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dosztukowano ich aż tyle, aby osiągnąć magiczną liczbę 75. Jak podaje w katalogu Deptuła, dziełek tych użyczył jeden z „wielkich i oddanych” kolekcjonerów prac Dwurnika – doktor Piotra Ziajka z Sopotu. Jeżeli dodamy do tego tyleż okazały, co zupełnie nieczytelny, beznadziejnie niewygodny, przekombinowany katalog autorstwa Ryszarda Bienierta (co dla tego projektanta typowe), jeżeli weźmiemy pod uwagę lustrzany sufit, mrowie ścianek i srebrne kolumny w salach wystawowych PGS (znakomity zabytek wczesnotransformacyjnego postmodernizmu), to otrzymamy zaiste urodzinową bajaderę. Dwurnik bez wątpienia zasługuje na bardziej dopracowany jubileusz, ale nie to jest tu największym problemem – zresztą większości pokazywanych prac trudno czymkolwiek zaszkodzić.

Edward Dwurnik, „75 x 75 Dwurnik”, widok wystawy
Edward Dwurnik, „75 x 75 Dwurnik”, widok wystawy
Edward Dwurnik, „75 x 75 Dwurnik”, widok wystawy
Edward Dwurnik, „75 x 75 Dwurnik”, widok wystawy

Problem tkwi w narracji, która organizuje ten ogrom obrazów – narracji do bólu poprawnej, nieledwie „wikipedycznej”, pisanej w myśl zasady, że najbardziej lubimy te piosenki, które znamy najlepiej. Rzecz w tym, że w obszarze sztuki taki mechanizm rzadko się sprawdza – nawet w przypadku Dwurnika, a więc zdeklarowanego miłośnika sztampy, powtarzalności, komercji; a może szczególnie w jego przypadku. Dlatego też główne zadanie krytyki widziałbym tu nie tyle w analizie formalnych i tematycznych metamorfoz prac Dwurnika (tu literatura jest niezmierzona), ile w próbie zaproponowania nowego języka ich opisu. Nie oferuje tego rzeczony katalog – tekst Deptuły, jedyny w tomie, to rzecz z gatunku salonowo-koleżeńskich, a nie problemowych.

Tym, co przesądza o wyjątkowości Dwurnika, to sposób, w jaki gra on swoją postawą. Krótko mówiąc, mowa o artyście – jak rzadko kiedy – samoświadomym. Źródło tej cechy bije, być może, w neoawangardowym treningu, jaki artysta przechodził pod koniec lat 60. w towarzystwie przyjaciół z Wydziału Rzeźby stołecznej ASP.

Krytyka artystyczna uwielbia usprawiedliwiać poszczególne wolty Dwurnika – i te artystyczne, i te, może przede wszystkim, polityczne. Na niczym innym nie zasadza się wypowiedź Deptuły: po kolei tłumaczy on, że w poszczególnych wcieleniach „tak naprawdę” chodziło malarzowi „o co innego”; że nie zrzynał z Nikifora, tylko go reinterpretował; że kiedy malował robotników w epoce Gierka, to „tak naprawdę” było to nie po myśli władzy; że kiedy przystępował do ZPAMiG, to „z przekory”; że kiedy trup komuny jeszcze nie ostygł, a on już malował Drogę na Wschód Od grudnia do czerwca, to nie był to gest koniunkturalny, lecz „spontaniczna reakcja człowieka zaskoczonego rozmiarami komunistycznych zbrodni” (!); że błękitne seaszafty i pstrokate „pollocki” może i zrazu wydawały się kiczowate (Deptuła robi naprawdę pasjonujące retoryczne wygibasy, żeby nie powiedzieć tego wprost), ale „obecnie są doceniane” (na pewno przez doktora Ziajkę).

