11.03.2015

Zawsze chciałem być artystą, ale mogę tylko o nich pisać: Paweł Bownik

Wojciech Albiński

Proszę zwrócić uwagę, że w tytule zapisałem jego całe imię i nazwisko. Do tej pory pokutuje we mnie pewien felieton Jerzego Pilcha sprzed kilkunastu już lat (dekady lecą!) o tym, że Chrystus mógł się nazywać Chrystus, Budda Budda, Gandhi też, ale jakiś tam artysta, który robi scenografię czy teatr to się nazywa pełnym imieniem i nazwiskiem.

A więc nie Bownik. Może to dlatego, żeby przewrotnie, a rebours podtrzymać aurę wokół niego; może żeby go jakoś postponować, może przez to piętno Pilcha, który najpierw przecież funkcjonował jako Pilch, obecnie już jako Jerzy Pilch, a kiedyś wniknie w karty ksiąg parafialnych i jakiejś statystycznej ilości danych publicystycznych i recenzenckich jako mężczyzna, zawód pisarz, zaraz po imieniu i nazwisku. Co do Bownika: ilekroć pytam czy woli zwracać się do niego przez Paweł, czy przez Bownik, nie widzę żadnej reakcji. Dopiero później zapytany wprost, mówi, że to jedna z jego tajemnic. Gdzieś w tym podgryzaniu bawimy się w miarę dobrze, i ja, i on.

Na początku; początków jest zresztą kilka, mówi do mnie jak do zagubionego recenzenta Szumu, wokół gazety są teraz kontrowersje, więc nie jest specjalnie wylewny, jako człowiek opanowany nie ma grymasów na twarzy, po prostu nieco kpi z mojego wrażenia nad swoją ogromną pracownią, nieznajomością prac Buczkowskiej leżących obok w magazynie galerii Starter i tak mija jeden początek. Drugi jest wtedy, kiedy od razu po herbacie przechodzimy do jego pracy. Nakierowuje mnie na swój aparat, który jest wielki i kręci nim w każdą stronę jak trąbą słonia, bawi mnie ta maszyna, ale dużo bardziej ciągną zdjęcia obok. Nad nimi, trochę z boku nieustannie słyszę właśnie mieszankę, trudno wyczuć czego bardziej, czy belferstwa ze szkoły, czy może jakiejś drobnej irytacji, z powodu oderwania się od aparatu. Trudno. Mnie denerwuje, że jest tak racjonalny. Opowiada i opowiada.

Niby o sztuce, a słyszę o temperaturze światła, o projekcie młodość, że jest tylko czysto teoretyczną wariacją (jakby sam Bownik się nie starzał!), daje jakieś koturnowe tezy do pięknych ujęć Wschód/Zachód. Mam ochotę go poprawiać. Poprosić aby został w miejscu gdzie stoi, albo powiedzieć, tak jak on mówi, nachylając się do mnie: „no ale rozumiesz, wiesz”. „Stop, wystarczy” i się zwyczajnie przyglądać pięknym przecież zdjęciom. I tak sobie lecimy. Jest chory, ja też, jest dość późno w nocy i żeby nieco wyglądać jak on, założyłem czapkę i szalik. Ale spieniony absurd chwili kończy się wraz z nią. I zaczyna się właściwy ogląd spraw.

Znika Bownik, zaczyna wrażenie na jego temat, też zresztą ulepione na szybko dla tekstu i boli mnie już wtedy, jak zawsze, że muszę to robić, streszczać człowieka do iluś tam, zawsze zbyt małej ilości, znaków. A wrażenia są właściwie dwa. Z jednym już przychodzę. Drugie powstaje w rozmowie. Obydwa dobrze ilustrują dwa cytaty z „Uwag o kolorach” Wittgensteina, które właśnie czyta.

