Gleba obiecana. „Gleba i przyjaciele” w CSW Zamek Ujazdowski
Jak Europa długa i szeroka, Zielony Ład chwieje się pod ciosami populistów, którzy grzmocą w tę strategię jak w bęben – a echo tych uderzeń odbija się gromko w świadomości elektoratów. Kiedy politycy, węsząc skąd wieje wiatr, czują, że na ekologicznej trosce można dziś tylko stracić, jej bastionami pozostają instytucje artystyczne. Jedną z takich redut jest CSW Zamek Ujazdowski, gdzie tuż przed wakacjami otwarto wystawę Gleba i przyjaciele.
Twarzą do ziemi
W problematykę przyjaźnienia się z glebą świetnie wprowadza otwierająca wystawę wielkoformatowa fotografia. Została wykonana na polu po zimowej orce. Widok jest spektakularny – kadr wypełniają wielkie, czarne, tłuste skiby. Wśród nich, twarzą do ziemi, leży człowiek. Na innej wystawie można by tę postać wziąć za zwłoki – na przykład ofiarę jakiegoś konfliktu, której nie miał nawet kto pochować. Jesteśmy jednak na Glebie i przyjaciołach, więc zakładamy, że bohater zdjęcia nie tylko żyje, ale i performuje – przyjaźni się z glebą, czule i ufnie się do niej przytulając.
Wystawa o glebie – to niby nie brzmi zbyt sexy; ale tylko pozornie. Bo jak się nad tym zastanowić, gleba jest wymarzoną kandydatką na bohaterkę opowieści snutych przez artystów wizualnych. Przecież to wizualności brakuje jej najbardziej.
W rzeczy samej, autor pracy – Krzysztof Maniak – miewa się znakomicie; spotkałem go na wernisażu. A przecież skojarzenie ze śmiercią, które prowokuje jego zdjęcie, to coś więcej niż wytwór mojego skłonnego do melancholii umysłu. W glebie zagrzebana jest ambiwalencja: ziemia daje oparcie naszym stopom, karmi nas, wyrasta z niej życie – ale jest też ostatnim adresem, pod którym wcześniej czy później trzeba się będzie zameldować. Niezależnie od tego, jak wysokimi murami cywilizacji człowiek odgrodzi się od natury, i tak w końcu się z nią zreintegruje – stanie się glebą.
Ciemne, brudne uniwersum
Wystawa o glebie – to niby nie brzmi zbyt sexy; ale tylko pozornie. Bo jak się nad tym zastanowić, gleba jest wymarzoną kandydatką na bohaterkę opowieści snutych przez artystów wizualnych. Przecież to wizualności brakuje jej najbardziej. Mówimy tu o uniwersum bliskim, wszechobecnym; chodzimy po nim całe życie, ale znamy je – dosłownie – w powierzchowny sposób. Postrzegamy symptomy zjawisk i procesów, których korzenie tkwią w ziemi, w ciemności, poza zasięgiem wzroku. Jeśli gleba ma zaistnieć w zbiorowej świadomości, potrzebuje artystek i artystów, osób, które zajmą się jej symboliczną uprawą – by z tego, co pod naszymi stopami, wyhodować sugestywne wyobrażenia.
Gleba i przyjaciele to wystawa, która ma edukacyjny cel, ale dążąc do niego, omija pułapkę dydaktyzmu, krocząc ścieżką uwrażliwiania odbiorców. Niemała w tym zasługa grupy projektowej Centrala, którą kuratorki Marianna Dobkowska i Edith Jeřábkova zaprosiły do zaaranżowania wystawy. To ekspozycja przygotowana lekko i pięknie.
Zadanie obrazowania gleby jest artystycznie ciekawe, ponieważ jest trudne, a poprzeczka zawisa jeszcze wyżej, jeśli – jak w Zamku Ujazdowskim – osoby artystyczne mają ambicję budzić wobec bohaterki wystawy przyjazne uczucia. Gleba nie jest szczególnie ładna, w każdym razie nie w konwencjonalny sposób. Porównajmy ją choćby do mórz i oceanów – to bliscy krewni w tym sensie, że razem tworzą powierzchnię globu. Tyle że gleba jest w tej rodzinie krewną ubogą – brzydkim kaczątkiem. Pod powierzchnią mórz kryją się barwne podwodne pejzaże, ożywione przez rośliny o fantastycznych kształtach i kolorowe zwierzęta. W glebie mieszkają dżdżownice, larwy oraz inne ślepe i – powiedzmy to sobie szczerze – obleśne stworzenia, które drążą w ciemności, wśród korzeni i grzybni, swoje korytarze. W ziemi kiełkują nasiona, ale leżą tu też kości i zwłoki, toczą się procesy rozkładu. Samo życie – powiecie – jego odwieczny cykl! Owszem, ale towarzyszą mu intensywne zapachy, które osoby nie dość serdecznie zaprzyjaźnione z glebą łatwo mogą pomylić z odorami. Gleba generalnie uchodzi za brudną – zwłaszcza w oczach mieszczuchów, którzy uczą swoje dzieci od małego, że po kontakcie z ziemią trzeba szybko umyć ręce.
