28.05.2021

W tym konkursie wygrywają wszyscy (albo nikt)

Karolina Plinta
Tekst opublikowany w magazynie Szum 32/2021
Jakub Choma, „Gears of Life”, performans, fot. Matěj Doležel
W tym konkursie wygrywają wszyscy (albo nikt)
Jakub Choma, „Gears of Life”, performans, fot. Matěj Doležel
Finaliści trzydziestej pierwszej edycji Nagrody im. Jindřicha Chalupeckiego zdecydowali, że rezygnują z rywalizacji o tytuł laureata bądź laureatki. I co ciekawe, niewykluczone, że tak już zostanie.

Rankingi, hierarchie, trendy, konkursy i celebracja zwycięzców – wszystkie te brzydkie kapitalistyczne narzędzia wartościowania są uwielbiane przez sztukę. A przynajmniej do niedawna były, bo, jak pokazuje narastający opór uczestników i uczestniczek konkursowej rywalizacji, mają oni i one coraz większy problem, by odnaleźć się w takim formacie. W 2017 roku uczestniczki Preis der Nationalgalerie publicznie skrytykowały mechanizmy konkursowe i medialną recepcję wydarzenia (media miały się koncentrować na płci i pochodzeniu finalistek), a dwa lata później finalistki/finaliści Turner Prize poprosili, by potraktować ich jako grupę i przyjęli nagrodę kolektywnie. W 2020 roku, w odpowiedzi na pandemię COVID-19, organizatorzy Turnera zrezygnowali z tradycyjnej formuły konkurs + wystawa i zastąpili ją pieniężną zapomogą dla 10 wytypowanych artystek i artystów. Podobny ferment zauważyć można na scenie czesko–słowackiej – w 2017 roku finaliści/finalistki słowackiego konkursu Oskára Čepana nie tylko zaprotestowali przeciwko typowaniu zwycięzcy i zamiast osobnych prezentacji przygotowali wystawę kolektywną, ale i urządzili organizatorom niezłe piekło przez to, że ci nie byli wystarczająco dobrze przygotowani. Bunt Słowaków przetarł szlaki czeskim artystom, którzy w 2020 roku także zdecydowali, że rezygnują z rywalizacji o tytuł laureata bądź laureatki Nagrody im. Jindřicha Chalupeckiego. I co ciekawe, niewykluczone, że tak już zostanie. W tekście do katalogu wystawy konkursowej dyrektorka Towarzystwa im. Jindřicha Chalupeckiego Karina Kottová zadeklarowała, że najbardziej prestiżowy (i właściwie jedyny) konkurs na czeskiej scenie artystycznej nie potrzebuje kolejnego laureata, a wytypowani uczestnicy kolejnej, trzydziestej drugiej edycji konkursu, przypadającej na 2021 rok, już zrezygnowali z rywalizacji.

Rezygnacja z potęgującej napięcie formuły jest oczywiście pod pewnymi względami ryzykowna. Wiadomo, media lubią proste przekazy i krótkie nagłówki, a jedną twarz łatwiej zapamiętać niż pięć, albo, jak to ma miejsce w tej edycji Chalupeckiego, 10 (do finału zakwalifikowano bowiem także jeden duet i kolektyw artystyczny). Sama Kottová tłumaczy decyzję organizatorów destrukcyjnym wpływem konkursowej presji i rywalizacji na artystów, który obserwowała od momentu podjęcia pracy dyrektorki towarzystwa. Odrzuceni artyści nieraz załamywali się psychicznie, znikali ze sceny lub popadali w długi z powodu pożyczek zaciągniętych na przygotowanie pracy konkursowej (ponoć z tego powodu budżet na realizacje konkursowe został podwyższony). Emocjonalnie obciążająca była także kwestia relacji pomiędzy organizatorem i artystami – trudno jest pracować z kimś intensywnie przez kilka miesięcy, by następnie odesłać go z kwitkiem, bo jednak nie był dość dobry. Szczególnie jeśli jesteś kuratorką empatyczną, a do takiego miana zdaje się aspirować Kottová.

Twórczość Jakuba Chomy wydaje się wpisywać w popularny obecnie nurt trashowego ekspresjonizmu, choć to, co być może odróżnia go od kolegów działających nad Wisłą (patrz: Jakub Gliński, Galeria Śmierć Frajerom), to stopień profesjonalizacji języka artystycznego.

Na tym jednak nie koniec problemów – w kontekście widoczności trzydziestej pierwszej edycji konkursu Chalupeckiego kłopotliwe okazały się także miejsce, no i przede wszystkim czas. Wbrew pierwotnym planom wystawa finałowa konkursu została w tym roku zaprezentowana nie w praskiej Galerii Narodowej, lecz w PLATO Ostrava – instytucji awangardowej i cieszącej się uznaniem środowiska, ale jednak ulokowanej na czeskiej prowincji o trochę przytłaczającym, przemysłowym charakterze. Nagłe przenosiny wynikały z roszad w samej Galerii Narodowej – jej była już dyrektorka naczelna, Anne-Marie Nedoma, z dnia na dzień wycofała się z organizacji wystawy, co oczywiście wywołało środowiskową krytykę i akcję solidarnościową, w wyniku której wystawa finałowa w tym roku pokazywana jest w Ostrawie. Wiadomo, że już na stałe będzie ona jedną z konkursowych lokalizacji, obok Galerii Morawskiej w Brnie i Galerii Narodowej w Pradze, już pod kierownictwem Alicji Knast.

