30.10.2014

SZTUKA NA GORĄCO: MILLENIALSI WE WRO

SZTUKA NA GORĄCO: MILLENIALSI WE WRO
Wernisaż wystawy Rysopis, DH Renoma, fot. Marcin Maziej

Wernisaż wystawy Rysopis, DH Renoma, fot. Marcin Maziej

Centrum Sztuki WRO młodnieje. Ten intrygujący proces rewitalizacji odbywa się za sprawą wystawy Rysopis kuszącej publiczność kilkoma nieznanymi nazwiskami i podtytułem zawierającym magiczne hasło „artyści urodzeni w Polsce około 1989 roku”. Sama przemiana WRO też może budzić ciekawość – mi samej do tej pory instytucja ta kojarzyła głównie z przyciężkawymi wystawami sztuki nowych mediów i eksperymentami paranaukowymi. Więcej, po ostatniej wystawie Istvana Kantora doszłam do wniosku, że WRO zaczyna dostawać zadyszki i pogrąża się kryzysie wieku średniego.

Rysopis, WRO Art Center & Griffin Art Space, fot. Marcin Maziej

Rysopis, WRO Art Center & Griffin Art Space, fot. Marcin Maziej

Dyrektor WRO Piotr Krajewski stara się jednak z tym wizerunkiem pogrywać i teraz postawił na młodość. Z tej okazji sam nawet wizualnie odmłodniał i na wernisażu wystawy pojawił się w rurkach i butach New Balance, co wzbudzało niemałe emocje w co poniektórych uczestniczkach wydarzenia. Wystawę zorganizował na wypasie, z atrakcyjną stroną internetową i silną promocją. Również złote wnętrza Domu Handlowego Renoma zdawały się tutaj jakoś pasować – w końcu mamy do czynienia z wystawą typu „young & beautiful”, przy wejściu brakowało tylko czerwonego dywanu. Jednak sama koncepcja wystawy, opierająca się na prezentacji artystów nowego pokolenia, szczególnie innowacyjna nie jest. Jej tytuł nawiązuje do debiutanckiego filmu Jerzego Skolimowskiego z 1964 roku. Jego główny bohater, Andrzej Leszczyc, ma problemy z własną tożsamością – uchyla się przed wejściem w jakąkolwiek rolę społeczną i obowiązkami, jakie z tego tytuły wynikają. Na czwartym roku zostaje wyrzucony ze studiów, ponieważ nie chce odebrać tematu pracy magisterskiej. Aby uniknąć służby wojskowej, zapisuje się za to na studia ichtiologiczne. Nie chce się także ożenić ze swoją dziewczyną, z którą mieszka. Jednak w końcu, zdając sobie sprawę z absurdalności swojej sytuacji, Leszczyc (którego gra Skolimowski) sam staje przed komisją wojskową i domaga się możliwości odbycia pełnej służby. Gdzieś w końcu trzeba nauczyć się prawdziwego życia.

 www.youtube.com/watch?v=psWl51H_W8I

Dla kuratora Rysopisu postawa ukazana w filmie jest znamienna dla pokolenia wychowywanego po transformacji ustrojowej, żyjącego w spokojnych czasach i umiarkowanym dobrobycie. Nie nękani żadnym historycznym imperatywem (wojną, walką z totalitarnym systemem) młodzi mogą skupić się na sobie i swoich problemach. Jednak jakie to są problemy, Krajewski już nie mówi, oddając głos młodzieży, która sama ma podać nam swój rysopis. Dobór artystów nie wydaje się do końca jasny – są tu dwie artystki już dobrze rozpoznane (Irenka Kalicka i Maria Toboła) oraz szereg nieznanych nazwisk. Duża część z nich uczyła się, lub uczy, na ASP w Poznaniu, jest też kilka osób z pracowni Mirosława Bałki. Krajewski, jako pedagog, poznał ich na uczelni, a prace pokazane na wystawie są przynajmniej po części efektem ich współpracy. Sytuacja jest więc prosta – mamy tu dojrzałego mistrza i młodych adeptów, którzy najprawdopodobniej swojej tożsamości dopiero szukają (jeśli założymy, że ich wzorem jest Leszczyc). Brzmi to trochę jak opis typowej pracy studenckiej, której autor nie wie jeszcze czym się interesuje i jaką chce robić sztukę, więc szuka, i to poszukiwanie (problemu tudzież tożsamości) staje się mimochodem tematem jego pracy. Pomysł-wytrych, tak często stosowany przez studentów ASP, że w zasadzie już sztampowy. Z drugiej strony, poprzeczka została zawieszona tutaj wysoko, ponieważ prace pokazywane na wystawie muszą się zmierzyć z genialnym dziełem Skolimowskiego będącym swoją drogą jego debiutem. Zarysowana w filmie postać Leszczyca nic nie straciła na swojej aktualności i może z powodzeniem rywalizować choćby z bohaterkami popularnego teraz serialu Girls. Podczas wernisażu Krajewski entuzjastycznie zapewniał, że w salach galerii doświadczymy podobnego olśnienia.

