13.04.2014

Street art w czasach festiwali. Rozmowa z Mariuszem M-CITY Warasem

Jakub Knera
ASP Hooligans, Gdańsk 2004
Street art w czasach festiwali. Rozmowa z Mariuszem M-CITY Warasem
ASP Hooligans, Gdańsk 2004
Grafficiarze ciągle są postrzegani jako ci źli, a muraliści jako ci dobrzy. Tymczasem murale często bardziej zawłaszczają przestrzeń. Jest ich za dużo w bliskiej od siebie odległości. Również źle się dzieje, jeśli w takich miejscach powstaje praca odcięta od kontekstu i środowiska, w którym się znajduje, a które powinny być jej bazą.

Jakub Knera: Jako współkurator wystawy FALE. Subiektywna historia polskiego strit artu, razem z Ixi Color i Zbiokiem do street artu zaliczacie bardzo dużo aktywności. Poza nurtem artystycznym, przedstawiacie działania opozycji w latach 80., która smarami i farbami pisała na ścianach hasła przeciw władzy; z drugiej strony pokazujecie „twórczość” fanów klubów piłkarskich, często zahaczającą o wandalizm. To trochę prowokujące spojrzenie. Jak szerokie jest pojęcie street artu?

Mariusz M-City Waras: Niektórzy twierdzą, że street art swój zalążek miał w prehistorii, kiedy ludzie używali rąk i prychali farbami na ścianę. Potem o dziwo przez kilka tysięcy lat nic się nie działo. I nagle pojawia się „ruch oporu” w czasie drugiej wojny światowej, a potem po kolejnej, długiej przerwie przyszła pora na napisy wolnościowe. Taka historia oczywiście jest zbyt dużym uproszczeniem. To temat, który trzeba dogłębnie zbadać – ciężko prosto odpowiedzieć na twoje pytanie. Działań z lat 80. użyliśmy w większym stopniu jako inspiracji, nie zaliczałbym tego stricte do street artu, ponieważ było to działanie pozbawione elementu artystycznego.

Była jednak kontestacja, charakterystyczna dla street artu.

Tak, potem stało się to inspiracją dla punkowców i anarchistów. Był też Totart, Pomarańczowa Alternatywa, gdzie artystyczna konwencja zaczęła się pojawiać i coś zaczęło się dziać. Członkowie tych dwóch grup myśleli nie tylko samym przekazem, ale także jego formą. Pojawił się krasnal, jakiś happening, ludzie inaczej angażowali się w takie działania.

Farby Montana, Gdańsk 1999

Farby Montana, Gdańsk 1999

Czy street art ewoluował tak bardzo, że można nazwać go już gatunkiem artystycznym?

W jakimś stopniu. Jednak kluczowy jest sam termin – przez ostatnie kilkanaście lat street art z czegoś niezależnego, undergroundowego, opartego na działaniach wolnościowych, przekształcił się w zjawisko murali i to z nimi kojarzy się ten gatunek. A to przecież nie wszystko. Murale zostały w historii sztuki jasno określone dawno temu. Wystarczy sięgnąć pamięcią do Meksyku, gdzie na początku XX wieku powstały prace José Clemente Orozco czy Diego Rivery, a tego nikt nie nazywa street artem. To co powstaje obecnie, jest kontynuacją ich działań. Dlatego zastanawiam się na ile mural można faktycznie nazwać działaniem streetartowym.

Co więc można nim nazwać?

Street art to przede wszystkim działania oddolne, niezależne, zarówno legalne jak i nielegalne – najważniejsze, że są osobiste i mogą mieć przekaz inny od mainstreamowego. Przyjmuje różne formy – z jednej strony jako street logo, a z drugiej jako bardziej zaangażowane społecznie prace. Ta społeczna odnoga jest obecna w przestrzeniach polskich miast od bardzo dawna, zwłaszcza uwypukliła się w latach 80. oraz na początku 90. w formie napisów politycznych i wolnościowych na murach. Jednak teraz te działania nie są tak bardzo oddolne jak kiedyś. Nawet grupy kibiców coraz częściej zamiast nielegalnych działań, wybierają współpracę z radami osiedli, prosząc o ścianę, na której będą mogli namalować coś związanego z klubem piłkarskim, z którym sympatyzują.

