18.08.2014

Zawsze chciałem być artystą, ale mogę tylko o nich pisać: Paweł Althamer

Zawsze chciałem być artystą, ale mogę tylko o nich pisać: Paweł Althamer
Paweł Althamer, fot. Szymon Rogiński

Paweł Althamer, fot. Szymon Rogiński

Suworin o Antonim Czechowie napisał, że miał szczęście go kochać i ja teraz widzę mniej więcej to samo uczucie w oczach człowieka, który stoi obok Althamera. Słyszę też jego obietnicę, że i sam za jakiś czas powiem to samo. Bo on, tymi czy innymi słowy, powiedział to już dawno. Co potwierdzałoby między innymi i to, że człowiek ten, w ogóle nie związany ze sztuką, w swoim zakładzie zieleni miejskiej trzyma dla Althamera styropianową głowę Chrystusa. Wielką – tu podnosi rękę, aby objąć bezmiar – jak ta restauracja i moglibyśmy się w niej zmieścić wszyscy, którzy się tu śmieją. On, żona Althamera, przyjaciółka Althamera, sam Althamer. Śmieję się ze wszystkimi i myślę, jakby tu wyjść z tej głowy i to wszystko objąć – i opisać? Bo, że tak łatwo pójdzie z tą miłością od pierwszego wejrzenia, nie chcę ani powiedzieć, ani uwierzyć w taką możliwość.

– „Skoro nie możecie uwierzyć w siebie, uwierzcie we mnie, powiedział Chrystus” – Mówi Althamer.

I widać od razu, jakie to spotkanie ma wymiar, w co tu trzeba wleźć na samym początku, w czym uczestniczyć i dlatego na wszelki wypadek podchodzę do niego z dystansem, jakby do płotu; o co też zresztą opieramy się w rozmowie. Bo jeśli jeszcze próbuję wyjąć go z tego otoczenia, to tylko po pierwszych wrażeniach, które zawsze wycinają ludzi tła i pytam, czy nie ćwiczył jakichś sportów walki? Ma prężny kark, dość szybkie spojrzenie, napięte ręce, więc na pewno ćwiczył. Odpowiada, że tak, judo, brał udział kiedyś ze Żmijewskim w seansie hipnozy i wyszło mu, że wcześniej był wojownikiem. W zamian dopowiadam, że gdybym ja miał się tak opisać teraz na trzy cztery, to raczej jako płot. Skąd płot? Żebym sam wiedział. Może już czuję, co jest grane i próbuję się oddzielić.

Althamer przygląda się i dodaje, że jak płot to może cieśla, co mnie już nieco zbija z tropu i upieram się, że jednak nie, sam płot i takie podglądanie, bo w płocie są dziury i wyłamane sztachety. I tak stoję przy tym płocie od samego początku, kiedy go zobaczyłem i obserwuję, co on tam wyczynia.

A opowiada różne rzeczy. Tłumacząc jedność świata mówi, że czuje ją nawet z tym płotem tam gdzieś daleko – a więc znowu. Opowiadając o roli serca, przykłada uważnie i stanowczo rękę do piersi, po czym opuszcza ją równie świadomym gestem – zniewalająca czystość; mówi, co czyta – Niosąc umarłych i czego się boi – „przepływy gniewu”. Często wspomina Ai Wei Wei’a, wobec którego, podejrzewam, czuje dług i powinność, bo chwilę temu to rzeźba Chińczyka została umieszczona w parku Bródnowskim (gdy Ai Wei Wei dostał polski dres, od razu sprawdził metkę – opowiada anegdoty pod dziennikarza). Potem jest o żelatynie w torcie jako metaforze rozumu czy może raczej duszy i o Bogu, którego jeśli nie ma, to jak inaczej byśmy rozmawiali – odpowiada pytaniem na pytanie, na które już nie mam odpowiedzi.

Jest w tym małym, pokątnym wywiadzie dokonywanym w ogródku pizzerii na Bródnie jakiś, jak to się mówi, shitstorm słów prawie magicznych i zapieram się go po raz trzeci. Płot wytrzymał, choć trudno od niego odejść.

Rozciąga się za nim cała kolorowa feeria barw, obrazów, a przede wszystkim ludzi, którzy ciągną za Althamerem jak prawdziwe plemię, bo odkąd go zobaczyłem pierwszy raz o godzinie czwartej po południu do godziny jedenastej wieczorem pozostawał nieustannie w czyimś na ogół zmieniającym się towarzystwie. Myślę, że to na stałe. I że tak muszą wyglądać plemiona pierwotne, wódz, szaman, a potem wszyscy za nim. Skąd mam taką pewność? Dusza świata mi podpowiada.