Ja oczywiście nie oczekiwałam aż takich efektów. Jako wierna fanka pomysłów Leny Dunham miałam jednak nadzieję na kilka prac w podobnym klimacie, pokazujących tę trochę śmieszną, ale czasem przygnębiającą rzeczywistość, w której obraca się pokolenie współczesnych dwudziestoparolatków. Te złudzenia jednak szybko się rozwiały – Rysopis we WRO przypominał nie tyle sumę pokoleniowych doświadczeń, co po prostu wystawę końcoworoczną studentów ASP, którzy bardziej „odrabiają” niż przeżywają jakiś temat i często robią to po prostu dla beki. W szkolnej sytuacji nie jest to nawet złe rozwiązanie i kto wie, może nawet takie prace prezentowały się lepiej niż te wykonywane w stu procentach na serio.

Kamila Wolszczak, Nawarstwianie, Rysopis, WRO Art Center & Griffin Art Space

Kamila Wolszczak, Nawarstwianie, 2014,fot. Marcin Maziej

 Zresztą, samo stwierdzenie czy coś jest zwykłym żartem, czy poważną pracą, było czasami karkołomne. Weźmy na przykład pracę Kamili Wolszczak – szklaną kapsułę, w której można było robić sobie zdjęcie. W środku instalacji zawieszona była taśma klejąca, zbierająca pyłki i brud korzystających z kapsuły widzów. Obiektyw kamery był ustawiony właśnie na tą taśmę, więc zdjęcia wychodziły lekko zamazane. Wraz z zwiększającą się ilością pyłu na taśmie obraz rejestrowany przez kamerę miał stawać się co raz bardziej niewidoczny, i symbolizować przez to – hmmm – upływ czasu, przemijanie i efemeryczność istnienia. Brzmi pompatycznie, tym bardziej że sama instalacja generowała reakcje jakby nieadekwatne do postulowanej tematyki – korzystający z niej goście WRO z reguły robili sobie w niej typowe słit focie, formują usta „na kaczuszkę”.

www.youtube.com/watch?v=YRqyHp_KRvs

Wątpliwości podobnej natury wzbudzały także prace Julii Taszyckiej (rocznik ’92) i Justyny Misiuk (89). Ta pierwsza wykonała film A Very Sad Story, który udostępniła na YouTube. Praca jest inspirowana słynnym filmem Bas Jan Adera I’m Too Sad to Tell You, w którym perfomer płakał do kamery tak rzewnie, że nie był w stanie powiedzieć dlaczego. Niewykluczone jednak, że zatkałoby go, gdyby zobaczył interpretację swojego pomysły w wykonaniu polskiej artystki. Na swoim filmie Taszycka też zanosi się płaczem, ale powód smutku zostaje zdradzony w podkładzie dźwiękowym – otóż chodzi o to, że jej chłopak jest gejem. We wnętrzach WRO Taszycka do swojego filmu dodała jeszcze filmiki wykonane przez internautów, wykonane w odpowiedzi na historię artystki. Jak dowiadujemy się z opisu kuratorskiego, praca Taszyckiej ma demonstrować współczesne problemy (nastolatków, gimnazjalistów?) i sposoby ich rozwiązywania. W tym przypadku sposobem na rozwiązanie problemu z chłopakiem ma być publiczne wyznanie na YouTube, dedykowane internetowemu kolektywowi. Czy jednak zwierzenie w cyberprzestrzeni pomogło artystce? Wydaje mi się, że szybko po publikacji filmu usunęła wszystkie komentarze, jakie pojawiły się pod nim, więc chyba efekt był przeciwny. Sad Story.