EWC on tour, Barcelona 2000

EWC on tour, Barcelona 2000

Street art zyskał szerokie uznanie, bo to bardzo demokratyczne działanie.

Tak, każdy może to robić. Przez długi czas objawiało się to chociażby przez graffiti, wlepki w autobusach i pociągach, plakaty, fałszywe billboardy – które najpierw odbierano jako reklamy, a dopiero po dłuższej chwili ludzie zaczęli zastanawiać się czy aby na pewno jest to działanie komercyjne. Street art miał duże znaczenie, ale nagle festiwale zaczęły masowo wykorzystywać street art, nabrały medialnej mocy i trochę ten ruch zniszczyły.

Maciek Salamon i Chodziński / projektbastard.blogspot.com / Gdańsk 2009

Maciek Salamon i Chodziński / projektbastard.blogspot.com / Gdańsk 2009

Informacja płynąca z festiwalu jest medialnie mocniejsza.

Festiwale próbują ukazać street art jako coś ładnego i legalnego, w opozycji do wszystkich innych, nielegalnie tworzących artystów. To powoduje zmiany w myśleniu na temat tej dziedziny sztuki wśród odbiorców. Grafficiarze ciągle są postrzegani jako ci źli, a muraliści jako ci dobrzy. Murale często bardziej zawłaszczają przestrzeń. Jest ich za dużo w bliskiej od siebie odległości. Również źle się dzieje, jeśli w takich miejscach powstaje praca odcięta od kontekstu i środowiska, w którym się znajduje, a które powinny być jej bazą.

Co takiego ma w sobie street art, że trafił w obszar zainteresowań galerii sztuki?

Jeszcze do końca nie trafił. Nie ma nobilitacji kolekcjonersko-galeryjnej, prace artystów związanych ze street artem nie cieszą się zbytnią popularnością.

Dlaczego tak się dzieje?

Sami jesteśmy sobie winni – my, którzy malowaliśmy – ponieważ poszliśmy w takim kierunku w naszej twórczości. Gdy zaczynaliśmy, street art stawał się popularny, więc z czasem urzędnicy i kuratorzy zauważyli, że to prężnie rozwijające się zjawisko na Zachodzie jest atrakcyjne, kolorowe i może urozmaicać przestrzeń miejską. W Polsce street art zaczął się popularyzować dzięki niezależnym kanałom, między innymi przez warszawską grupę Vlepvnet, ale też przez jamy, squaty, działania w pustostanach. Z czasem stopniowo pojawiało się coraz więcej propozycji wystaw, a po nich wzrosła liczba cyklicznych festiwali lub okazjonalnych wydarzeń, poświęconych tej sztuce. Obecnie w Polsce jest około dziesięciu tego typu imprez, a rocznie powstaje niemal 100 murali.

Czy więc street art wejdzie do przestrzeni galeryjnych?

Część środowiska streetartowego niespecjalnie chce wylądować w galeriach, a jeżeli już tam trafia to brakuje im tego, czego instytucje kultury oczekują – większej świadomości tego po co i dlaczego się coś robi, a także umiejętności zaprezentowania swojego dorobku. Street art ciągle wydaje się deprecjonowany i traktowany jako zabawa. Festiwale, które się nim posługują, obniżyły jego możliwości połączenia z rynkiem sztuki – kojarzą się z festynami, a to z kolei nie przystaje do poważnie rozumianej twórczości. Mało jest projektów, które powstają jako przemyślane i spójne dzieła – prace w galeriach, w kontekście street artu, w większości nie są dobre ani technicznie ani treściowo. Zyskują, gdy odczytuje się je przez pryzmat kontekstu prac na ulicy, głównie murali. Dla kogoś zainteresowanego sztuką, a nie zaznajomionego ze street artem, nie jest to ciekawe, bo poza ulicą będzie miałkie.

JOE83 & ZBK / Zielona Góra, 2005

JOE83 & ZBK / Zielona Góra, 2005

Jak instytucje wpływają na street art?

