To nie kir. „Hoc est corpus meum” Pavlo Kovacha w Galerii Labirynt
Na wystawie jest dużo prac, a może nawet zbyt dużo. Co od razu przywodzi myśl, że sztuki ukraińskiej w Polsce jest tak dużo, że przestałem ją śledzić. A jeśli ja jej nie śledzę, to być może wielu innych również i sztuka ta, choć ważna, stała się bezimienna.
Sztuki wizualne sąsiadów stały się świadectwem, credo i służbą w stosunku do tego, co obecnie integruje społeczeństwo – czyli przetrwania. Obserwujemy to na razie w laboratorium, na bliskim przykładzie, ale kto wie, czy nie stanie się to też naszym udziałem. Tu nie potrzeba nazwisk ani indywidualności – tu trzeba więzi.
Co innego jednak nazwisko Pavlo Kovacha, Ukraińca z Użgorodu, którego nazwisko chcę zapamiętać, nawet jeśli jego wystawa jest zbyt gęsta i miejscami zasłania to, co sam Kovach ma do powiedzenia. Będę to odsłaniał, aż zobaczę jego samego, unikalnego, którego nie da się rozpisać na dziesiątki innych głosów. Mamy takie czasy, że muszę się modlić, aby indywidualność przetrwała. Aby przetrwał też Pavlo Kovach, który żeby pojawić się na wernisażu, wziął urlop z frontu.
Na wystawie jest ciemno – ściany galerii pomalowano na czarno; pomiędzy nimi, na powierzchni dwóch kortów tenisowych, dostajemy przegląd prac artysty wokół kilku idei, które wiążą się z wojną. Wszystkim pracom towarzyszy wrażenie półmroku, niedopowiedzenia, raczej gestu i domysłu niż deklaracji. Mimo to półcień daje wrażenie gęstości, która prowadzi do poczucia natłoku. Dopiero jeśli spróbować samemu rozdzielić te idee, pomysły i rytmy – przestrzeń nabiera porządku. Nie jest to łatwa praca, trzeba wykonać ją samemu.
Jeśli myśleliście, że nie da się zrobić z założenia minimalistycznej wystawy, która będzie maksymalistyczna czy wręcz przeładowana, to mylicie się, da się.
Po pierwsze: do sali przechodzi się przez specjalnie wybudowane w środku galerii pomieszczenie – jest to coś w rodzaju śluzy, kantyny, muzeum, izby pamięci. To miejsce kojarzy się ze schronem czy mini-sztabem – z lichym światłem, niskim sufitem i przeniesionymi z prawdziwej izby pamięci brygady Kovacha artefaktami. To na przykład tablica informacyjna z odklejonymi od niej kartkami czy zdjęciami formatu A4, których pozostałości od razu przywodzą funeralny, tragiczny klimat zaginionych portretów. Jest też znana starszym z nas gablota szkolna, w której wisi przepiękny wydruk czarno-białego zdjęcia małej sarny wąchającej ustawione w kozła strzelby; obok – skromnie zawieszony nieśmiertelnik, obok jeszcze dwa żelazne (nie niemieckie, tylko kute w metalu) krzyże, prezentacja możliwego pomnika Hołodomoru (ruszająca się ziemia z powodu zasypanych pod nią śmiertelnie rannych ludzi); w kącie stare biurko i na nim praca video. Na filmie Kovach sprząta boks wielkości pokoju, w którym wystawiona jest ta praca. Używa mopa i ściera ciemny płyn. To krew z trupów żołnierzy z ukraińsko-rosyjskiego frontu. W całym pomieszczeniu słyszymy przyjemną muzyczkę z internetowego radia Paradise. Myślę o tym boksie ciężarówki. Jak widać, i to pewnie sugeruje artysta, white cube niejedno ma imię – a to jest jedno z nich. Ciężarówka, chłodnia – która codziennie do pracy musi wyjechać czysta.
