13.11.2020

Sporo roboty za darmo. Rozmowa z galerią Nagą

Janek Owczarek
Alicja Wróblewska, „Rafa”
Sporo roboty za darmo. Rozmowa z galerią Nagą
Alicja Wróblewska, „Rafa”
Nie spodziewaliśmy, że znajdziemy aż taki odbiór. Robiliśmy to trochę półserio. Była już nazwa i jakieś wstępne plany galeryjne, nawet logo. Nagle w mieszkaniu pojawiły się tłumy osób, potem dostaliśmy się na WGW, a teraz zastanawiamy się jak łączyć prowadzenie i rozwój galerii z własnym rozwojem artystycznym.

W ostatnich latach powstało trochę młodych galerii prowadzonych przez artystów i artystki, jednak żadna skoncentrowana na fotografii. Galeria Naga jest chyba pierwszą tego typu inicjatywą od czasów Czułości.

Tomasz Kawecki: Brakuje galerii, które zajmują się pokazywaniem fotografii po prostu jako fotografii. W Warszawie jest co prawda Fundacja Archeologii Fotografii, Asymetria, Jednostka, Instytut Fotografii Fort czy Leica, ale to zdecydowanie nie są offowe miejsca.

Czym jest ta offowość w waszym przypadku?

Jan Jurczak: Na co dzień jesteśmy zajęci swoimi rzeczami, własnymi działaniami twórczymi czy zarabianiem na siebie. W naszym przypadku prowadzenie galerii nie stanowi działalności, z której moglibyśmy się utrzymywać. Robimy to po prostu dla siebie i chcielibyśmy galerię Nagą traktować jako miejsce offowe. Poza tym ci wszyscy młodzi ludzie, którzy obecnie tworzą dokumenty, fotografię kreacyjną, czy w ogóle posługują się medium fotografii, to często nasze ziomki. Środowisko nie jest duże. Na razie działamy krótko i bez finansowania, jest to trudne. Wydaje mi się ważnym, żeby otwarcie o tym mówić, że to po prostu sporo roboty za darmo. Bez pieniędzy nie da się w Polsce prowadzić oddolnej galerii. Z drugiej strony czuję, że trzeba to robić. My chcemy.

O jakiego rodzaju kosztach mówisz?

JJ: Fotografia jest bardzo kosztowna w produkcji. To jest często problematyczne, bo nie mamy do zaoferowania budżetów produkcyjnych. Nie wynajmujemy też specjalnej przestrzeni pod galerię gdzieś w centrum Warszawy. Za nasze środki jest to nie do opłacenia.

Tylko błąd nas uratuje. Miesiąc Fotografii 2020 Tegoroczną edycję Miesiąca Fotografii w Krakowie recenzuje Michał Dąbrowski CZYTAJ!

Czy w ogóle w czasach totalnego nadmiaru obrazków i zdjęć galeria fotografii ma jakiś sens?

JJ: Pewnie, że tak. Choć mi też czasem wydaje się, że nie ma go w ogóle. Staram się wierzyć, że wszystko, w co włożyło się szczerość i pracę, daje sens. Fotografia to tylko medium. Nie rusza mnie to, że jest często nadużywane. Ważny dla mnie jest ten jej szczery moment. Fotografie to też obiekty. W czasach nadprodukcji obrazu fajnie zatrzymać się przed obiektem, a nie następnym obrazem na ekranie.

TK: Frekwencja osób na organizowanych przez nas wydarzeniach właśnie to pokazuje. Nadmiar obrazków-kwadratów nie odbiera w żaden sposób chęci zobaczenia fotografii na żywo, jeden do jednego. Planowanie wystaw fotograficznych zaczyna też coraz bardziej odbiegać od ich tradycyjnej formy. Coraz częściej jest to planowanie całej przestrzeni i obiektów, budowania całego świata według wizji artysty.

Do tej pory organizowane przez was wystawy odbywały się w różnych miejscach. Chcecie kontynuować taką pop-upową strategię?

TK: Zdecydowanie tak, zamierzamy współpracować z różnymi miejscami. To ciekawe robić za każdym razem wystawę w innym miejscu, a nawet czasami wybierać je specjalnie pod kątem tego, co się chce zaprezentować.

Fotografia jest na tyle młodym medium, że wciąż buduje należne sobie miejsce wśród innych dziedzin sztuki. Wciąż pozostaje jeszcze dużo do zrobienia.

Macie jakieś plany na stałą współpracę z wybranymi artystkami i artystami?

JJ: To trochę zależy od tego, co będziemy mieli im do zaoferowania, ale to ciekawy pomysł.

Sami też jesteście fotografami?

TK: Tak, obydwaj posługujemy tym medium w naszych praktykach artystycznych. Chociaż jako galeria Naga nie chcemy ograniczać się wyłącznie do fotografii. Nie wykluczamy współpracy z twórcami, którzy posługują się innym medium. Takie było nasze początkowe założenie. Poza tym fotografia często jest pomijana i nie traktowana jako dzieło sztuki. Jest raczej odsuwana w stronę dokumentacji, cykli fotograficznych, nie jest traktowana na równi z dziełem sztuki.

JJ: Fotografia jest bardzo ważnym narzędziem, może wspierać przemiany społeczne m.in. obecną rewolucję – Ogólnopolski Strajk Kobiet, jej dokumentacyjna rola jest nie do przecenienia. Uważam też, że to dobre medium do dokumentacji działań artystycznych, sztuka może tylko zyskać wykorzystując ją.

Nie uważacie, że w ciągu ostatnich kilku lat sporo się jednak w tym temacie zmieniło? Przynajmniej w samym świecie sztuki.