Dwurnik ma więc wielu sprawnych adwokatów – to na pewno. Dlatego, dla odmiany, oddajmy głos jemu samemu. Tak oto tłumaczył, dlaczego wziął udział w Festiwalu Malarstwa Krajów Socjalistycznych w 1983 roku: „[…] zgłosili się kiedyś do pracowni ludzie z «Mazowsza» [Solidarności – J.B.] i zakomunikowali mi, że jestem malarzem robotniczej sprawy. Powiedziałem – w porządku, ja już nim jestem. […] Dalej przyszła fala akcji kościelnych. Chcecie – proszę bardzo. […] I oto zjawiają się u mnie inni ludzie. Panowie w garniturkach. I mówią, że jest impreza krajów socjalistycznych, malarze z tych państw będą pokazywać obrazy w Szczecinie. Proszę bardzo, mogę pokazać”.

Dwurnik jest artystą nieprzeciętnym, ponieważ w poszczególnych momentach swej kariery z rozmysłem wybierał to, czego po artystach oczekuje społeczeństwo i władza (szeroko rozumiana), a nie środowisko artystyczne. W polu sztuki uznanie daje zazwyczaj kombinacja odwrotna, i dlatego Dwurnikowi udało się zachować postawę osobną; udało się, rzecz jasna, dzięki malarstwu, które przekroczyło i tę niedogodność.

Wypowiedź pochodzi z czasopisma „Radar” z odwilżowego już 1986 roku, i proponuję wypisać ją na sztandarach twórczości Dwurnika. Bo Dwurnik to malarz na wskroś dworski – autor malujący na zamówienie. Do powyższej wyliczanki dodajmy prace z drugiej połowy lat 80., a więc utrzymane w poetyce nowoekspresyjnej – jak Kobro–Strzemiński z poprzyklejanymi kartonowymi sylwetami tytułowej pary, niby (ale tylko niby) wyjęty z wystawy, która odbyła się w tej samej sopockiej galerii 32 lata wcześniej. To zresztą świetny moment omawianej tu niby-retrospektywy: prace utrzymane w duchu nowej ekspresji są mocne, zadziorne, takie jak byćpowinny – nie są tylko prawdziwe. „Przyszli dzicy, powiedziałem – w porządku” (to już moja inwencja). Potem przyszedł jeszcze wolny rynek i postkomunizm – na wystawie brakuje tylko malowanych taśmowo tulipanów (być może też już przez kogoś docenionych), jest za to satyra na drobnomieszczańskich „buraków”, którzy nie przystawali do wzorca nowej, wielkomiejskiej elity. Zelig przy Dwurniku to marny amator.

Edward Dwurnik, „75 x 75 Dwurnik”, widok wystawy
Edward Dwurnik, „75 x 75 Dwurnik”, widok wystawy
Edward Dwurnik, „75 x 75 Dwurnik”, widok wystawy
Edward Dwurnik, „75 x 75 Dwurnik”, widok wystawy

To wszystko nie jest, oczywiście, takie proste. Nie dlatego – niech w końcu padnie ten truizm – że Dwurnik to malarz wybitny, choć nierówny (jednak kilka, może kilkanaście obrazów w Sopocie zapiera dech w piersiach). Tym, co przesądza o wyjątkowości Dwurnika, to sposób, w jaki gra on swoją postawą. Krótko mówiąc, mowa o artyście – jak rzadko kiedy – samoświadomym. Źródło tej cechy bije, być może, w neoawangardowym treningu, jaki artysta przechodził pod koniec lat 60. w towarzystwie przyjaciół z Wydziału Rzeźby stołecznej ASP. Zaryzykowałbym tezę, że Dwurnik to trickster, który tyleż maluje, co malarstwa używa, wpisując je w znacznie szerszy projekt. Nieustannie się „upupiając”, zdaje się realizować rodzaj malarskiej „sztuki żenującej”, grając awangardową kartą wobec tradycjonalistów, rynkową wobec inteligenckiego salonu i konserwatywną wobec twórców postępowych (albo mieszając te role – jak wtedy, gdy miał poradzić Joannie Mytkowskiej, że jeśli ta chce kupić jego prace do kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej, to może nabyć je nieopodal, w Galerii Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej).

