16.09.2016

Zakorzenienie. Nomada Art Camp, Kielce, 2016

Rafał Żwirek
Gaj palmowy Joanny Rajkowskiej
Zakorzenienie. Nomada Art Camp, Kielce, 2016
Gaj palmowy Joanny Rajkowskiej
NOMADA przypomina trochę plac budowy. Przez cztery dni trwania projektu, czyli przez cztery dni, które artyści mają na zrealizowanie swoich pomysłów zewsząd słychać dźwięki narzędzi, stukot młotków, syk spawarek, wizg pił.

Herszel Zagajski, kielecki chasyd i filantrop, postawił swój dom modlitwy w 1922 roku. Był to nieduży budynek z założenia mający służyć jedynie rodzinie i sąsiadom mieszkającym we pobliżu. Niezbyt okazała, prosta forma z dwiema przestrzeniami, dwoma oddzielnymi wejściami – dla kobiet i mężczyzn.

Nic specjalnego, takich miejsc było wtedy w Kielcach około 40. Dziś nie ma już żadnego. Nie ma też kieleckich chasydów, a na żydowskim cmentarzu, wśród poprzewracanych macew buszują zające, płosząc wygrzewające się na kamieniach jaszczurki. I jest cicho, tak cicho, że trzeba stamtąd szybko wyjść, bo ta cisza jest niewygodna i boli. Lepiej jej nie słuchać, lepiej nie myśleć o niej za długo.

A jednak coś słychać – niepokojący dźwięk, jakby zawodzący duch Herszla wszedł na najwyższe obroty. Za krzakami, w najbardziej zapuszczonej części cmentarza spotykam Pawła Althamera ze swoim bratem Marcinem. Wycinają szlifierką fragment cmentarnego ogrodzenia. Przez wyciętą dziurę przedostaję się na mały plac przy ulicy Pakosz. 94 lata później tu właśnie stanęła bożnica Zagajskiego: przeniesiona z pierwotnej lokalizacji i odrestaurowana cegła po cegle, belka po belce, fresk po fresku. Bożnicę uratował Tomek Tworek, kielecki biznesmen, pasjonat, kolekcjoner. To on zaprosił tu Althamera, a ten, swoim zwyczajem, zaprosił kilkunastu przyjaciół i artystów, by wspólnie pracować przy projekcie NOMADA.

Marcin Althamer w trakcie pracy

Marcin Althamer w trakcie pracy

Próbuję więc połączyć sobie to wszystko: bożnicę, cmentarz, dziurę w płocie – chyba jeszcze za wcześnie, jeszcze trzeba pochodzić, poprzyglądać się, porozmawiać. Zobaczyć kto w ogóle z Althamerem przyjechał i po co?

Jest Joanna Rajkowska. Jako jedyna pracuje w pełnym słońcu – pozostali chowają się w cieniu, jest nieprzyzwoicie gorąco, jakby był lipiec, a nie wrzesień. Ale Rajkowska przyleciała z Helsinek, do których globalne ocieplenie jeszcze nie dotarło. Na niedużym trawniku, pośród polskich świerków sadzi palmy. Tym razem prawdziwe: specjalną mrozoodporną odmianę palm, która ma szansę zakorzenić się tu na stałe i wpisać w kielecki krajobraz. Palm miało być siedem, dojechało tylko pięć. Rajkowska jest trochę niezadowolona, tłumaczy, że siedem jest taką trochę niepoliczalną liczbą, że trudno ją na pierwszy rzut oka tak szybko ogarnąć, a pięć to jednak łatwiej, zbyt łatwo. Okazuje się, że jednak nie – w sąsiedztwie świerków palmy rozmnażają się i trzeba się trochę skupić, by policzyć ile ich jest. Udaje się jej tak wpasować palmy, że rzeczywiście powstaje mały palmowy gaj. Później, na wernisażu, Rajkowska poprosi mieszkańców by o nie dbali, nie dali im uschnąć, by potraktowali je jako żywe istoty. Trochę niepotrzebnie – jeszcze w czasie trwania prac mieszkańcy Kielc przychodzą i pytają jak się nimi opiekować, jak pomóc, co trzeba zrobić, by przetrwały. Przez chwilę myślę jak wiele się tu zmieniło od czasu, gdy Joanna realizowała Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich i stawiała sztuczną palmę w Warszawie. Wtedy ten gest był niespodziewanie radykalny: dziś, przetworzony i powtórzony po 14 latach, wydaje się już oswojony – chociaż – poprzez kontekst 70. rocznicy kieleckiego pogromu – wciąż jest dojmująco aktualny. Zresztą, to w pewnym sensie ten sam projekt. Przecież wtedy w Warszawie artystka chciała postawić więcej palm. Teraz się to udało.