O czwartej są to wrażenia artystycznego bałaganu i kto czytał Locus Solus Raymonda Russela ten mniej więcej wie, jaki klimat jest w Parku Bródnowskim. Między ziemią a niskimi koronami owocowych drzew snuje się dym z maszyny, między nim ludzie, coraz więcej ludzi, widać obwoźną pizzerię, potem błyszczą się blaszane powierzchnie wysokiego ostroboku, ufo, tak zwanego domku herbacianego. Zza czarnej zasłonki w domku czarna ręka wygina się do psychodelicznej muzyki; pomiędzy ludźmi, leżakami, drzewami gania młody pies z czerwono-białą dmuchaną piłką w pysku. Ludzie się uśmiechają, pies krąży pomiędzy leżakami, nagle świst powietrza, piłka się kurczy, pies łapie następną. Znowu uśmiechy. Wszędzie mnóstwo starszych, młodych, wszyscy zlani potem, palą, leżą, często podjeżdża rower, ktoś z niego schodzi, rozgląda się i znowu wsiada. Pomiędzy tym wszystkim Althamer.

– „Ale spokojnie, możemy porozmawiać. Ja też jestem z rodziną, tu wszyscy to moja rodzina.”

Pierwsze co widzę, to że ma żółte, wpadające w lekki brąz plamy na białkach oczu, w kolorze koszulki zresztą, że krępuje go rozmowa o instytucjach (a dlaczego ja do cholery o tym zacząłem?) i że chce mi pomóc. A więc przejdźmy na ty. I spotkajmy się w pizzerii za dwie godziny. I wraca do rodziny.

Potem dalej jest korowód postaci, przemówień, przedstawiciele sztuki, przedstawiciele władz, mylone nazwiska, tysiące podziękowań, głosy starszych ludzi o zakopanych wazach chińskiego artysty, których to waz, jak podejrzewają, nikt nie będzie pamiętał. Czemu to rozbijać i zakopywać, mówią. Potem samo zakopywanie waz, rzucanie piasku w dół, ciche komentarze od młodszych, że to jak pogrzeb. Gdzieś między nimi wszystkimi dalej te plamki w oczach, jabłonki, więźniarki w ramach resocjalizacji zrzucające szpadlami ziemię na skorupy. Jest taki obraz w opowiadaniu Święto Bankowe Katherine Mansfield – piknik po prostu, a potem puenta, że wszyscy unieśli się do nieba. Nic się w nim nie dzieje, poza tą ostatnią linijką i ładną sceną zbiorową. Arthur Koestler napisał, że najtrudniej w literaturze o dobrą scenę zbiorową, nawet Tołstoj ich unikał. A Mansfield się udało. To samo tu, to samo u Althamera, nieustanna scena zbiorowa, jakby pracował tylko nad tym. Tyle, że ja od niej nasycony i szczęśliwy odjeżdżam, by wrócić za dwie godziny i próbować rozmawiać sam na sam.

Ale i później wraca z ludźmi. Święto wypełnia pizzerię, krążą nad głowami talerze, zaczyna się finał mistrzostw. Nawet szum z telewizora jest z nimi. Ile tam się mieści ludzi na stadionie w Brazylii, wszyscy są tutaj (Głowa Chrystusa leżąca w zakładach zieleni miejskiej jest porównywalna – jeśli nie większa – od tej w Świebodzinie, ta zaś jest większa od tej w Rio de Janeirio). Toasty, śmiech z toastów. Przede mną piękna para, prawie monidło. I Althamer po cichu rysujący dzieciom na chusteczce jeża, potem żonę dla jeża, potem szukający w torebce swojej żony szminki albo tuszu do powiek, aby dodać jeżom koloru. I potem jeszcze na tej samej chusteczce niezamazane, białe miejsca, w które wyciera usta, bo nigdzie nie ma chusteczek.

Uśmiecham się, może nerwowo, nie mogę uwierzyć w cały ten bal, wcześniejsze słowa i gesty o prawie widocznej tu duszy świata. I wychodzę. Przypominają mi się jego ostatnie słowa, anegdota sprzed półtorej godziny, kiedy już chciał skończyć rozmowę i pójść do ludzi. Gdy dwa tygodnie temu chiński dziennikarz pytał go, kim jest i czy przypadkiem nie ma innej roli, niż ta z którą na Kongres Rysowników w Chinach przyjechał oficjalnie, odpowiedział: „Ja Ci powiem na czym to wszystko polega. Patrz. Najpierw liczy się wdech, a później – sami wiecie, co się później liczy – wydech”.

A potem jadę na rowerze z lekko szumiącą głową, utulony tym świętem i oddycham sobie wyraźnie, regularnie wzdłuż płotu cmentarza na Bródnie. Do siebie, do domu.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaPaweł Althamer
FotografieSzymon Rogiński
Indeks

Zobacz też