Dzięki nim można malować z pełnym zapleczem, na które jest dofinansowanie: na rusztowania, farby, noclegi. Jednak na honorarium dla twórców najczęściej nie starcza, więc ten rynek ciągle się nie profesjonalizuje. Instytucjonalne działania wspierają wielkoformatowe prace – bez nich pewnie nie można byłoby tworzyć tak dużych obrazów. Dlatego malarze wchodzą w takie działania, z czystej pasji. A ze strony urzędniczej są one postrzegane jako tani środek upiększenia miasta. Remont, otynkowanie ściany bądź ocieplenie budynku jest droższe niż powstały na niej przez kilka dni mural. Poza tym urzędnicy zazwyczaj wydają zgodę na malowanie ścian, które nie funkcjonują w atrakcyjnych częściach miast, ale raczej w bocznych przestrzeniach, blokowiskach. Ponadto wśród urzędników nikt nie myśli o przestrzeni szerzej – prace powstają tam, gdzie popadnie, przypadkowo.

Na wystawie proponujecie spojrzenie na środowisko, którego również jesteście częścią.

Mówimy o street arcie przez nasz pryzmat, stąd w tytule pojawiło się słowo „subiektywny”. Dotyczy naszego środowiska, jest o nas, nie prowadzi narracji z punktu widzenia badacza i historyka sztuki, który dochodzi do dalekich i konkretnych wniosków. My jesteśmy przed tym, będziemy te materiały powoli zbierać i prezentować na kolejnych odsłonach wystawy m.in. w Katowicach, Krakowie i Warszawie. Nie wykluczamy, że pewne rzeczy zmodyfikujemy, przez co w każdym mieście wystawa będzie wyglądać inaczej. Całość zwieńczy publikacja, w której wszystkie punkty wystawy zostaną rozszerzone i zaprezentujemy przykłady konkretnych działań, poszczególnych artystów, czego na razie staramy się unikać.

Na wystawie pokazujecie przede wszystkim opatrzone opisami zdjęcia prac lub miejsc.

Doszliśmy do wniosku, że pokazywanie w galerii artefaktów bądź obiektów, tworzonych przez streetartowców mija się z celem. Wszystko na temat street artu można znaleźć w Internecie, jest przemielone po kilkadziesiąt razy, więc staraliśmy się wybrać „dziwne” materiały: czasem są wygrzebane z naszych archiwów, ale zależało nam na tym, żeby to nie były laurki.

ASP Hooligans, Gdańsk 2004

ASP Hooligans, Gdańsk 2004

Bywacie przewrotni, kiedy np. piszecie o komercjalizacji, obrazując ją zdjęciem jednej z waszych prac. Jak postrzegasz komercyjne działania streetartowców w kontekście tej niezależnej działalności?

To już nie jest street art. To wykorzystywanie metki street artu, słowo klucz, które dobrze się sprzedaje, ponieważ jest nieźle wypromowane przez tysiące ludzi malujących i tworzących na ulicy. W kontekście komercyjnym to piękne dwa słowa, stawiające reklamę w niekomercyjnym punkcie. Street art dodaje jej odcień undergroundowy, marketingowo buduje wizerunek firmy jako czegoś niezależnego.

 Ty też angażujesz się w działania komercyjne.

Idą za tym pieniądze, a więc zarobek, ale poza tym pojawia się okazja do realizacji rzeczy, których w inny sposób nie miałbym okazji zrobić np. pomalowanie bolidu F1. Argument o sprzedaniu się jest o tyle błędny, że możliwość utrzymywania się z tego, co tworzysz, wydaje się idealnym rozwiązaniem. To przeciwieństwo sytuacji, w której próbujesz coś robić w czasie wolnym od pracy, a potem pracujesz w miejscu, całkowicie niezwiązanym z twoimi zainteresowaniami. Lepiej zarabiać na tym, co wytwarzasz, to ważne.

 Czy z działań streetartowych można się w Polsce utrzymać?