My też opuszczamy pomieszczenie. Podczas oprowadzania Kovach i kurator Paweł Korbus zgodnym głosem mówią, że aby pójść dalej – na prawdziwą wystawę – możemy sami wybrać drzwi, prawe lub lewe, i dopiero wtedy trafić w inną zaplanowaną rzeczywistość, ale – tu uwaga do kuratora – sposób prowadzenia ciała widza przez tę salę jest jednokierunkowy i w zasadzie przechodzimy od razu do drzwi w prawo. W prawo, czyli do raju – w tej części dużej sali dominują zdjęcia z ogrodu botanicznego w Lwowie. Podczas oprowadzania ta sama dwójka, artysta i kurator, proponują jednak inny wybór, jakby bardziej zgodny z przyjętą narracją – przejście przez drzwi na lewo, w kierunku żołnierskiego znoju. Gdzie, aby streścić klimat panujący w tej części sali, wystarczy przytoczyć trawestację obrazu Opałki, tak, tego z liczeniem. W wydaniu Kovacha to licznik ciał.
I tu zresztą – poczynając od wariacji na temat obrazów Opałki – zaczyna się plątanina znaczeń, symboli, gier. Jeśli myśleliście, że nie da się zrobić z założenia minimalistycznej wystawy, która będzie maksymalistyczna czy wręcz przeładowana, to mylicie się, da się.
Jest szkło z szyb, które rozpadły się podczas eksplozji. Szkiełka są obciągnięte skórą – jakby skóra i jej napięcie miało jakoś odbijać, jak w bębnie, tamten dźwięk…
Tuż obok pracy z liczeniem ciał, jest obiekt – lustro z doklejonymi doń liśćmi laurowymi. Liście są niczym innym niż artefaktem z żołnierskiej kuchni, który tutaj staje się symbolem wiadomości dla rodziny o śmierci syna lub męża. O ile rozumiem, w Ukrainie jest powiedzenie, że gdy wyłowi się z zupy liść laurowy, dostanie się wiadomość. Ta poetyka jest konsekwentna i przemawiająca. Pojawi się w postaci książki-wyklejanki z liśćmi laurowymi i jeszcze nieraz wróci, choćby na końcu wystawy, gdy po obejściu całej sali trafimy wśród zdjęć z ogrodu botanicznego na jeden doklejony tam listek laurowy. Wiadomość w Paradise.
Co jeszcze. Mamy tu pęknięte dzwony wypełnione parafiną i postawione na podgrzewaczach. Parafina paruje i wypełnia salę przyjemnym, ciepłym aromatem. Gdzie indziej dzwony stoją na równoważniach i czekają, aż drzewa postawione na tych samych równoważniach z drugiej strony urosną i przez to zaczną ciążyć bardziej i je przeważą. Co znaczy, że znowu zwycięży życie. Tak zresztą rozumiem tę metaforę pękniętego dzwonu. Korpus dzwonu nie wydaje dźwięku i tylko na razie, póki drzewa małe, historia jest o śmierci, pamięci, ale też – przez parafinę (moje skojarzenie) o Beuysie, przez Beuysa jeszcze raz o wojnie w tym samym zakątku świata, toczonej teraz przez kogo innego. Ale metaforę postrzegam jako niejasną.
Kolejny porządek to mantrowanie. Tuż obok pracy na temat Opałki jest miejsce, z którego dobiega głos artysty sylabizującego oznaczenia i numery seryjne broni. Każda litera staje się imieniem, jak przy tradycyjnym podawaniu liter przez telefon, aby ich nie pomylić w szumie generowanym przez odległość. Zimne, ciche zestawienie, które gdzieś w połowie sali znika w kolejnej mantrze z kolejnego wideo. To Kovach wypowiadający do znużenia (nie liczyłem, myślę, że celowo nie ma tam końca) dwa słowa: ja artysta, ja artysta. Wszyscy znamy tę dziecięcą zabawę, słowo ileś razy powtórzone traci sens. Ale jak go w tej sytuacji nie wymawiać?
Jest też inny porządek. Realne frontowe artefakty. Wkładki do butów okazują się wkładkami wyjmowanymi z butów trumiennych, które nie chcą wejść na nogi poległych – więc trzeba je wyjąć. Co z nimi robić? Dać artyście. Jest elegancka ławeczka dla człowieka z obrony przeciwdronowej, którą w chwilach oczekiwania zbił sobie w bardzo prosty sposób. Jest szkło z szyb, które rozpadły się podczas eksplozji. Szkiełka są obciągnięte skórą – jakby skóra i jej napięcie miało jakoś odbijać, jak w bębnie, tamten dźwięk…
Choć wystawa i życie Pavla Kovacha są o wojnie – to dusza szukała w niej swojego miejsca albo próbowała wrócić do pokoju.
