23.11.2018

Brzydka Miki i przyjaciele

Olga Drenda
Brzydka Miki i przyjaciele
Miki jest podróbą, kserobojem. Nie wiem, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby na wtryskarce, we własnym zakładziku, a może w spółdzielni po godzinach, wykonać kopię popularnej w Stanach Zjednoczonych zabawki znanej jako „tricky trapeze”.

Weszłam w posiadanie brzydkiej Miki, jednej z wielu nieoficjalnych, pirackich mutacji słynnego disnejowskiego gryzonia. Oczywiście Mickey to chłopak, ale skoro przyjęło się, że myszka, to niech już będzie. Bywało, że w mowie potocznej Mickey ewoluował nawet w „Myszkę Mikę”. Moją brzydką Miki kupuję – wraz z pakietem innych odpustowych atrakcji – od kolekcjonera ze Stalowej Woli, który postanowił podzielić się nadwyżką. Ma w sobie wszystkie cechy, które wzruszają w podróbce. Prawdę powiedziawszy, jest okropna, ale jednocześnie urocza. Każda z jej źrenic jest innej wielkości, kończyny wykonano z topornego plastiku z grubymi jak fastryga śladami formy, choć jednak z pewnym okiem do detalu. Na widok tego znaleziska mój kolega stwierdza, że nieszczęsna myszka wpadła w ręce inkwizycji i cierpi tortury.

Roland Barthes zauważył, że wynalazek tworzyw sztucznych i ich rozpowszechnienie przyniosło zmianę w myśleniu o prestiżu i imitacji. Luksusowe są przedmioty naturalne, a więc rzadsze; sztuczne to pozór, coś dobrego dla drobnomieszczanina. Ale plastik przechytrza tę grę.

Podest oddającej się gimnastycznym wyczynom myszki powstał z tworzywa specjalnego, z prywaciarskiej alchemii. Zakupione na dziale Art. Przemysłowe domu towarowego, w sklepie 1001 Drobiazgów najtańsze wanienki, miski, szczoteczki do zębów w kolorach tęczy przetapiano na nowe tworzywo, rojące się wzorem przypominającym wymieszane farbki, pogniecioną plastelinę z meandrującą linią kolorów pierwotnych. Dziecięca alchemia, której rezultatem jest kolor brudny. Barthes łączył z plastikiem jaskrawość, krzykliwość: „kolory, które, jak się zdaje, można mu nadać tylko dzięki chemii: żółty, czerwony, zielony; z kolorów wychwytuje tylko agresywność, posługując się nimi jak nazwą zdolną jedynie wskazywać pojęcia kolorów”. Najwyraźniej po tamtej stronie żelaznej kurtyny alchemiczne procedury przemysłu tworzyw sztucznych pozwalały uzyskać czyste barwy podstawowe. U nas kolor tworzyw zawsze był przygaszony, a nawet trochę skażony, jak brudna kawa z brudnym mlekiem, jak farba plakatówka wymieszana z kurzem. Patrzę na moją brzydką Miki i widzę szwy jak po operacji doktora Frankensteina, znak narodzin z garażowej foremki. Rzutem na taśmę, a przy okazji pielęgnując swoje małe wzruszenia, zakupiłam kilka innych podobnych wynalazków: kotki w koszyku, telewizorki ze slajdoteką, nieruchomy różowy fiacik 126p, wtryskarkowe cuda z tworzywa z odzysku. Czerwono-zielone, o powierzchni przypominającej turecki papier marmurkowy, tylko trzymany w zapylonej piwnicy. Miki jest podróbą, kserobojem. Nie wiem, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby na wtryskarce, we własnym zakładziku, a może w spółdzielni po godzinach, wykonać kopię popularnej w Stanach Zjednoczonych zabawki znanej jako tricky trapeze. Amerykańska myszka, wykonana zgodnie z wytycznymi Disneya, jest kształtna i okrąglutka, odziana w foremne buciki, żadne jej oczko nie jest bardziej. Plastikowe zabawki na trapezie to patent amerykańskiej firmy Kohner Brothers. Firma emigrantów z Cesarstwa Austro-Węgierskiego przekwalifikowała się w latach pięćdziesiątych z drewna na tworzywa i zaczęła produkować między innymi popularnepush puppets, postacie z linkami wewnątrz kończyn, które poruszały się, gdy nacisnęło się podstawkę. Żyrafy kładły się jak długie, koniki zginały się w kolanach, roboty machały rękami. Zabawkę popularną w Europie od lat czterdziestych Kohnerowie importowali za ocean, jak się okazało, z ogromnym powodzeniem.