Marcin Świetlicki w (nie)sławnym wywiadzie powiedział kiedyś, że jego nadrzędnym celem jest „wkurwić lewaka, obśmiać mentalnego pedała”; zdaje się, że Dwurnik żywi podobne upodobania – czyż nie o to chodziło, gdy zajeżdżał czerwonym „prosiakiem” pod Zachętę lub w inny sposób epatował zarobionymi pieniędzmi? Jakby przyjmował na siebie razy za hipokryzję wszystkich wokół. Nie byłoby w tym takiej siły, gdyby Dwurnik nie był konsekwentny – gdyby nie brał od wszystkich po równo, gdyby zawsze nie szedł z duchem czasu. Był już naiwny, społeczny, robotniczy, partyjny, opozycyjny, prezydencki, oligarchiczny, konsumpcyjny, hipsterski, awangardowy… Nie chcę oceniać, czy i kiedy Dwurnik uwierzył w którąś z odgrywanych przez siebie ról. Problem widzę raczej w pewnej nieskuteczności tego metamalarskiego – będę się upierał – projektu. Dowodem nieszczęsny wywiad rzeka Małgorzaty Czyńskiej, która zamiast dostrzec ambiwalencję narracji mistrza, spija każde jego słowo, potykając się kolejno o wszystkie płotki (Nikifor, stan wojenny, popularność, kobiety…). To stracona szansa – sam proponowałem kiedyś przeprowadzenie takiej rozmowy pewnemu eks-krytykowi, a dziś galerzyście, który bez wątpienia dostrzega rozmaite płaszczyzny twórczości Dwurnika (ten kiedyś nawet go sportretował); niestety, jakoś się nie złożyło.

Nie przez przypadek fragment książki Czyńskiej przedrukowano w katalogu sopockiej wystawy („Ciekawe, czy teraz mnie wkręcasz?”, pyta autorka; „Nie wkręcam”, uspokaja malarz). Tymczasem Dwurnik nie potrzebuje dziś – w siedemdziesiątym piątym roku życia – kolejnych laurek i dziennikarzy, którzy powtórzą za nim, słowo w słowo, zwietrzałą legendę; potrzebuje za to – niczym tlenu – gruntownej rewizji swojej twórczości, opowiedzenia jej na nowo. Próbował to robić Łukasz Ronduda, wskazując, że Dwurnik buduje nieobecną w polskiej sztuce figurę artysty popartowego. Wydaje się, że to słuszny trop, jednak niewystarczający. O ile bowiem w latach 90. Dwurnik rzeczywiście realizował mit malarza popularnego, doskonale czującego się w realiach wolnego rynku i telewizji śniadaniowych, zdystansowanego wobec awangardowych przesądów – o tyle warto pamiętać o jego wcześniejszych rolach. Dopiero wtedy obraz będzie kompletny.

Dwurnik jest artystą nieprzeciętnym, ponieważ w poszczególnych momentach swej kariery z rozmysłem wybierał to, czego po artystach oczekuje społeczeństwo i władza (szeroko rozumiana), a nie środowisko artystyczne. W polu sztuki uznanie daje zazwyczaj kombinacja odwrotna, i dlatego Dwurnikowi udało się zachować postawę osobną; udało się, rzecz jasna, dzięki malarstwu, które przekroczyło i tę niedogodność. Jest w tym wielki paradoks – stosując swoisty ketman, stworzył Dwurnik ze swej twórczości kronikę, w której skatalogował wszelkie możliwe postawy artysty plastyka, jakie występowały na przestrzeni ostatniego półwiecza na naszej ziemi, tej ziemi. Namalował przy tym mnóstwo złych, zbędnych obrazów (z cyklami XX Błękitny XXV na czele), co jednak jest nieistotne o tyle, że były one tylko narzędziami w grze, w którą Dwurnik gra już od ponad półwiecza. Pamiętajmy, że w „pollockach” Dwurnik zatapia monety.

Tekst pochodzi z 22. numeru Magazynu „Szum”.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaEdward Dwurnik
Wystawa75 × 75 Dwurnik
MiejscePaństwowa Galeria Sztuki w Sopocie
Czas trwania4.04–17.06.2018
KuratorBogusław Deptuła
Strona internetowapgs.pl
Indeks

Zobacz też