28.02.2020

Dzidy świetnie się czują w undergroundzie. Rozmowa z Aleksandrą Liput i Michaliną Sablik

Martyna Nowicka
Sam Balfus, „Emotions”, wideo, 2019
Dzidy świetnie się czują w undergroundzie. Rozmowa z Aleksandrą Liput i Michaliną Sablik
Sam Balfus, „Emotions”, wideo, 2019
Dzidy to forma życia społecznego, sposób komunikowania się ze światem. Działania kuratorskie traktujemy trochę jak działania artystyczne, jak osobną wypowiedź.

Martyna Nowicka: Jak to się stało, że na zrobionej własnym sumptem wystawie w niezależnej przestrzeni w Krakowie dwie kuratorki z Warszawy premierowo pokazały pracę artysty z Los Angeles?

Aleksandra Liput: Szukałyśmy artystów, których prace pasowałyby do naszego ostatniego projektu, wystawy Beautiful Losers, inspirowanej psychodeliczną, pisaną strumieniem świadomości powieścią Leonarda Cohena. Dzięki Instagramowi trafiłyśmy na duet artystek z Zagrzebia, Schwestern Sisters (Tea i Marta Stražičić) i na ich film, przygotowany we współpracy z didżejem Strahinją Arbutiną. Kiedy opowiedziałyśmy im o pomyśle na wystawę, jedna z nich skontaktowała nas z Samem Balfusem, młodym artystą z Los Angeles, którego film Emotions, eksplorujący ideę eskapizmu, świetnie pasował do naszego pomysłu. Później okazało się, że Tea z Samem również nigdy nie spotkali się w realu! Porozmawiałyśmy z nim na Skypie, szalenie mu się podobało, że jego film będzie miał premierę w Polsce.

Michalina Sablik: Sam Balfus zresztą mocno zaangażował się w nasze działanie – zaprojektował dla nas gifa promującego wystawę, byliśmy w regularnym kontakcie jeszcze w trakcie montażu. Żałował, że nie może się pojawić na wernisażu.

„Beautiful Losers”, widok wystawy, galeria Jak zapomnieć w Krakowie; Strahinja Arbutina, „ASS:_:PILLS” ft. Schwestern Sisters, wideo, 2015, fot. Bartosz Górka
„Beautiful Losers”, widok wystawy, galeria Jak zapomnieć w Krakowie, fot. Bartosz Górka
„Beautiful Losers”, widok wystawy, galeria Jak zapomnieć w Krakowie; 4. Zofia Pałucha, „Mint”, „Coriander”, „Basil”, rysunki na papierze, 2020, fot. Bartosz Górka

Dzięki Instagramowi można zajrzeć do czyjejś pracowni, zobaczyć proces powstawania prac. Nie jest to zresztą wyjątkowe podejście: galerzyści, instytucje i rynek sztuki już dawno odkryli to medium. Duże instytucje od lat wykorzystują ten fenomen, tworząc wystawy czy instalacje, wewnątrz których można zrobić sobie selfie.

Czy Instagram jest ważnym narzędziem w waszej pracy kuratorskiej?

M.S.: Tak, przede wszystkim bardzo przydaje się przy poszukiwaniu artystów, inspiracji i przygotowywaniu wystaw. A poza tym nasze wystawy zyskują drugie życie w internecie. Aplikacja skraca dystans między artystami a kuratorami, sprawia, że świat sztuki staje się bardziej egalitarny. Followujemy wielu artystów, różne portale, innych kuratorów – to jest właściwie naturalne pole poszukiwań. Instagram pozwala też zapisywać ulubione zdjęcia, więc zwykle kiedy zaczynamy pracę, tworzymy sobie obie kolekcje, dzielimy się nimi, dyskutujemy.

Ważna jest też łatwość komunikacji z artystami – można się do nich bezpośrednio zwrócić, poprosić o portfolio czy przesłanie niepublikowanych prac, szkiców. Jednocześnie nie odrzucamy możliwości tradycyjnego obcowania ze sztuką i, jeśli tylko mamy okazję, odbywamy wizyty w pracowniach.

Instagramy polskiego świata sztuki Karolina Plinta analizuje najciekawsze profile instagramowe polskiego środowiska artystycznego CZYTAJ!