Marek Rachwalik, „Muzyk sesyjny sideprojektu deathowego, należącego do gości z kapelek grindowych”, olej na płótnie, 33 × 24 cm, 2018
Marek Rachwalik, „Metalowy muzyk sesyjny ze wsi”, olej na płótnie, 30 × 21 cm, 2018

Roland Barthes zauważył, że wynalazek tworzyw sztucznych i ich rozpowszechnienie przyniosło zmianę w myśleniu o prestiżu i imitacji. Luksusowe są przedmioty naturalne, a więc rzadsze; sztuczne to pozór, coś dobrego dla drobnomieszczanina. Ale plastik przechytrza tę grę. „Plastik jest całkowicie pochłonięty przez swoje znaczenie użytkowe: wynalezione zostaną w końcu przedmioty, które będą służyć samej tylko przyjemności ich używania”. Bracia Kohnerowie porzucili więc szlachetne drewno dla tworzyw. Zamiast swojskich zwierzątek o toczonych kończynach, które na starym kontynencie nazywano wtedy „wakou” (od nazwy producenta – szwajcarskiej firmy Walther Kourt Walls), kształtowali Fredów Flintstonów i Batmanów z tej przedziwnej, ni to miękkiej, ni to sztywnej materii. Nie było w nich już nic z rękodzielniczego europejskiego sentymentalizmu.

Codzienność PRL-u była usiana imitacjami disnejowskich bohaterów. Dzieci czasów odwilży znały dobrze te postaci z niedzielnych wieczorynek – już od 1960 roku emitowano cykl W krainie Disneya. Amatorskie wersje Myszek Miki, Kaczorów Donaldów i krasnoludka Gapcia zdobiły objazdowe karuzele i strzelnice, ściany altanek działkowych, wnętrza przedszkoli.

Na podobnie prostym mechanizmie oparte były zabawki tricky trapeze: naciśnięcie dwóch guzików po bokach podestu sprawiało, że Miś Yogi, Superman lub Myszka Miki unosili się na obręczach do góry. Większość produkcji braci Kohnerów oparta była na licencjach kreskówkowych gigantów, takich jak Hanna-Barbera czy Disney. To sprawiało, że ich zabawki były wszechobecne w amerykańskich sklepach, wpływało także na jakość wykonania. Jeden z takich trapezów musiał trafić pewnego dnia w polskie ręce. Może jakiś wujek z Ameryki wysłał go w dalekomorską podróż w prezencie dla siostrzeńca w Częstochowie, może przywiózł go marynarz? Tak czy inaczej, myszka została szybko skopiowana i błyskawicznie trafiła na odpustowe stoiska w całym kraju, budząc ekscytację młodocianego konsumenta na równi z drobną pirotechniką oraz diabełkami z gumy.