NOMADA przypomina trochę plac budowy. Przez cztery dni trwania projektu, czyli przez cztery dni, które artyści mają na zrealizowanie swoich pomysłów zewsząd słychać dźwięki narzędzi, stukot młotków, syk spawarek, wizg pił. Ktoś nosi jakieś deski, ktoś rozładowuje dostawczy samochód, ktoś inny wozi kamienie taczką.

Miałem wrażenie, że jeszcze nigdy nie widziałem tylu muzykujących malarzy i rzeźbiarzy. To kolejny poziom projektu Althamera. Kolejne narzędzie budowania wspólnoty. Bo bez wątpienia tłem NOMADY – jak wielu innych projektów artysty – była wspólnotowość.

Trochę trudno się w tym połapać – dodatkowo wszędzie kręcą się mieszkańcy i uczniowie z kieleckiego plastyka. Są też dźwięki niepasujące do budowy: cały czas, gdzieś w tle słychać muzykę. To kolejni goście Althamera: wiolonczelista Jacob Cohen, którego Althamer poznał w nowojorskim metrze w 2013 roku i który od tamtego czasu wziął już udział w kilku projektach artysty oraz Robert Brylewski. Zastanawiam się jak napisać o Brylewskim nie używając słów „legenda” albo „ikona”? Że kolega się przyłączył? Trochę się nie da – kilka razy widziałem kielczan przychodzących do Brylewskiego ze starymi płytami Brygady Kryzys albo Izraela i prośbą o autograf. Zaproszenie od Althamera nie było jednak przypadkowe – muzycy poznali się rok temu, w czasie Arki, innego projektu artysty. I nagle okazało się, że polska legenda i muzyk z metra znakomicie się dogadują, a muzyka, która przy okazji powstaje stanowi zupełnie nową jakość: i Brylewski, i Cohen tak mocno wpisali się w projekt, że nie tylko grali bez przerwy, prawie 24 godziny na dobę, ale też wciągnęli pozostałych artystów.

Gaj palmowy Joanny Rajkowskiej
Jacob Cohen i Robert Brylewski

Miałem wrażenie, że jeszcze nigdy nie widziałem tylu muzykujących malarzy i rzeźbiarzy. To kolejny poziom projektu Althamera. Kolejne narzędzie budowania wspólnoty. Bo bez wątpienia tłem NOMADY – jak wielu innych projektów – była wspólnotowość.

Przez nowe, świeżo założone okna zaglądam do wnętrza bożnicy. Przy długim stole siedzą przygarbione sylwetki. Jest w tym jakiś mnisi odjazd, skupienie, praca odłączona od chaosu na zewnątrz, dyscyplina. To projekt Artura Żmijewskiego – pisanie, a właściwie malowanie Tory. Żmijewski przygotował dwa 36-metrowe zwoje, nawinięte na klasyczne podwójne rolki, i szafę do ich przechowywania. Tak jak powinno być w bożnicy. Malowanie Tory trwa prawie nieprzerwanie – okazuje się, że tusze nie schną zbyt szybko i Żmijewski wychodzi ze swoją Torą na zewnątrz: łatwiej ją w całości rozłożyć, wszystko schnie szybciej. Mam wrażenie, że Żmijewski w przekorny sposób wciąż prowadzi swoją własną grę – z instytucjami, z historia, z kulturą i opresją religijnego rytuału. Wciąż domaga się nowych przestrzeni dla artysty, walczy o prawo uczestnictwa sztuki w przestrzeniach kulturowo izolowanych i niedostępnych. Podobnie jak w Mszy z 2011 także w Kielcach wraca do naśladowania rytuału. Tyle że tutaj nie odwzorowuje Tory 1:1, pozwala sobie na swobodniejszą interpretację, jednak z taką samą powagą. Czasem lubię myśleć o Żmijewskim bardziej jak o naukowcu niż artyście. To, co robi i jak robi ma w sobie laboratoryjną dokładność i wciągającą intelektualnie precyzję. Laboratorium Żmijewskiego było jednak otwarte – do współpracy przy malowaniu szafy na Torę artysta zaprosił uczennice liceum plastycznego, dając im praktycznie wolną rękę. Była to propozycja istotna – z rozmów z dziewczynami z plastyka wiem, że potraktowały zaproszenie bardzo serio i z dużym entuzjazmem. W bożnicy przycupnął też Marek Cecuła pokazujący serię białych talerzy z czarnymi literami alfabetu hebrajskiego. Praca odwołująca się do Kabały i prowadząca ciekawy dialog z rysowaną Torą Żmijewskiego, który przecież z alfabetu zrezygnował. W wypadku Cecuły trudno mówić o hermetyczności jego działania – Kabała z założenia nie jest dla wszystkich.