A.L.: Jesteśmy świadome tego, że Instagram i magazyny o sztuce ułatwiają rozpowszechnianie wystaw. Pracujemy w formule pop-upowej, więc nasze projekty docierają bezpośrednio do niewielu osób. Dokumentacja staje się równie ważna jak samo wydarzenie. Ostatnio coraz częściej widzimy wystawy w naznaczonych kontekstem miejscach (np. w ruinach, piwnicach, przestrzeniach postindustrialnych), montowane tylko w celu wykonania dokumentacji, prezentowanej później w internecie. Dokumentacja wystaw staje się niezależną dziedziną sztuki. Zresztą sama łapię się na tym, że podczas aranżacji sprawdzam przy pomocy telefonu, jak prace się ze sobą komponują w kadrze. Dlatego kluczowa jest dla nas współpraca z fotografami takimi jak Bartosz Górka czy Yulia Krivich. Oboje zrobili naszym wystawom naprawdę świetne zdjęcia, które nie tylko pokazywały same prace, ale także oddawały atmosferę miejsca.

„Apetyt”, widok wystawy, Warszawa; 13. Jan Możdżyński, „Pęknięte podmioty”, olej na płótnie, 2018, fot. Yulia Krivich
„Apetyt”, widok wystawy, Warszawa; Yui Akiyama, od lewej: „Connecting”, „Tlący się ogień”, akryl na płótnie, 2018, fot. Yulia Krivich
„Apetyt”, widok wystawy, Warszawa; Aleksandra Liput, „Bez tytułu”, olej na płótnie, 2018, fot. Yulia Krivich
„Apetyt”, widok wystawy, Warszawa; Jakub Gliński, „Globus”, instalacja, 2016, fot. Yulia Krivich
„Apetyt”, widok wystawy, Warszawa, fot. Yulia Krivich

Jako Dzidy działacie od półtora roku. Czy Instagram pojawił się w waszej praktyce od początku? Czy świadomie wybrałyście tę metodę pracy?

A.L.: Poszukiwania artystów i prac przez internet, a w szczególności Instagram, to praktyczne rozwiązanie. Dzięki Instagramowi można właściwie zajrzeć do czyjejś pracowni, zobaczyć proces powstawania prac. Nie jest to zresztą wyjątkowe podejście: galerzyści, instytucje i rynek sztuki już dawno odkryli to medium. Duże instytucje od lat wykorzystują ten fenomen, tworząc wystawy czy instalacje, wewnątrz których można zrobić sobie selfie. Podchodzimy do tego medium jednak z rezerwą – w końcu nie wszystkie prace są fotogeniczne czy „insta-friendly” i nie każdy artysta posługuje się social mediami.

M.S.: Ma to jednak swoje zalety – poszukiwanie przez Instagrama pozwala dotrzeć do twórców niewidocznych w głównym obiegu. Dzięki takiemu researchowi do udziału w Polsce naszych marzeń zaprosiłyśmy artystów nazywanych przez nas marzycielami, bo dzieląc czas między pracę a sztukę, konsekwentnie się rozwijają. Interesuje nas pokazywanie debiutantów albo artystów mniej rozpoznawalnych, dlatego byłyśmy szczęśliwe, że możemy wystawić prace Michała Sosińskiego, który na co dzień pracuje w agencji reklamowej czy fotoreportera Marcina Kalińskiego. Poza tym zaprosiłyśmy Izę Koczanowską, artystkę, ale też dekoratorkę wnętrz i Grzegorza Łoznikowa, który pracuje na Islandii i tworzy efemeryczne rzeźby ze śniegu. Prace tych artystów świetnie pokazały dziecięce fantazje, erotyczne fantasmagorie, sny, irracjonalne wizje, w kontrze do upolityczniania marzeń przez autorytarne władze.

Czy dzieła sztuki wybierane przez Instagrama zgadzają się z waszymi wyobrażeniami na ich temat?

A.L.: Miałyśmy raczej same miłe niespodzianki. Na przykład w rzeczywistości obraz The Dream Olega&Kaśki miał dużo intensywniejsze kolory, niż na reprodukcji. Innym przykładem są obiekty Izy Koczanowskiej – wydawały się nam bardzo dopracowane i skończone, a okazały się efemerycznymi instalacjami tworzonymi na potrzeby fotografii. Iza zgodziła się dla nas odtworzyć obiekt, który posłużył jako punkt wyjścia do jej environmentu Bryza. Zaskoczył nas też Jakub Gliński – chociaż wybrałyśmy konkretne trashowe rzeźby z jego portfolio, przyjechał do nas z walizką pełną obiektów. Potem zamontował je w przestrzeni i uzupełnił znalezionymi na miejscu przedmiotami. Efekt przerósł nasze oczekiwania!