Ale jest tu też kilka prac, które albo zostały wykonane przed wojną, albo nie wiążą się z nią ściśle. Pomnik sekundy (wspaniała prostota!) – ot, wycięty w metalu znak graficzny „1 sec.” – dalej trzy sześciany wysokości wzrostu człowieka wypełnione solą, która trawi je od środka (to wielokropek, który kończy znany kawał: „był sobie” – w Ukrainie „Żyd, Polak i Ukrainiec”, w Polsce „Polak, Rusek i Niemiec”). To praca, w której artysta – odwołując się do swojej tradycji – mówi w tonacji Tony’ego Judta. W środku tej historii – rozpoczętej przez kawał – jest przecież Kovach i my wszyscy, którzy nie możemy się z tego kawału uwolnić. Dalej jest belka przywieziona z Użgorodu, przedmiot z dzieciństwa artysty, na której ojciec zaznaczał wzrost swoich synów. Do czego rośli? Dalej widać prześcieradło nasączone parafiną. Artysta powiązał je z historią zakopywania mnichów żywcem, którzy podlegali za życia mumifikacji… A tych obiektów – jak u Tuwima – jest ze czterdzieści.
Nie dziwię się. Kovach jest artystą młodym, sam powiedział, że ma kilka dni przepustki, musi wracać do dziecka, potem na front. Jakby z tym wszystkim chciał zdążyć jeszcze pożyć. Dlatego też trudno nie odnieść wrażenia, że wojna przyniosła obfitość materiału, który porusza podstawową wyobraźnię tego człowieka i nas zarazem, a jednocześnie stawia przed koniecznością znalezienia wyboru, rzeczy podstawowej.
Gdybym miał taką rzecz wybrać, pomyślałbym o samej przestrzeni pomiędzy obiektami. Przestrzeni, która w tym wielkim pomieszaniu każe nam szukać miejsca dla siebie. Trochę jak ten laurowy liść, który we wspólnej wyobraźni widza i artysty leci pomiędzy pracami o ziemi (do ziemi się wraca, ziemi się broni, ziemia się rusza), pomiędzy wyborami, które przychodzą same, jak zawieje wiatr, jak wybuchnie wojna (jak zostaną ustawione za nas drzwi), przestrzeni, która szuka wolności. Tak jakby – choć wystawa i życie Pavla Kovacha są o wojnie – to dusza szukała w niej swojego miejsca albo próbowała wrócić do pokoju. Co zresztą wydarzyło się podczas oprowadzania, kiedy ktoś zapytał, czy geometryczna praca z motywem kiru, żałobnego pasa, to jest inspiracja Malewiczem i jego czarnym kwadratem na białym tle. Kovach odpowiedział, że nie, skądże – to tylko kir. Ale myślę, że artysta bardzo potrzebuje – aby to była sztuka, a nie tylko wojna. Wszyscy tego potrzebujemy. Dobrze, że mamy świadectwo tego momentu, tej sekundy. Ona minie.
Na koniec jedna ważna uwaga. Galerio Labirynt – uważam, że robicie błąd, nie dając opisów prac. Gdybym przypadkiem nie trafił na oprowadzanie, guzik bym zrozumiał i przeżył. Może ta recenzja pomoże przeżyć coś innym.
Wojciech Albiński – Miłośnik sztuki
WięcejPrzypisy
Stopka
- Osoby artystyczne
- Pavlo Kovach
- Wystawa
- Hoc est corpus meum
- Miejsce
- Galeria Labirynt
- Czas trwania
- 20.03–31.05.2026
- Osoba kuratorska
- Paweł Korbus
- Fotografie
- Wojciech Pacewicz
- Strona internetowa
- labirynt.com/2026/03/09/pavlo-kovach-hoc-est-corpus-meum/