Kazanie, którego nie było
Czy potrzebujemy ocieplenia wizerunku gleby? Pytanie jest retoryczne. Wystawa w Zamku mieści się w nurcie projektów artystycznych poświęconych kondycji świata w dobie antropocenu, a także wypracowywaniu wyobrażeń, na gruncie których ludzie mogliby zawrzeć z tym, co nieludzkie jakiś bardziej zrównoważony, posthumanistyczny deal – przekraczający kolonialny stosunek do przyrody. Gleba jest łatwą ofiarą ludzkiej kolonizacji, więc nią pada: jest zanieczyszczana, nawożona i faszerowana chemikaliami, eksploatowana, wyjałowiona, wysuszana, betonowana i komercjalizowana. Nie miejsce tu, żeby rozgadywać się, jak wiele zależy od przyszłości ziemi, z której wszystko wyrasta; zostańmy przy tym, że w dłuższej perspektywie na szali leżą nasze losy.
Gleba i przyjaciele zbudowana została na fundamencie fascynacji naturą i troski o jej kondycję, ale na szczęście nie jest jedną z artystycznych emanacji dyskursu katastrofy klimatycznej, rozwijanego w duchu milenarystyczno-moralizatorskim. Poczucie zaangażowania w słuszną sprawę często popycha osoby artykułujące ten dyskurs zarówno do egzaltacji, jak i wpadania w kaznodziejski ton. A kiedy w debacie jako figura retoryczna pojawia się wizja (antropogenicznego) końca świata, w ów ton wkradają się jeszcze nuty religianckie: ludzkość jest straszona karą za cywilizacyjne grzechy, wymaga się od niej pokuty i wyznania win w obliczu nadchodzących dni ostatnich. Z takiego podejścia rzadko wychodzi dobra sztuka – kazanie to ciężki materiał do estetycznych operacji, a panika moralna raczej paraliżuje niż inspiruje myśl i wyobraźnię. Polityka oparta na apokaliptycznych proroctwach też niezbyt dobrze się sprawdza; używając wizji końca świata można zgromadzić sektę wiernych wyznawców, ale nie szerokie poparcie i rzesze zwolenników, bo ludzie – en masse – nie lubią być straszeni ani pouczani.
Wiele innych rzeczy też mogło pójść źle przy robieniu wystawy takiej jak Gleba i przyjaciele. Oprócz kolejnego rytualnego biczowania ludzkości za antropocen mogłoby się przecież skończyć na przedsięwzięciu w dawnym duchu MOCAK-owskim – na jakiejś Glebie w sztuce. Albo na projekcie, który dla dobra wszystkich zainteresowanych należałoby przenieść do Centrum Nauki Kopernik. Szedłem więc do Zamku gotowy na wszystko – ale szczególnie na wykład, kazanie lub erupcję rozemocjonowanej naturofilii.
Pozytywnie się zaskoczyłem: Gleba i przyjaciele to wystawa, która ma edukacyjny cel, ale dążąc do niego, omija pułapkę dydaktyzmu, krocząc ścieżką uwrażliwiania odbiorców. Niemała w tym zasługa grupy projektowej Centrala, którą kuratorki Marianna Dobkowska i Edith Jeřábkova zaprosiły do zaaranżowania wystawy. To ekspozycja przygotowana lekko i pięknie, z oddechem – zarówno dla widza, jak i dla każdej z prezentowanych tu prac. Całość wygląda jak rodzaj metainstalacji. Jej istotnym elementem jest biegnąca przez całą ekspozycję, migrująca z sali do sali lamperia, namalowana gliną na ścianie, która dzieli przestrzenie wystawowe od świata zewnętrznego. Ten świat rozciąga się za oknami instytucji – oknami, które od niepamiętnych czasów były zabudowane karton-gipsem; chodziło o to, żeby z sal ekspozycyjnych zrobić idealne white cube’y. Teraz, gdy Centrala odsłoniła widok na zewnątrz, Zamek znów „widzi” park, który go otacza – i jest to spojrzenie, które odgrywa ważną rolę zarówno w narracyjnej konstrukcji, jak i w filozofii wystawy.