Justyna Misiuk, Euforion, Rysopis, WRO Art Center & Griffin Art Space, fot. Mirosław E. Koch

Justyna Misiuk, Euforion, 2014, Rysopis, WRO Art Center & Griffin Art Space, fot. Mirosław E. Koch

Oko kamery prywatnego laptopa stało się także tematem pracy Euforion Justyny Misiuk, która na trzech projektorach przedstawiła relację z domówki. Widok raczej nie jest powalający – kilka osób podryguje, pije piwo, pali, od czasu do czasu ktoś się nachyla nad laptopem by wrzucić nowy kawałek, na koniec artystka myje podłogę po imprezie. Atmosfera jest niemrawa i nijak koresponduje z wybujałą interpretacją artystki, która porównuje zabawę do dionizyjskich misterów, a kamerę – do antycznego bożka Euforiona, który swoim zimnym okiem rejestruje rytuał życia i śmierci. Wszystko dobrze, tylko ta impreza mogłaby być bardziej szalona. No ale czas naprawdę dzikich zabaw, z narkotykami i wolnym seksem chyba już dawno przeminął, potraktujmy więc tą pracę jako świadectwo konserwatywnej obyczajowości współczesnej młodzieży, dla której wypicie piwa równa się orgii. Trochę to nawet smutne.

Maciej Rudzin, Displacement, 2014, dyptyk, fot. Marcin Maziej

Maciej Rudzin, Displacement, 2014, dyptyk, fot. Marcin Maziej

Przestrzenią, w której dochodzi do pewnych eksperymentów z tożsamością, także cielesną, okazuje się nie tyle rzeczywistość fizyczna (ta, jak na wideo Misiuk, jest raczej nudna), lecz cyfrowa. Wskazuje przynajmniej na to dyptyk Macieja Rudzina Displacement, w którym na trójwymiarowy skan ciała mężczyzny artysta nałożył strukturę skóry kobiety, i na odwrót. Powstało z tego troszkę takie estetyczne straszydło z lat 90., które można by zupełnie swobodnie zestawić z pierwszymi pracami Zuzanny Janin, jeszcze z czasów fascynacji artystki grafiką cyfrową. Trochę bardziej dziarsko do tematu podszedł Maciej Olszewski, który we WRO pokazał serię wideo DIY (Destroy It Yourself), wzorowanych na filmach instruktażowych wrzucanych do sieci przez miłośników militariów. Do filmów dołączona była wystawka z niebezpiecznymi gadżetami – podręcznym przybornikiem szaleńca, który w domowym zaciszu przygotowuje się do zbrodni lub zamachu. Wyszła mu więc mocno chłopacka praca kojarząca się z Radkiem Szlagą lub Unabomberem Roberta Kuśmirowskiego – tylko czekać, kiedy Stach Szabłowski przechwyci go do kolejnej swojej blockbusterowej wystawy.

Maciej Olszewski, DIY (Destroy It Yourself), 2014, cykl wideo ujęty w kanał tematyczny, fot. Mirosław E. Koch

Maciej Olszewski, DIY (Destroy It Yourself), 2014, cykl wideo ujęty w kanał tematyczny, fot. Mirosław E. Koch