Miki na trapezie stanowiła jedną z wielu. Codzienność PRL-u była usiana imitacjami disnejowskich bohaterów. Dzieci czasów odwilży znały dobrze te postaci z niedzielnych wieczorynek – już od 1960 roku emitowano cykl W krainie Disneya. Amatorskie wersje Myszek Miki, Kaczorów Donaldów i krasnoludka Gapcia zdobiły objazdowe karuzele i strzelnice, ściany altanek działkowych, wnętrza przedszkoli. Krążący w internecie skan ze starego przewodnika po tatuażach świata więziennego – wówczas zresztą tatuaż był atrybutem albo więźnia, albo marynarza – wskazuje na „śmieszka”, przypominającego Myszkę Miki. To symbol „złodzieja, który kradnie na wesoło, bez lęku, z gracją”. Od Kory Kowalskiej dostaję mały zestaw gównidełek – puchatych naklejek z siostrzeńcami Kaczora Donalda, celuloidową Myszkę Miki, spinkę do włosów z Myszką. To relatywnie dobre kopie, ale kiedy na nie patrzę, przypomina mi się moment, kiedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie rozdźwięk między oryginałem a podróbką. Pamiętam dziwne wrażenie, jakie wywarł na mnie, wówczas czteroletniej wychowance przyklasztornego przedszkola, które najwyraźniej cieszyło się sympatią zagranicznych darczyńców, porządnie wykonany, oryginalny amerykański Goofy z przyjemnego, miękkiego tworzywa, o twarzy koloru faktycznie cielistego, a nie bladej jajecznicy. Do tamtej pory byłam wierną i zadowoloną użytkowniczką sympatycznych zabawek edukacyjnych produkcji krajowej i radzieckiej, niestety w porównaniu z błyszczącym, miękkim winylem amerykańskim dotychczasowi ulubieńcy nieco jednak przybledli. Importowany Goofy, pomalowany starannie i równo, pozbawiony zeza i obszarpanych krawędzi charakterystycznych dla produkcji rodzimej, był pierwszą tak dobitną lekcją o tym, że istnieje jakiś świat pierwszy i drugi, i o niesprawiedliwości mierzonej tym, komu w udziale przypadają ładniejsze zabawki. O tym, jak radykalna była to różnica, przypominam sobie zawsze, gdy patrzę na wyjątkowo brzydką Miki, którą za złotówkę kupiłam na bytomskim targu staroci. Ma kolor zgniłobrązowy i fizjonomię zmutowanej ryjówki. W innych wersjach kolorystycznych zdarzało mi się widywać je również w kolekcjach rosyjskich, więc jest to zdecydowanie wariant zza żelaznej kurtyny, ukształtowany przez twarde warunki życia, trochę zbój. Ta koszmarna myszka stała się w końcu jednak moim szczęśliwym amuletem: gdy krążyłam z nią w kieszeni po różnych targach staroci, demonstrowałam ją sprzedawcom, którzy nie wiedzieli, czy się roześmiać, czy skrzywić, ale zawsze wybuchali odruchowo: „O Boże, jaka brzydka!”, i chwilę później nawiązywała się między nami nić porozumienia. To koneserskie znalezisko dawało im do zrozumienia, że mają do czynienia z klientką, która nie da sobie wciskać kitu. Nie wiem, na ile spełniała się w swoim czasie jako zabawka; wygląda tak, jakby ktoś chciał wręczyć ją dziecku za karę, ale może kiedyś, gdzieś ktoś marzył o takiej i pokochał ją szczerze?