Oczywiście najbardziej komfortową sytuacją było by sprzedawanie prac czysto artystycznych. Ale z tym jak na razie nie jest najlepiej. Zamówienia prywatne to margines. Najczęściej to jednak korporacje wykorzystują wizerunek artysty – zapraszając konkretną osobę, która ma dość dużą dowolność tworzenia. Są też murale komercyjne i reklamowe: gadżety, słupki, instalacje, gdzie artysta jest tylko rzemieślnikiem anonimowo wykonującym zaplanowane przez agencje działania.

M-city / LotusF1Team, Burn Yard / Budapeszt 2013

M-city / LotusF1Team, Burn Yard / Budapeszt 2013

Street art funkcjonuje też jako narzędzie do realizacji różnego rodzaju działań społecznych.

Dzięki tego typu działaniom warsztatowym, najczęściej z dziećmi, daje się ich uczestnikom niepohamowaną możliwość tworzenia, bez obawy o czystość otoczenia. Mogą się pobrudzić farbą, pochlapać ścianę, to fajnie otwiera głowy uczestników i uczy pracy w grupie. Drugi rodzaj prac to realizacje angażujące się ekologicznie, czasem polityczne, jak w przypadku Tybetu, ale w łatwy i przyswajalny sposób.

W zeszłym roku zrealizowałeś projekt, w ramach którego wykonałeś jedną z elewacji na ulicy Ogarnej na Głównym Mieście w Gdańsku. Celem tego ma być upiększenie tej dzielnicy, chociaż to inny mural od tego, który jest na jednej ze szkół na Dolnym Mieście w Gdańsku.

Ten drugi mural robiłem z dzieciakami z pobliskiej szkoły. To jest ich dzielnica, tam mieszkają i tam się bawią. Więc wszystko jest im bliskie. Miały też bezpośredni wpływ na to co powstało, co wiąże się z tym że go pilnują pomimo, że większość z nich jest już starsza o kilka lat. To bezpośrednia praca z ludźmi – zupełnie inaczej by zareagowali, gdybym pojawił się tam nieoczekiwanie, namalował duży mural i od razu zniknął. Trzeba też pamiętać, że w tego typu miejscach ludzie mają inne potrzeby – bardziej niż malowanie kamienicy, przydałoby się ją wyremontować.

W jakim stopniu street art wpisał się w krajobraz polskich miast?

Tak było zawsze, chociażby w formie murali reklamowych, tworzonych w okresie PRL, ale one w ciągu ostatnich kilkunastu lat poznikały. Państwowi reklamodawcy nie mieli konkurencji na rynku, więc była to trochę sztuka dla sztuki, dobrze zaprojektowane i zrealizowane projekty graficzne. Teraz zmieniła się treść reklam, technologia, urządzenia dzięki którym można je malować. Pojawiły się spraye, podnośniki, rzutniki. Wszystko uległo przeobrażeniu na rzecz bogatej ilustracji, dekoracji, która przyciąga, świeci się i błyszczy. Ale poza nośnikiem, nie ma to wiele wspólnego ze street artem.

Mówicie o „strit-arcie”, sugerując, że „może być nim jednocześnie wszystko i nic”.

Street art ma dużo odłamów, o których na wystawie nie mówimy – gdybyśmy zaczęli wchodzić w poszczególne elementy to byśmy się pogubili, poza tym dla widza nie jest to chyba aż tak ważne: czy jest to narracja czy abstrakcja, czy znaki czy obiekty, billboardy. Doszliśmy do takiego momentu, w którym mianem street artu określa się wszystko. Często dziennikarze żonglują nazwami, żeby nie powtórzyć słowa w artykule: piszą street art, za chwilę graffiti, kolorowy mural, a na końcu malarstwo wielkoformatowe. Fajnie wszystko jakoś uporządkować – liczymy, że nasza wystawa w pewnym stopniu w tym pomoże.

1 aukcja street artu, Dom Aukcyjny Rempex

1 aukcja street artu w Rempexie, Warszawa 2011

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

WystawaFALE. Subiektywna historia polskiego strit artu
MiejscePaństwowa Galeria Sztuki w Spopcie
Czas trwania14.03 - 21.04.2014
Kurator Mariusz 'M-city' Waras, Adam 'Ixi Color' Jastrzębski, Sławek 'Zbiok' Czajkowski
Strona internetowawww.pgs.pl
Indeks

Zobacz też