Obok prac podejmujących wątek rzeczywistości cyfrowej znalazło się oczywiście miejsce dla pomysłów karmiących się melancholijnymi retrospektywami i powrotami do czasów dziecinnych. Tomasz Koszewnik w pracy Lato miłości postanowił odkurzyć stare zdjęcia swoich rodziców z wakacji w latach 80., kiedy to najprawdopodobniej go spłodzili, a Izabela Sitarska nakręciła surrealistyczną etiudę wśród rodzinnych plenerów w Sacinie („owoc synkretycznych przemyśleń nad rzeczywistością lat dziecięcych” – do czego to się u licha sprowadza?). W przypadku Koszewnika można by się zastanawiać, po co tak uporczywie wraca on do przeszłości i czy rozczulająca prezentacja momentu narodzin artysty nie wypada narcystycznie (a pan artysta ma już 28 lat – rocznik ’86 – i to chyba już czas żeby przestać się zachwycać samym faktem że udało mu się wychynąć z łona matki). Dwuznacznie wypada także praca Filipa Ignatowicza, który podjął się heroicznej krytyki konsumpcjonizmu poprzez przemienienie siebie samego w produkt („autor z artysty staje się firmą, brandem, powielanym obliczem”). Wyprodukował w związku z tym zestaw masek, oddających kształt jego twarzy – znalazło się tu miejsce nawet na jego hipsterskie okulary. Niestety, do Andy’ego Warhola ciągle mu daleko i raczej nie przewiduję w najbliższym czasie boomu na wyroby firmy FIGNACY&co. Mniej odważnym, którzy nie zdobyli się na prezentację swojego mniej lub bardziej plastikowego oblicza pozostały gdybania o tożsamości jako takiej, rozumianej bardziej jako abstrakcyjne pojęcie (Marta Hryniuk), lub nawiązujących do tematu wędrówki, rozumianej raczej jako mentalna aktywność możliwa do realizacji na kilku metrach własnego pokoju (Maria Strożek). Młodzi więc poszukują, ale tylko na udomowionym terenie lub we własnej, raczej krótkiej pamięci.

Filip Ignatowicz, Autoportret, 2014, zestaw autoportretów wytworzonych metodami przemysłowymi na różnych nośnikach + wideo, fot. Bartosz Świerszczek

Filip Ignatowicz, Autoportret, 2014, fot. Bartosz Świerszczek

Były jednak we Wrocławiu i takie prace, które prosty motyw „sporządzania własnego rysopisu” starały się zrealizować w sposób mniej oczywisty. Taki był na przykład pomysł Adriana Kolarczyka, który, ubijając młotkiem blachę nałożoną na trójnik, skonstruował dwie rzeźby przypominające popiersia. Pracochłonną rzeźbę można rozumieć jako autoportret artysty, który siłuje się z materią tylko po to, żeby przeistoczyć przedmiot użytkowy w estetyczny, lecz bezużyteczny obiekt – dzieło sztuki. Pomysł Kolarczyka wymagał wysiłku godnego kowala, pewnie też nie małego poświęcenia, ale czai się w nim raczej ironia, zwątpienie w sensowność robienia sztuki. Gest to tyle krotochwilny, co na swój sposób wtórny (ile już na ten temat zostało powiedziane?), choć i tak trzeba docenić głębię tej refleksji. Rówieśniczkę Kolarczyka, Annę Jochymek, raczej nie nurtują takie problemy, grzecznie podąża ścieżką wyznaczoną przez swojego nauczyciela z Pracowni Działań Przestrzennych. Na wystawie pokazała film (nomen omen) Zdobyć przestrzeń!, w którym wypełnia swoje mieszkanie po brzegi kostkami siana – profesorowi Bałce pewnie bardzo spodobał się ten pomysł. Podobne, bałkowskie skojarzenia można mieć w przypadku pracy Nic dodać Marka Deki. Jest to obiekt mechaniczny, złożony z kilku stalowych prostopadłościanów, które razem tworzą plan rodzinnego mieszkania artysty. Jak się dowiedziałam, Deka pochodzi z wielodzietnej rodziny, a poruszające się z różną prędkością bryły mają oddawać energię przepływającą przez jego mieszkanie. Jeśli się jednak nie zna tego kontekstu, praca Deki pozostaje przede wszystkim estetycznym, minimalistycznym obiektem, którego interaktywność budziła żywe zainteresowanie widowni (z zasłyszanych komentarzy: „ojejku, jakie to słodkie”). Trochę jak zabawka.