Paweł Althamer i Artur Żmijewski malują Torę
Tora, detal
Malowanie Tory
Marek Cecuła, detal

Podział prac w bożnicy przebiegał w zaskakujący, bo tradycyjny sposób: o ile męską przestrzeń rzeczywiście zdominowali mężczyźni, o tyle wyższe piętro, tzw. babiniec, bezsprzecznie należał do kobiet.

To tam właśnie prezentowała swój projekt Aga Szreder: dedykowaną kobietom kuczkę, do której wchodziło się przez okno z babińca. Kuczka – tradycyjna część architektury bożnic – usadowiona była na dachu klatki schodowej. Instalacja Szreder była właściwie czymś z pogranicza designu i sztuki. Mimo formalnych odwołań do tradycji, jak choćby okno na górze czy przyklejenie instalacji do budynku, miała w sobie właśnie pewna designerską zuchwałość. Wnętrze zostało wyklejone miękkim różowym futrem, wchodziło się do środka przez coś w rodzaju tunelu, a użyte materiały: styropian i tkaniny powodowały całkowite odcięcie od zewnętrznego świata i totalne wyciszenie. Całość sprawiała wrażenie jakiejś kosmicznej kapsuły z filmów s-f i w sposób zamierzony (w środku przebywało się w pozycji embrionalnej) odwoływała się do macierzyństwa, kobiecości, bezpieczeństwa. Artystka zaprosiła do swojego projektu mieszkające w Polsce uchodźczynie: z Sudanu, Wietnamu i Czeczenii. W kontekście NOMADY – projektu w dużym stopniu poświęconego wędrowaniu i dotykającego problemu tolerancji, inności, historii – był to gest znaczący i odważnie poszerzający pole wspólnych działań. Co ciekawe, jej instalacja została znakomicie przyjęta przez kobiecą część publiczności – w czasie wernisażu w kolejce do zwiedzania kuczki mężczyźni stanowili mniejszość.

Aga Szreder, kuczka z zewnątrz
Aga Szreder, wejście do kuczki z babińca
Aga Szreder, detal wnętrza

W babińcu pokazała się też Natalia Żychska, undergroundowa warszawska artystka znana do tej pory ze swojego cyklu „pornoikonek”, czyli malowanych na starych deskach i złoconych ikon o tematyce głęboko erotycznej. Żychska – dość nieśmiało – położyła siedem deseczek mogących przedstawiać świece. Były trochę jak menora i  zastanawiam się, co powstrzymało Żychską przed odważniejszym działaniem.

Na grę z architekturą i tradycją zdecydowała się też Joanna Świerczyńska, której instalacja była próbą odwzorowania tradycyjnego szałasu, tzw. sukka (stąd święto Sukkot, święto szałasów, kolejny poziom NOMADY), jednak przez zbyt literalne potraktowanie – dach z gałęzi, chleb w środku – była zrozumiała tylko dla tych, którzy o szałasach sukka już wcześniej słyszeli albo mieli związek z żydowską kulturą.

Podział prac w bożnicy przebiegał w zaskakujący, bo tradycyjny sposób: o ile męską przestrzeń rzeczywiście zdominowali mężczyźni, o tyle wyższe piętro, tzw. babiniec, bezsprzecznie należał do kobiet.

Terenem art campowych, nomadycznych działań, była jednak nie tylko przestrzeń wokół bożnicy i sama bożnica. Na skrawku parkingu, tuż przed samym wejściem zwracały uwagę dwa monstrualnej wielkości pnie drzew razem z korzeniami. Dzięki czujności Althamera, który w czasie roboczej wizyty w Kielcach wypatrzył je na terenie, gdzie wcześniej stał dom modlitwy – udało się je ocalić przed pocięciem i przenieść. W ten sposób historia translokacji bożnicy Zagajskiego zatoczyła koło: również drzewa, które kiedyś obok niej rosły przeniosły się wraz z nią.