Najsłynniejsza mysz zainspirowana w pewnym stopniu Disneyem od lat widnieje w logo zielonogórskiego klubu żużlowego Falubaz. Bonifacy Langner, żużlowiec i trener, a z zawodu liternik, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych samodzielnie wykonał projekt na plastrony dla klubu (wówczas działającego pod nazwą Zgrzeblarki). Kultowy i nieporównywalny z innymi emblemat Falubazu, znany głównie jako po prostu Mycha, przypomina najsłynniejszego gryzonia świata kształtem uszu i czarno-białą głową, ale jest uznawany raczej za inspirację niż kopię. Sam Langner twierdzi, że nie inspirował się Disneyem i że oryginalna postać była mu słabo znana. To całkiem możliwe; w latach pięćdziesiątych mało prawdopodobne było, żeby władze spoglądały przychylnym okiem na imperialistyczną przecież mysz. W Polsce przedwojennej jednak jej wizerunek był doskonale znany z kina czy reklam prasowych i okolicznościowych pocztówek, na potrzeby których swobodnie pożyczano sobie rysunkowe postacie. „Biedna Miki, na twój wrzodek – Propidex, cudowny środek”, pociesza zapłakaną myszkę reklama. Emblemat Myszki Miki trafiał także na samoloty przedwojennych lotników. Wreszcie – licencyjną „Gazetkę Miki” (gdzie Goofy nosił imię Hipolit Warkot, a Donald – Kaczorek Zadziorek), publikowaną pod koniec lat trzydziestych, uwiecznił fotoreporter Julien Bryan, autor zdjęć dokumentujących pierwsze dni wojny w Polsce. Na słynnej fotografii lektura komiksu wciąga dzieci błąkające się w ruinach zbombardowanej Warszawy.

Marek Rachwalik, „Logo i maskotki alternatywnej kapeli metalowej pochodzącej ze wsi”, olej na płótnie, 60 × 50 cm, 2016
Marek Rachwalik, „Prototypowy wzmacniacz gitarowy robiony na zamówienie muzyków ze wsi”, olej na płótnie, 70 × 50 cm, 2018

Te wydawnictwa musiały przetrwać do lat powojennych w szczątkowych egzemplarzach. Anonimowej produkcji czarno-biała klisza do rzutnika Ania z baśnią o Królewnie Śnieżce, pochodząca na oko z lat pięćdziesiątych lub wczesnych sześćdziesiątych, wiernie odtwarza disnejowską kreskę, a niektóre kadry, z planszą tytułową włącznie, przerysowano bezpośrednio z kart przedwojennego pisemka. Autorem ilustracji jest J. Jaworski – czyżby to Jerzy, znany skądinąd ilustrator książek, w wolnych chwilach zajmował się też przezroczami? To długie życie disnejowskich obrazów, które niekiedy odrywały się zupełnie od swoich pierwowzorów i wyruszały w podróż w nieznane, lądując w komiksach drukowanych w popołudniówkach, na szyldach polskich firm czy na pocztówkach z życzeniami świątecznymi, musiało skraplać się jakoś po wojnie w obrazy o dziwnej i nie do końca rozpoznanej proweniencji. Tak jak inne relikty kultury druku początku XX stulecia – pieśń nowiniarska, która kilkadziesiąt lat później ożyła w postaci ballady o tragicznej śmierci Anny Jantar, czy przepowiednie spod Jasnej Góry, krążące później w maszynopisach – Myszki i Śnieżki bywały uparcie powracającymi powidokami nieistniejącego już świata.

Dlaczego jednak odczuwam tak dziwne emocje, patrząc na podrobioną Myszkę Miki? Co tu nie gra? Przecież uszy są okrągłe, nos błyszczący, palce cztery, a rękawiczki na swoim miejscu. Nie po to jednak sztab rysowników i animatorów pieczołowicie opracowuje doskonały wzorzec kreskówkowej postaci, żeby każdy mógł ją sobie powielić od ręki. Wzorzec jest bardzo ścisły, a brzydka Miki jest brzydka dlatego, że się go nie trzyma. W tej przestrzeni między oryginałem a taką sobie kopią powstaje niesamowitość.

Niesamowitość, badana już przez Zygmunta Freuda, to wrażenie, że coś jest jednocześnie znajome i obce, to nieoczekiwany zgrzyt w przetwarzaniu obrazów rzeczywistości. Szczególnie mocno objawia się w postaciach humanoidalnych; te, im bardziej wiarygodne i do nas fizycznie podobne, tym bardziej niepokojące (to uczucie japoński konstruktor robotów, Masahiro Mori, nazwał doliną niesamowitości). Dlatego surrealiści kochali lalki, zwłaszcza te zdekompletowane albo mrugające jednym okiem, i dlatego brzydka Miki jest ciekawsza niż zbyt doskonały oryginał – Walt Disney dobrze wiedział, że aby postaci na ekranie wydawały się żywe, sympatyczne i przekonujące, muszą być troszkę „za bardzo”: odrealnione, głośniejsze, szybsze, z czterema palcami i błyszczącym nochalem. Miki rzemieślnicza ma w sobie zbyt wyraźny ślad czynnika ludzkiego, żeby tym wymaganiom sprostać.