Anna Jochymek, Zdobyć Przestrzeń, 2014, fot. Bartosz Świerszczek

Anna Jochymek, Zdobyć Przestrzeń!, 2014, fot. Bartosz Świerszczek

Marek Deka, Nic Dodać, 2014, fot. Bartosz Świerszczek

Marek Deka, Nic Dodać, 2014, fot. Bartosz Świerszczek

Zaproszeni do WRO artyści odrobili pracę, którą zadał mi kurator. Ich rysopisy powstały, jednak to, co się z nich wyłania – budzi konsternację. Okazuje się bowiem, że faktycznie, zgodnie z intuicją Krajewskiego, mamy tu do czynienia z grupą Leszczyców – problem w tym że sami artyści chyba nie zdają sobie z tego sprawy. Tworzą szkolne prace, również wzorowane na twórczości profesorów, wzdychają do własnego dzieciństwa, przeżywają nieudane związki i imprezują. Bardziej poważnych problemów, na przykład natury ekonomicznej czy etycznej, nie mają (może po prostu rodzice ciągle solidnie zasilają ich konta, więc pracą i perspektywami na przyszłość nie muszą się martwić?). Słabe pomysły dopompowują słabą, pseudointelektualną, akademicką frazą, co daje razem komiczny efekt. Można by pewnie machnąć na to ręką, gdyby to była wystawa końcoworoczna studentów II roku ASP – ale nie, przecież część z nich jest bliżej trzydziestki niż dwudziestki, więc ten sączący się z prac infantylizm jednak niepokoi. Umówmy się, że mieć około 25 lat to nie jest wcale tak mało, także w wymiarze artystycznym. W tym wieku coś już się powinno rozumieć i wykazywać minimalną samoświadomością. Więcej, jest to wiek kiedy inni patrzą na ciebie i oczekują, że powiesz coś, co jeszcze nie zostało wypowiedziane przez starsze generacje. Niektórzy kuratorzy z pokoleniem 89+ wiążą niemałe nadzieje, czego świadectwem takie programy jak 89plus Simona Castetsa i Hansa Ulricha Obrista. Piotr Krajewski też zainwestował swoją energię w młodych, ale zamiast pokoleniowej manifestacji wyszła z tego żałosna parodia fenomenu. Sytuację chyba najlepiej podsumowuje praca Take Me To Your Dealer Marii Toboły. Próbując zdefiniować swoją tożsamość jako członkini pokolenia po-transformacyjnego, Maria Toboła przedstawiła się jako alien przemierzający Ziemię w poszukiwaniu jointów. Jej praca składała się z filmu i zestawu rysunków twarzy ufoludka z zadowoleniem wypalającego blanta – czyżby był to autoportret artystki? Cokolwiek nie powiedzieć o tej pracy (której autorka po prostu się wykpiła), pewna prawda o pokoleniu millenialsów została tu wypowiedziana. Na tworzenie bardziej inteligentnej sztuki ono nadal nie jest gotowe. Pozostaje zabawa w sztunię.

 vimeo.com/10804764

Na wystawie we Wrocławiu temat młodości zyskał także jeszcze inną realizację dającą wiele myślenia. Oto, oglądając film Pomiędzy Izabeli Sitarskiej, nagle mój wzrok powędrował w kierunku sufitu, gdzie widać było zagadkowe czerwone smugi, jakby bryzgnięcia krwi. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że jest to fragment muralu Istvana Kantora, leciwego dysydenta sztuki, cierpiącego na artystyczne ADHD i permanentne niewyżycie seksualne. Mural przedstawiał roznegliżowaną kobietę z wypiętą pupą, obiekt westchnień artysty. Okazało się, że dyrekcja Domu Handlowego Renoma postanowiła zachować to wiekopomne dzieło – może będzie to zaczątek nowej kolekcji dzieł sztuki we Wrocławiu? Ciekawa historia, a przy okazji czyż nie jest to dowód, że czasami dorastać nie trzeba wcale? Głupota, szczególnie ta podana w płaszczyku satyry, zawsze znajdzie swoich odbiorców i admiratorów.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaKuba Borkowicz, Marek Deka, Marta Hryniuk, Filip Ignatowicz, Anna Jochymek, Irena Kalicka, Adrian Kolarczyk, Tomasz Koszewnik, Agata Kus, Justyna Misiuk, Maciej Olszewski, Maciej Rudzin, Izabela Sitarska, Maria Stożek, Julia Taszycka, Maria Toboła, Marta Węglińska, Kamila Wolszczak
WystawaRysopis. Wystawa artystów urodzonych w Polsce około 1989 roku
MiejsceWRO Art Center, Dom Handlowy Renoma
Czas trwania20.10.-30.11.2014
KuratorPiotr Krajewski
Strona internetowarysopis.wrocenter.pl
Indeks

Zobacz też