Jednym z pni zaopiekował się Yevgen Samborski, wciąż jeszcze młody ukraiński rzeźbiarz, laureat (wraz z Grupą Otwartą, którą zresztą powołał do życia) prestiżowej nagrody Pinczuka w 2013 roku. Samborski wykonał solidną rzeźbiarską robotę: razem ze swoją życiową partnerką, Oksaną, przez kilka dni i nocy kleili, wiązali i zszywali znalezione w pobliżu patyki, by finalnie zaprezentować publiczności interesującą, figuratywną kobiecą formę zrośniętą z pniem. Osobiście nie jestem zwolennikiem rzeźb z patyków, trzeba jednak przyznać, że Samborski mógł zaimponować rzeźbiarskim kunsztem i znajomością anatomii. Jego praca wyrastała zresztą z aktualnych, ukraińskich lęków, odnosiła się do politycznej sytuacji Ukrainy, ucieczki przed wojną. Sam artysta opisał ją jako „postapokaliptyczny szkielet Statuy Wolności”.

Natalia Żychska
Joanna Świerczyńska, detal
Rzeźba Yevgena Samborskiego
Jim Costanzo

Wernisaż, będący jednocześnie finisażem, bo tego dnia kończyły się wszelkie aktywności NOMADY, zaskoczył liczbą przybyłych gości i niespodziankami. Kilkuset mieszkańców Kielc miało więc okazję zobaczyć performance kolejnego gościa Althamera – nowojorczyka Jima Costanzo (szerzej znanego jako Aaron Burr Society – warszawska publiczność kojarzy go z wystawy w MSN Robiąc użytek), który wraz z nieodłączną trąbą wygłosił płomienne przemówienie dotyczące pamięci, historii i prób manipulowania nimi. Kiedy Jim przemawiał i trąbił, a właściwie trąbił i przemawiał, pomyślałem, że może rzeczywiście ci wszyscy zaproszeni przez Althamera przyjaciele są z jednego, nomadycznego plemienia: to, co miał do powiedzenia Costanzo, choć dotyczyło w większości Ameryki, zabrzmiało szczególnie boleśnie w rzeczywistości Polski 2016.

Sytuację rozładowało pojawienie się samego Althamera – przebranego w chasydzki sztrajmel i czarny długi chałat, obwiązanego w pasie tałesem – stało się trochę tak, jakby sam Herszel Zamojski pojawił się przy własnej bożnicy. I kiedy już wybrzmiały wszystkie podziękowania (dlaczego do tej pory nikt nie zrobił projektu składającego się z samych podziękowań?) i przemówienia – szczególnie interesujące wydawało się to, które wygłosiła Anda Rottenberg – goście rzucili się na wino i… macę.

Sytuację rozładowało pojawienie się samego Althamera – przebranego w chasydzki sztrajmel i czarny długi chałat, obwiązanego w pasie tałesem – stało się trochę tak, jakby sam Herszel Zamojski pojawił się przy własnej bożnicy.

Maca, a właściwie pieczenie jej na żywo było bowiem działaniem następnej osoby z kolektywu NOMADA – izraelskiej artystki o polskich korzeniach – Mai Gordon. Były jeszcze filmy – pierwszy to rezultat warsztatów filmowych Krzysztofa Viscontiego, drugi – animacja Roberta Manowskiego. Obaj filmowcy pracowali jednak na zewnątrz art campu – Visconti przez cztery dni prowadził warsztaty filmowe z kielecką młodzieżą. Film, który wspólnie zrobili, film o cieniach wyświetlany bezpośrednio na ścianie bożnicy, z graną na żywo muzyką Brylewskiego i Cohena, zapadał w pamięć szczególnie sugestywnie. Być może z powodu niepokojącej atmosfery, świadomego stanu skupienia, jaki generował – w pewien sposób było to przywołanie duchów, zwłaszcza kieleckich. Robert Manowski z kolei przywiózł krótki, zaledwie siedmiominutowy film, dziwną, poetycką animację o Brunonie Schulzu. Film przemyślany, interesujący warsztatowo, balansujący na granicy strachu, ale i niestety ckliwości. Podobnie jak Visconti ze swoją ekipą, tak i Manowski przywołał demony, tylko jakby inne, wciąż jednak obecne i teraz, szczególnie teraz budzące się na nowo.