Idę po poradę do fachowca. Maria Apoleika, rysowniczka, śledzi nieudane myszy, gdziekolwiek się znajdzie. – Myszki mojego życia? – pyta. – Lata dziewięćdziesiąte, trasa Bydgoszcz–Drzewianowo, działka dziadków nad jeziorem. Pośrodku były PGR-y, a w zasadzie kilka wyjątkowo obskurnych bloków z przyległymi do nich polami uprawnymi. Balkony na blokach oddzielone betonowymi przegródkami, a na nich ręcznie malowane Myszki Miki, Kaczory Donaldy i cała reszta disnejowej menażerii. Są wspaniałe. Kolorowe, bajkowe, a w przestrzeni publicznej. Usilnie staram się ich nie przegapić, nie zawsze mi się udaje. Ten sam czasokres, ciocia Lila ma zachwycający zrobiony na drutach sweter. Z przodu jest przód Myszki Miki i Minnie, a z tyłu mysie tyłki, z wiszącymi ogonami wykonanymi ze sznurków. Nie mogę wyjść z podziwu, nie wiedziałam, że tak się da, że tak wolno – zachwyca się Apoleika. – U nas Myszka Miki zanika w krajobrazie, bo już nie pachnie zagranicą. W ostatnich latach najwięcej widziałam ich w Afryce.

Ostatnią znakomitą myszkę, chudą i przypominającą batata, znalazła podczas wyprawy do Sahary Zachodniej. Piratowanie Disneya rysowniczka uważa zasadniczo za godne, gdyż jest to po pierwsze walka Dawida z Goliatem, a po drugie, sam gigant, którego nazywa harwesterem kultury, słynie z brzydkich poczynań z prawem autorskim.

Ta partyzancka wojna na myszy przybiera oczywiście formy bardziej lub mniej udane. – Najciekawsza jest wtedy, gdy to, co autor malowidła wie o Myszce Miki, konfrontuje z tym, co wie o ludzkiej twarzy lub o myszy jako takiej. Najmniej ciekawa, gdy wykonuje ją pani nauczycielka wychowania przedszkolnego na podstawie wzoru z internetu, chyba że pani ma w sobie iskrę Bożą. Sądzę, że Myszka Miki dopiero wtedy jest coś warta, kiedy zostanie przetrawiona przez osobistą wrażliwość i umieszczona w takim kontekście, w jakim komuś pasuje. Punktem krytycznym jest mysi nos, który często nabiera formy ludzkonosej lub fallicznonosej, disnejowski model mordy nie jest intuicyjny i ludzie sobie z tym radzą, jak potrafią – dodaje Maria Apoleika. Faktycznie, można pokusić się o klasyfikację brzydkich, lecz wzruszających myszek, w zależności od tego, która bardziej przypomina ryjówkę, a która jakieś pożywne warzywo korzeniowe.

A które są najlepsze?

– Piękne są te myszy rzeźbione przez twórców drewnianych świątków. Jak ktoś całe życie Chrystusa Frasobliwego wycinał z lipowych pieńków, a tu się za mysz zabiera, to po prostu musi się udać.

Tekst pochodzi z książki Olgi Drendy Wyroby. Pomysłowość wokół nas (wyd. Karakter).

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaOlga Drenda
TytułWyroby. Pomysłowość wokół nas
WydawnictwoKarakter
Data i miejsce wydania2018, Kraków
Strona internetowakarakter.pl
Indeks

Zobacz też