Opera gleboznawcza
Wiele uczestniczek Gleby i przyjaciół to osoby twórcze, które łączą umiejętności z dziedziny sztuk wizualnych z kompetencjami z zakresu ekologii, nauk przyrodniczych, a także szeroko pojętego rolnictwa. Mamy więc na wystawie artystki-badaczki, twórczynie-botaniczki, zielarki i ogrodniczki. Urodzona w Barcelonie reżyserka Salka Tiziana oraz hiszpańska filozofka i poetka Julia Ábalos Reznak są pasterkami; w Zamku oglądamy będący owocem ich współpracy film o wypasie owiec.
Yoeri Guépin, artysta i ogrodnik, pokazuje instalację i film poświęcony swojej babci, Wilfriede Driehuyzen Guépin – pionierce rolnictwa biodynamicznego w Holandii. Praca, która początkowo miała być portretem, zamieniła się w epitafium; sędziwa bohaterka projektu zmarła tuż przed otwarciem wystawy w Warszawie. Jej przesłanie pozostaje jednak tak aktualne, jak niezmienne i odwieczne są siły natury. Wilfriede postrzegała glebę jako organizm, który nie tylko żyje, ale również komunikuje się z tymi, którzy chcą słuchać i rozumieć. O pracy z ziemią mówiła w terminach przywodzących na myśl dyskurs depozytariuszy wiedzy hermetycznej, którzy powiadali: „jak na górze, tak i na dole”. Żywioły, kosmos, ziemia i mikrokosmosy mieszkających na niej – i w niej – istot tworzą jeden, ożywiony system.
To właśnie badania terenowe, przeprowadzone w obszarze, który widać z okien galerii, sprawiają, że Gleba wypada przekonująco: zawężenie perspektywy sprzyja jej pogłębieniu. To nie jest wystawa o wszystkim (na temat gleby), ale jest za to o czymś – a także z czegoś.
Deirdre O’Mahony wyświetla na wielkim ekranie monumentalną operę wideo. Artystka pokazuje epickie krajobrazy Irlandii – zabiera nas na pola, łąki, a potem jeszcze dalej, a właściwie głębiej – pod ziemię, do gleby, która kryje się pod tym pięknym pejzażem. Libretto zostało skomponowane z zapisów zorganizowanych przez artystkę dyskusji, do których zaprosiła rolników i rolniczki, biznesmenów z branży produkcji żywności i ekspertki z dziedziny ekologii. Tematem rozmów jest namysł nad tym, jak korzystać z Ziemi tak, by jej ostatecznie nie zdegradować.
Pokrzywy, koka i gadająca skarpa
Gleba i przyjaciele jest po części podróżą po świecie, podczas której poznajemy zebrane przez artystki i artystów case studies relacji z glebą, oparte na filozofii alternatywnej wobec paradygmatu kolonizacji i przemysłowej eksploatacji. Szkielet wystawy stanowią jednak prace, które za takie studium przypadku biorą teren wokół Zamku Ujazdowskiego – instytucji, która, choć topograficznie znajduje się w centrum miasta, położona jest wśród zieleni, na zboczu skarpy starorzecza Wisły.
Znaczna część osób artystycznych tworzących Glebę to uczestnicy i uczestniczki rezydencji w CSW – w tym twórcy i twórczynie biorący udział we Wspólnym polu, programie poświęconym eksploracji miejskiej przyrody w bezpośrednim otoczeniu Zamku. To właśnie te badania terenowe, przeprowadzone w obszarze, który widać z okien galerii, sprawiają, że Gleba wypada przekonująco: zawężenie perspektywy sprzyja jej pogłębieniu. To nie jest wystawa o wszystkim (na temat gleby), ale jest za to o czymś – a także z czegoś.
Kiedy zatem Julia Ciunowicz stawia w galerii pomnik pokrzywie – roślinie nazywanej chwastem, z której są tysiące pożytków i która ma moc oczyszczania gleby – buduje ten monument z przedstawicielek gatunku zebranych wokół Zamku.