Artur Żmijewski i Paweł Althamer rozwijają Torę
Szafa z Torą
Maja Gordon przygotowująca macę

Poczułem zmęczenie i zrozumiałem, że powinienem na chwilę zostać sam. Chciałem wrócić tą samą drogą, którą przyszedłem, pobyć trochę w ciszy.

Po drodze minąłem jeszcze instalację Michała Slezkina, dużą ścianę z walizek stojącą po południowej stronie bożnicy. Celowo omijałem to miejsce, walizki wydawały mi się bowiem dość banalnym skojarzeniem z podróżą, z Holokaustem, z ucieczką. Na szczęście Slezkin zamalował jedną stronę swojej ściany, tworząc nieco bardziej interesującą przestrzeń, jakby sam się zmagał z przesłaniem własnej pracy i nie był jej do końca pewny. Napisał też pytanie: „co nas łączy?” i zaprosił publiczność, by udzieliła mu odpowiedzi. I choć kielczanie dość chętnie na to pytanie odpowiadali, zapisując prawie wszystkie walizki, to mnie  wciąż podobały się najbardziej te niezapisane. Slezkin zadał też to samo pytanie po hebrajsku – brak odpowiedzi boleśnie przypominał, że na to pytanie, zadane w Kielcach, nikt mu już odpowiedzi po hebrajsku nie udzieli.

Naprawdę, już czas iść. Przy płocie spotykam Briana Fernadesa-Hallorana – niezwykle uzdolnionego rzeźbiarza z Brooklynu. Jest ostatnim z zaproszonych przez Althamera artystów. Przez chwilę myślę sobie, że fajnie, że Paweł Althamer ma tylu przyjaciół, ale pewnie żyłby równie szczęśliwie, gdyby miał ich trochę mniej. Brian, chyba najmłodszy z całej nomadowej ekipy, spotkał się z Pawłem w czasie rezydencji tego ostatniego w New Museum w Nowym Jorku.

Przypadli sobie do gustu właściwie natychmiast – podobnie trochę nieobecni, podobnie wrażliwi, podobnie pracujący – czyli bez przerwy. W czasie NOMADY Brian właściwie rzeźbił przez cały czas. Jego aktywność była jednak zupełnie inna niż pozostałych artystów. Kiedy wszyscy inni skupiali się bardziej na swoich konkretnych projektach, Fernandes spacerował, pomagał innym, przynosił jakieś znalezione na wycieczkach rzeczy: plastikowe butelki, nakrętki, zepsuty rower, sznureczki. Kręcił się często pod cmentarnym płotem, coś tam przykręcał, drutował, wycinał skomplikowane wzory kozikiem na znalezionych drewienkach. Rozstawiał to wszystko po kątach, potem ktoś mu to zabierał i sprzątał, więc następnego dnia przynosił kolejne znaleziska. W Kielcach na płocie powiesił w końcu wielkie koło napędzane korbą od roweru. Koło zrobione było z tych wszystkich znalezionych przedmiotów – wyglądało trochę jak model układu słonecznego z ziemią na miejscu słońca. Widziałem Andę Rottenberg przyglądającą się temu dość wnikliwie i Artura Żmijewskiego z upodobaniem kręcącego korbą, która wprawiała całą tą maszynerię w ruch. Była to rzeźba bez kontekstu, bez żadnej nadbudowy, po prostu obiekt, zabawa, gra. Powiedzieć, że pasowała do przekazu NOMADY, to tak samo jak powiedzieć, że nie pasowała. Nigdy nie mogłem sobie jakoś sensownie umiejscowić takiej sztuki i jestem głęboko przekonany, że sam Halloran też tego nie wie. A jednak jest ona na swój sposób przenikająca, dziecięca, punkowa.

Michał Slezkin, strona a
Michał Slezkin, strona b
Brian Fernandes-Halloran
Paweł Althamer, Brama

Szukam dziury, którą wyciął Althamer z bratem. Zamiast niej znajduję bramę. Zwykłą bramę, zespawaną z takich samych elementów jak reszta ogrodzenia i pomalowaną na ten sam kolor. Brama jest zamknięta na klucz, ale jest tak skonstruowana, że można przez nią bez trudu przejść, bez otwierania, bez pytania kogoś o zgodę, bez klucza. To praca Pawła Althamera, która w symboliczny sposób otworzyła nomadom, a przede wszystkim kielczanom, kolejną zamkniętą do tej pory przestrzeń. Z cmentarza dobiegają dźwięki nocy.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też