„Polska naszych marzeń”, widok wystawy, Warszawa; Iza Koczanowska, „Bryza”, instalacja site-specific, 2019, fot. Bartosz Górka
„Polska naszych marzeń”, widok wystawy, Warszawa; od lewej: Marceli Adamczyk, „VI”, obraz z cyklu „To i tamto, moje, sentymentalna futurologia”, akryl, spray, areograf na płótnie, 2018, Małgorzata Goliszewska, „Dolphin Channeling by Robin Eaglesage”, wideo, 2015, fot. Bartosz Górka
„Polska naszych marzeń”, widok wystawy, Warszawa; Oleg&Kaśka, „The Dream”, 2018, akyl na płótnie, Anna Raczyńska, „DASH”, 2019, instalacja, Michał Sosiński, „Wojciech, mieszka w Londyn”, olej na płótnie, 2018, w głębi: Grzegorz Łoznikow, „Meblokształt”, instalacja site-specific, 2019, fot. Bartosz Górka
„Polska naszych marzeń”, widok wystawy, Warszawa; Marcin Kaliński, „Dreamer”, 2018, olej na płótnie, Michał Sosiński, z cyklu „Mężczyźni”, olej na płótnie, 2018, fot. Bartosz Górka

Nasz przykład dobrze pokazuje ogólną sytuację młodych artystów i niezależnych kuratorów w Polsce, gdzie dostęp do środków publicznych jest utrudniony. Rozpatrywanie ministerialnych wniosków grantowych czy szukanie sponsorów jest długim i skomplikowanym procesem.

A czemu właściwie Dzidy? Nic nie poradzę, ale w mojej głowie pojawia się kolokacja „tępe dzidy”.

M.S.: My się tak do siebie zwracamy (śmiech). Poza tym to wyraz naszego przewrotnego podejścia do dziewczyńskości i poważnego, sformalizowanego świata sztuki. Istotny jest też aspekt humorystyczny.

A.L.: Inspiracją była nasza przyjaźń. Czasami czujemy się jak koleżanki z podwórka, które z innymi dzieciakami robią partyzanckie akcje w polu sztuki. To dla nas duża wartość, podobnie jak działanie kolektywne, budowanie relacji, procesualność czy łączenie różnych środowisk. Przyjaźń Dzid zrodziła się w działaniu, tak jak wiele relacji z artystami, które nadal pielęgnujemy, m.in. z Zosią Pałuchą, Marcinem Januszem, Jankiem Możdżyńskim czy Marcelim Adamczykiem.

Chciałam was zapytać o realia pracy w niezależnym duecie bez zaczepienia instytucjonalnego. Czy chciałybyście Dzidom znaleźć jakąś bezpieczną przystań?

A.L.: Dzidy się świetnie odnajdują w undergroundzie.

M.S.: Nasz przykład dobrze pokazuje ogólną sytuację młodych artystów i niezależnych kuratorów w Polsce, gdzie dostęp do środków publicznych jest utrudniony. Rozpatrywanie ministerialnych wniosków grantowych czy szukanie sponsorów jest długim i skomplikowanym procesem.

A.L.: Czekanie byłoby dla nas frustrujące, chcemy działać, kiedy tylko pojawia się pomysł. Poza tym niezależność daje nam dużą swobodę tworzenia i wolność wypowiedzi.

Jezu, strasznie bym to chciała mieć w swoich rękach. Rozmowa z Karoliną Jarzębak Ania Batko rozmawia z Karoliną Jarzębak, współtwórczynią galerii Jak zapomnieć CZYTAJ!

M.S.: Nikt nam nie może zarzucić, że marnujemy publiczne pieniądze.

A.L.: Dzięki temu poruszamy tematy, które nas aktualnie interesują – dystopie i utopie, marzenia, sprawy genderowe, nowoplemienność, fake newsy, teorie spiskowe… Możemy pisać eksperymentalne teksty, nie tłumacząc bezpośrednio prac znajdujących się na wystawie, a jedynie nadając im kontekst, tworząc kolejną warstwę do odczytywania prac.

M.S.: Brak środków powoduje, że stajemy się bardziej kreatywne i szukamy alternatywnych rozwiązań. Blisko współpracujemy z artystami, którzy nam pomagają, przywożą swoje prace, montują je. Współfinansujemy te wydarzenia z własnych skromnych wypłat.

A.L.: Oczywiście wolałybyśmy, żeby artyści dostawali wynagrodzenia za udział w wystawach. Zawsze mówimy im na początku, że jest to oddolna inicjatywa. Nigdy nie spotykałyśmy się z odmową, bo jest w nas i w artystach idealistyczna chęć współdziałania, samoorganizacji, potrzeba wypowiedzi. Wszyscy zyskujemy dzięki tym projektom. Zawsze konsultujemy z zaproszonymi artystami sposób eksponowania ich prac, jesteśmy otwarte na sugestie.