Pochodząca z Kolumbii artystka i botaniczka Milena Bonnillo znana jest z projektów na temat roślin wyrastających na glebach konfliktów, postkolonialnej historii, a także tzw. wojny z narkotykami – w przeszłości zajmowała się m.in. takimi gatunkami jak mak czy koka. W CSW bada ekosystem otaczający Zamek – wspólne dzieło przyrody oraz ludzi, ich wojen i historii.
Ewelina Węgiel pokazuje trzykanałowe wideo. Większa część akcji toczy się pod ziemią, więc obraz jest ciemny; oglądamy go we wnętrzu zamkowej baszty, pogrążonej w totalnym – chciałoby się powiedzieć: chtonicznym – mroku. Artystka spekuluje w filmie na temat tego, co powiedziałaby nam skarpa, gdybyśmy mogli usłyszeć jej głos. Ta antropomorfizacja fragmentu warszawskiej topografii mogłaby robić wrażenie egzaltowanej fantazji – gdyby nie chodziło właśnie o tę skarpę, na której stoi Zamek; w tym miejscu i na tej wystawie ta narracja ma sens.
Notatki z podziemia
W innej baszcie, która stanowi drugi biegun wystawy, pochodzący z Indii Maksud Ali Mondal maluje ściany chlorofilem pozyskanym z zebranych wokół Centrum Sztuki Współczesnej roślin. Te zielone powierzchnie, które wciąż reagują na światło i zmieniają się wraz z upływem czasu – stanowią tło dla czytelni. Selekcji książek i czasopism, które można tu przeglądać, kuratorki dokonały we współpracy z berlińską księgarnią Zabrieskie. Jesteśmy na filozoficzno-teoretyczno-literackim zapleczu wystawy. Na półkach znajdziemy klasyki, takie jak Współczesna natura Dereka Jarmana, i hity, jak Podziemia Roberta Macfarlane’a czy Sztukę przetrwania Anki Wandzel. Ta ostatnia pisarka jest także autorką tekstów towarzyszących pokazywanym na wystawie pracom. Ten zabieg – swoista ucieczka od kuratorskiego wykładu w stronę literackiej narracji – akurat niezbyt mnie przekonuje; wolałbym więcej informacji, mniej prozatorsko-poetyckich impresji. Niemniej książki – wśród których jest sporo niepublikowanych w Polsce tytułów – przeglądam z autentycznym zapałem. Nie dam sobie ręki uciąć, czy przed przyjściem do Zamku zareagowałbym z entuzjazmem na propozycję lektury o glebie; teraz naprawdę mam ochotę o niej czytać, dowiedzieć się więcej.
Zdążyłem się wciągnąć w tę wystawę, na której mogłem glebę zobaczyć, czasem powąchać, a nawet usłyszeć – i trochę ją zrozumieć. Czy musiałem iść do galerii, żeby zwrócić uwagę na to, po czym całe życie depczę? Właśnie tak. Potrzebowałem osób artystycznych, żeby zaproponowały mi inną perspektywę niż ta, której używałem do tej pory – żeby wpisały bohaterkę wystawy w obraz, narrację, wyobrażenie. Po wyjściu z Zamku patrzę inaczej na tę szczególną miejską glebę, która go otacza – ziemię, w której kryje się gruz i ludzkie szczątki z czasów wojny, współczesne śmieci, ale też podziemne stworzenia, bakterie, grzyby, insekty, nasiona roślin, które wkrótce wykiełkują, i korzenie tych, które już rosną. Czy zostałem przyjacielem gleby? Powiedzmy, że nie jest mi już tak obojętna, jak jeszcze niedawno. Coś się zmieniło; wystawa – przynajmniej w moim wypadku – zadziałała.
Postsztuka i przyjaciele
Gleba i przyjaciele jest również przyczynkiem do namysłu nad kierunkiem, w jakim pójdzie samo CSW. Kiedyś ta instytucja brała udział w nadawaniu tonu dyskursowi artystycznemu w Polsce; później – w czasach kolejnych instytucjonalnych kryzysów, a zwłaszcza w dobie „dobrej zmiany” pod rządami Piotra Bernatowicza – Zamek wypadł z obiegu. A mówiąc dokładniej: znalazł się w alternatywnej, alt-rightowej rzeczywistości, w której taka wystawa jak Gleba raczej nie mogłaby się wydarzyć. Stosunek do natury, klimatu, roślin i zwierząt uległ – jak wszystko – politycznej polaryzacji. Czyż nie jest to najlepsza miara szaleństwa, w którym tkwimy, biorąc pod uwagę, że akurat w tej sprawie wszyscy, i „my”, i „oni”, jedziemy na tym samym wózku? Albo – żeby mówić językiem zamkowej wystawy – chodzimy po tej samej glebie?