W końcu – poza problemami lokalowymi i empatyczną modernizacją samego konkursu – wyzwaniem stała się pandemia koronawirusa, wskutek której wystawę finałową w Ostrawie można było oglądać w rzadkich momentach poluzowania obostrzeń epidemiologicznych. Szczególnie fatalne okazało się to dla jednej z finalistek, Almy Lily Rayner, której konkursowy projekt Survival Manual zakładał stworzenie w przestrzeni PLATO platformy do wymiany doświadczeń przez osoby, które doświadczyły różnego typu przemocy. W planach były organizacja spotkań, wspólne gotowanie, a nawet nocowanie w galerii, jednak nic z tego nie wyszło. Odwiedzający galerię mogli tylko podziwiać puste legowiska z koców i ustawione obok feministyczne książki, które miały być czytane podczas trwania projektu. Z tego, co wiem, nie zdecydowano się na realizację tego pomysłu online, bo mogłoby to zaprzeczyć jego terapeutycznemu, intymnemu charakterowi. Może więc w lepszych czasach, gdy epidemia trochę zelżeje, projekt Rayner będzie kontynuowany w innym miejscu.

Jiří Žák, „Octagon” (replika stołu do negocjacji firmy Omnipol) mieszane materiały, 2020, fot. Tomáš Souček
Marie Tučková, „Chorus”, tkanina szydełkowana, pięciokanałowa instalacja dźwiękowa, 2020, fot. Tomáš Souček
Anna Slama i Marek Delong, „You Mean the World to Me”, instalacja mieszane materiały, animacja 3D, 2020, fot. Tomáš Souček
Pauline Boudry / Renate Lorenz, „(No) Time”, HD film, 20 min, 2020

Krytyczka zajmuje się jednak krytykowaniem, a więc wartościowaniem i dzieleniem sztuki na lepszą i gorszą. Jak zatem wyglądał tegoroczny Chalupecký z tego punktu widzenia? Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w wystawie na żywo – dzięki temu w pełni doświadczyłam prac kładących nacisk na formę, a w tym akurat nasi sąsiedzi zza Olzy są całkiem nieźli. Na wystawie finałowej w Ostrawie uwagę przykuwały szczególnie dwie realizacje – instalacja Jakuba Chomy, która zagarnęła znaczną część olbrzymiego budynku PLATO, oraz bajkowy, wyglądający jak przeniesiony z filmów fantasy ołtarz autorstwa Anny Slamy i Marka Delonga. Realizację Jakuba Chomy – sytuującą się na pograniczu malarstwa, rzeźby i performansu – cechuje bardzo męska, ekspansywna ekspresja. Kiedy chodzi się pomiędzy rozlicznymi elementami jego instalacji, początkowo można odnieść wrażenie, że powstała ona w wyniku wybuchu, a to, z czym się stykamy, to jedynie postartystyczne śmieci. Nic jednak bardziej mylnego – każda bowiem konstrukcja, zagadkowy drewniany szkielet, karton czy domek składające się na tę pracę to osobne mikroświaty, w których ukryte są drobne mechanizmy, zagadkowe przedmioty, grafiki, poetyckie teksty i przemyślane kompozycje z różnego rodzaju farb, taśm, folii, styropianu i innych materiałów. Instalacji Chomy towarzyszy także film, w którym widzimy samego artystę błąkającego się po stworzonym przez siebie malarsko-rzeźbiarskim labiryncie i „ożywiającego” kolejne obiekty – uruchamia ukryte w nich mechanizmy, przebija tajne przejścia czy pogłębia proces ich destrukcji. Sam przy tym jest coraz bardziej umazany farbą i brudny, a z powstałych w trakcie performansu ran sączy mu się krew, tak więc w pewnym momencie wygląda, jakby był integralną częścią swojej instalacji – i zresztą chyba jest. Twórczość Chomy wydaje się wpisywać w popularny obecnie nurt trashowego ekspresjonizmu, choć to, co być może odróżnia go od kolegów działających nad Wisłą (patrz: Jakub Gliński, Galeria Śmierć Frajerom), to stopień profesjonalizacji języka artystycznego. Instalacja Chomy sprawia wrażenie śmietnika, ale w rzeczywistości każdy jej element jest starannie przemyślany i razem tworzą pedantyczną, wręcz godną zegarmistrza kompozycję.

[…]

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 32. numerze Magazynu „Szum”.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 32/2021

Zobacz też