M.S.: W trakcie przygotowań do wystawy tworzy się specjalna atmosfera, której sprzyja to, że razem pracujemy, imprezujemy, a nawet śpimy pod jednym dachem.

Działacie jednak niespełna półtora roku. Czy jest model, który da się podtrzymać?

M.S.: My się dopiero rozkręcamy! Oczywiście, mamy nadzieję, że uda nam się kuratorować gościnnie wystawy w instytucjach, co dałoby nam budżet produkcyjny i lepsze zaplecze techniczne. Mamy pomysły na wystawy, do których chciałybyśmy ściągać prace zagranicznych artystów, ale tym razem niekoniecznie przez WeTransfer.

Chciałybyśmy eksplorować nowe formaty wystaw. Interesuje nas myślenie o wystawie jako instalacji, mocne scenograficzne aranżacje; wystawy immersyjne, tworzenie multimedialnych environmentów czy użycie VR.

Czy widzicie działalność Dzid w perspektywie jako rodzaj hobby czy raczej przyszłe źródła utrzymania? Jak długo da się żyć w undergroundzie?

M.S.: Mamy szczęście, bo obie mamy stałe źródła dochodu. Dzidy to forma życia społecznego, sposób komunikowania się ze światem. Działania kuratorskie traktujemy trochę jak działania artystyczne, jak osobną wypowiedź.

A.L.: Swobodnie rozwijamy nasze pomysły, kiedy się pojawiają, a projektom poświęcamy tyle czasu, ile potrzebujemy. Lubimy pracować w nieoczywistych przestrzeniach, tworzyć wystawy site-specific, praca w jednym miejscu szybko by się nam znudziła.

MS: Zresztą nie tylko my tak myślimy, o czym można było się przekonać na wystawie Cała Polska, kuratorowanej przez Annę Mituś w BWA Wrocław. W wielu miastach funkcjonują oddolne, autorskie galerie, często zakładane przez studentów czy kolektywy. Dobrym przykładem jest Śmierć Człowieka i Serce Człowieka, które Kamil konsekwentnie prowadzi u siebie w pokoju czwarty rok. Takie miejsca są potrzebne, musimy się sami organizować, sami tworzyć alternatywne miejsca spotkań i wymiany myśli.

„Apetyt” Dokumentacja wystawy kuratorowanej przez duet Dzidy w porestauracyjnej przestrzeni na Alejach Ujazdowskich w Warszawie CZYTAJ!

A jak radzicie sobie z największym wyzwaniem, czyli uzyskaniem dostępu do przestrzeni, gdzie realizujecie wystawy?

A.L.: Jeśli chodzi o przestrzeń dawnej restauracji, gdzie zrobiłyśmy ApetytPolskę naszych marzeń, to lepiej spuśćmy na to zasłonę milczenia. Miałyśmy szczęście.

M.S.: Nie włamałyśmy się tam, to możemy powiedzieć. Teraz nie mamy już dostępu do przestrzeni, więc skorzystałyśmy z gościnności Karoliny Jarzębak, Tomka Nowaka i Arka Deca czyli krakowskiej galerii Jak zapomnieć. Mamy pomysły na dwie kolejne wystawy, ale szukamy odpowiedniego miejsca.

A.L.: Przy dwóch pierwszych wystawach samo miejsce miało wpływ na wybór prac. Przestrzeń była bohaterką wystaw – trochę kuszącą, trochę abiektalną, świetne pasowała do wystawy o smaku i niesmaku. Celowo wybrałyśmy prace, które żywą kolorystyką i zmysłowością kontrastowały z brudem i bałaganem tego miejsca. Ustawione pomiędzy starymi piecami i lodówkami obrazy, instalacje i wideo, wyglądały dziwacznie i niepokojąco. Dopiero teraz, podczas pracy nad

Beautiful Losers, pracowałyśmy w galeryjnym white cubie.

O czym w takim razie marzą Dzidy?

M.S.: Ostatnio dokładnie sobie oglądałyśmy Pawilon Polski w Wenecji, zwracałyśmy uwagę na oświetlenie, wymiary (śmiech).

A.L.: Chciałybyśmy eksplorować nowe formaty wystaw. Interesuje nas myślenie o wystawie jako instalacji, mocne scenograficzne aranżacje; wystawy immersyjne, tworzenie multimedialnych environmentów czy użycie VR.

M.S.: Stale szukamy nowych przestrzeni do projektów site-specific. Obserwujemy jak na warszawskiej Woli rosną nowe wieżowce i chciałybyśmy wejść z wystawą w pół surową przestrzeń na trzydziestym piętrze, nie tylko ze względu na widok na miasto, ale też kontekst polityczno-ekonomiczny.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też