Po wyjściu z Zamku patrzę inaczej na tę szczególną miejską glebę, która go otacza – ziemię, w której kryje się gruz i ludzkie szczątki z czasów wojny, współczesne śmieci, ale też podziemne stworzenia, bakterie, grzyby, insekty, nasiona roślin, które wkrótce wykiełkują, i korzenie tych, które już rosną. Czy zostałem przyjacielem gleby? Powiedzmy, że nie jest mi już tak obojętna, jak jeszcze niedawno.
Czy Zamek wróci teraz do prób rozdawania kart w świecie sztuki? Taką próbą jest poniekąd otwarta już jakiś czas temu, ale wciąż prezentowana jeszcze po sąsiedzku z Glebą wystawa Oczy moje zwodzą pszczoły – projekt par excellence artystyczny, wręcz artystowski w swoim charakterze, a także uwikłany w grę o ustalanie prestiżowych i rynkowych hierarchii w artworldzie. Gleba i przyjaciele od rynku jest z kolei bardzo daleko – i to nie tylko dlatego, że wiele artefaktów zgromadzonych na tej wystawie ma naturę efemeryczną, nietrwałą jak żywe organizmy i niezbyt nadaje się do kolekcjonowania, nawet gdyby ktoś miał na to ochotę.
Wystawa Marianny Dobkowskiej i Edith Jeřábkovej to projekt do szpiku kości postartystyczny: zorientowany na badania, procesy, interdyscyplinarne praktyki, w których sztuka jest tylko jedną ze składowych. Obecny moment, w którym sztuka i postsztuka mieszczą się pod dachem jednego Zamku, jest z instytucjonalnego punktu widzenia interesujący. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć, czy programowa szala CSW przechyli się wyraźnie w stronę któregoś z tych biegunów rozumienia twórczych praktyk.
Co do mnie – lubię mimo wszystko zobaczyć w instytucji sztuki sztukę, która jest tylko – i aż – sztuką; nie należę też może do najbardziej żarliwych i bezkrytycznych wyznawców praktyk postartystycznych, pojmowanych jako lepszy (bo bardziej użyteczny) sposób wykorzystywania kompetencji twórczych. Ale jeżeli można się zaprzyjaźnić z glebą – to dlaczego nie z postsztuką?
Stach Szabłowski – krytyk sztuki, kurator i publicysta. Autor koncepcji kuratorskich kilkudziesięciu wystaw i projektów artystycznych. Publikuje w prasie głównego nurtu, w wydawnictwach branżowych i katalogach wystaw. Współpracuje m.in. z magazynem „Szum”, „Przekrojem”, dwutygodnik.com. i miesięcznikiem „Zwierciadło”.
WięcejPrzypisy
Stopka
- Osoby artystyczne
- Milena Bonilla, Centrala, Julia Ciunowicz, Yoeri Guépin, Gosia Kępa, Kateřina Konvalinová & Judita Levitnerová, Krzysztof Maniak, Maksud Ali Mondal, Deirdre O’Mahony, Julia Ábalos Reznak, Anna Siekierska, Sounding Soil, Salka Tiziana, Ewelina Węgiel, Anka Wandzel, Jaśmina Wójcik i Lea Wróblewska, Zabriskie Buchladen für Kultur und Natur
- Wystawa
- Gleba i przyjaciele
- Miejsce
- Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski
- Czas trwania
- 27.06—26.10.2025
- Osoba kuratorska
- Marianna Dobkowska, Edith Jeřábková
- Fotografie
- Bartosz Górka
- Strona internetowa
- u-jazdowski.pl/program/wystawy/gleba-i-przyjaciele
- Indeks
- Anka Wandzel Anna Siekierska Centrala Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski Deirdre O’Mahony Edith Jeřábková Ewelina Węgiel Gosia Kępa Jaśmina Wójcik i Lea Wróblewska Julia Ábalos Reznak Julia Ciunowicz Kateřina Konvalinová & Judita Levitnerová Krzysztof Maniak Maksud Ali Mondal Marianna Dobkowska Milena Bonilla Salka Tiziana Sounding Soil Stach Szabłowski Yoeri Guépin Zabriskie Buchladen für Kultur und Natur