„Złoty nie wydaje się kolorem, a jedynie powierzchnią.” – trafiam na zdanie przypadkiem i od razu wiążę z sytuacją samego Bownika. Człowieka tak zwanego sukcesu, jego album Disassembly, stojący za nim koncept, kilka następnych pomysłów i rewerencja, którą zyskał tworzy wokół niego aurę, która tak naprawdę mnie do niego przyciąga. Złoto, powierzchnia. Tak też nas prowadzi rozmowa. Oszem – robi komercyjne zdjęcia Dreamliner’ów(!), ale nie podpisuje się pod nimi i to samo zaleca wszystkim fotografom wobec swoich fuch. Wszelkie moje próby jakiegoś podminowania tejże powagi są nieudane. Gdy mówię mu, że gada jak nauczyciel, tylko powtarza, że no, aha, gadam jak nauczyciel. Ale nie jest to jedyne wrażenie.

Drugie znajduje on sam. U tego samego Wittgensteina. Proszę zwrócić uwagę, dla mniej wytrawnych czytelników, że książka ta staje się synonimem księgi, że Dostojewski otwierał Biblię na chybił trafił i już wiedział, jakie znaki szykuje mu niebo, że kolega z przeszłości otwierał sobie I-Ching na chybił trafił i wiedział. A Bownik znajduje kolejną z uwag Wittgensteina: „Natura światła i natura liczb jest podobna” – cytuję z pamięci.

Tu wracamy do tego, co mówił o młodości. To nie jego młodość przemija, to zaledwie koncept, który znalazł, a intelekt opracował. Tak samo mówi o swoim nowym pomyśle, którego nie mogę ani zdradzić przed czytelnikami, ani sam zrozumieć, a którego wysłuchując, zaczynam najpierw się lekko dziwić, potem martwić o niego, na końcu wiedziony jego spokojem i radykalnością konceptu pytać, czy jest może asperbergowcem, z jakimiś nutami autyzmu. Zaprzecza i musi minąć dużo jeszcze minut nim go zrozumiem.

A Bownik jedzie dalej. Opowiada o Glennie Gouldzie, z którym dzieli manię poprawiania wszystkiego. Myślę z podziwem o odwadze, którą musi mieć, żeby sobie na taką myśl pozwolić i opowiadaniach Johna Cheevera Wykształcona Amerykanka, które drażniły mnie jeszcze wczoraj zostawionymi przez autora kiksami. I chyba, żeby mu teraz jakoś dorównać, jak wcześniej z zakładaniem szalika, dzisiaj i ja pozwolę sobie na poprawki. W stosunku do Cheevera, ale przez to i samego Bownika.

Na przykład w opowiadaniu Cnotliwa Klaryssa (bohater uwodzi piękną simpletonkę) końcowe zdanie narratora brzmi: „Takie to było proste”. A powinno kończyć się wcześniej, o tak – „Jest pani bardzo inteligentna – powtarzał raz po raz. – Bardzo inteligentna”. Mimo tego oczywistego błędu Cheever cały jest z ludzi, ich doświadczeń i światło dla niego nie ma natury liczb wbrew temu co mówi Wittgenstein, a do czego tak przywiązuje się Bownik.

Gdzieś w tym swoim nieświadomym jeszcze poprawianiu, na które sobie pozwalam, wyrywa mi się jeszcze u niego, tam w pracowni, że wszystkie jego prace są takie same. Te piękne od razu i wymagające namysłu też. Myślę, że robię mu przykrość, samemu już w trakcie mi przykro. Mimo to przyjmuje to spokojnie i zdziwiony chyba tym odkryciem mówi po chwili: „A wiesz, że powstały w ciągu ostatnich dwóch lat?”. Dopiero w mailu pytam dlaczego, dlaczego ostatnie dwa lata przyniosły mu taki lot? Odpowiedź również przychodzi pocztą.

„Nic osobistego.”

Jakby to opuszczone nawet w adresie maila „Paweł” było jakimś kluczem, do którego tak trudno dotrzeć, a które jak wspominał, zostawia sobie jako tajemnicę. Coś w końcu osobistego.

 

* W cyklu, jak określa go z wytrwałością redakcja, jest dysproporcja mężczyzn względem kobiet. Proszę się nie martwić.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaPaweł Bownik
Indeks

Zobacz też