JJ: Wydaje mi się, że masz rację. Jak się walczy o siebie i konsekwentnie pracuje, to są tego efekty. Samo medium jest piękne, a artystów i artystek, którzy je wykorzystują, raczej przybywa. Wśród znanych mi polskich artystów i artystek wykorzystujących swobodnie fotografię w swojej praktyce są m.in. Liliana Piskorska, Paweł Błęcki, oczywiście Karol Radziszewski.

TK: Fotografia jest na tyle młodym medium, że wciąż buduje należne sobie miejsce wśród innych dziedzin sztuki. Masz rację mówiąc, że sporo się zmieniło, ale wciąż pozostaje jeszcze dużo do zrobienia.

Alicja Wróblewska, „Rafa”
Alicja Wróblewska, „Rafa”
Alicja Wróblewska, „Rafa”

Opowiedzcie proszę o swoich dotychczasowych realizacjach.

TK: W swojej ostatniej pracy Leże skupiłem się na budowaniu historii wokół konkretnej osoby. Tą osobą jest moja babcia, co w moim przypadku sprawiło że cały projekt poszedł w stronę tematu poszukiwania własnej tożsamości i powrotu do korzeni. A że wielką pasją Krystyny jest zbieranie wszystkiego, co ma związek z lasem – między innymi jest to przynoszenie z lasu wielkich korzeni – to całość szybko zaczęła się łączyć w mojej głowie. W trakcie moich długich rozmów z nią powstała seria portretów. Zamieszkałem w magazynie jej kolekcjonerskich dokonań znajdującym się w leśnej chacie. Stworzyłem również serię działań/performansów związanych z tą kolekcją. Wciąż nad tym pracuję. Wcześniej zajmowałem się architekturą i pracami związanymi z przestrzenią. W ostatnim czasie działam wspólnie ze swoją dziewczyną Aleksandrą Przybysz nad projektem Biodegradowalne. Skończyliśmy właśnie prototyp dla Instytutu Adama Mickiewicza. To jest zupełnie coś innego niż klasyczna fotografia. Całość opiera się na spacerze po wirtualnej przestrzeni stworzonej na podstawie fotografii 360°, który będzie można odbyć za pomocą gogli VR. Dokumentujemy opuszczone miejsca w różnych wsiach rozsianych po Polsce. Wszystko zostało złożone w jeden wielki immersyjny labirynt. Razem z Olą, za pomocą magii sympatycznej węzłów, przysłowiowo egzorcyzmujemy zgromadzoną tam złą energię. Praca jest metaforą pomników, które ludzkość po sobie pozostawia. Obecnie koronawirus trochę przysłonił temat katastrofy ekologicznej, a może odwrotnie? Relacje człowiek-natura, człowiek w przestrzeni są istotne w moich działaniach.

A ty, Janek?

JJ: Tak jak wielu naszych znajomych, aparat miałem od dziecka. Oczywiście nie określałem siebie jako fotografa. Dużo jeździłem po Europie. W wieku 21 lat rozpocząłem trzyletni okres w moim życiu, kiedy odwiedzałem strefę konfliktu we wschodniej Ukrainie. Przywiązałem się szczególnie do jednej społeczności mieszkającej w bloku w miejscowości pod Donieckiem. Na miejscu angażowałem się jako aktywista. Robiłem tam projekt dokumentalny, nie artystyczny. To był dokument w estetyce lampy błyskowej na średnim formacie. Uczestniczyłem wtedy w programie mentorskim Sputnik Photos i to było mocno w estetyce wokół Sputnika. Nie przeszkadzało mi to, dalej lubię tego typu pracę z obrazem, tak to już chyba jest, że czerpie się z mentorów, tak samo jak mentorzy czerpią też w jakiś sposób z nas. Na pewno nie kopiowałem, używałem ich środków wyrazu jako narzędzia.

Skąd to rozróżnienie na dokument i sztukę? Twoje wyjazdy nie miały żadnego artystycznego celu? Zdjęcia powstawały tylko przy okazji?

JJ: Dokumentowanie na początku było głównym celem moich wyjazdów. W trakcie doszedłem do tego, że lepiej się czuję nie ograniczając swojej roli do roli dokumentalisty. Potrzebuję się angażować. To chyba nieodbiegająca od normy reakcja na bliski kontakt z biedą. Wydaje mi się ważnym, żeby robić to w sposób empatyczny i nie wpadać w schematy postkolonialne. Wolę unikać nazywania siebie artystą wizualnym, bo uważam, że trzeba sobie na ten status zapracować, a to wszystko długi proces. Stąd to rozróżnienie, tak pode mnie, nie jestem na pewno od kreślenia granic komukolwiek innemu.

Przede wszystkim chcemy pokazywać fotografię, która powstaje obecnie. Taką, która raczej nigdzie nie jest pokazywana i być może dopiero za jakiś czas znajdzie swoje miejsce.

Co w takim razie robiłeś na miejscu?

JJ: Na początku trochę tam pomieszkiwałem. Moje odwiedziny nigdy nie bywały dłuższe niż dwa tygodnie. Współorganizowałem centrum pomocy, pomagałem w szpitalu i przy dystrybucji pomocy humanitarnej, czasem moim Fiatem Doblo. Chociaż na samym początku jeździłem tam z Polski pociągami. Skupiałem się głównie na byciu z ludźmi, nie tylko na fotograficznym dokumencie. Oczywiście oglądnąłem też seriale po nocach, żeby zabić czas i czytałem książki, nawet nie po to żeby się odciąć, ale tego typu konflikt jest po prostu pełen zastoju i nudy. W końcowych momentach prawie w ogóle nie robiłem zdjęć. Na końcu 2019 roku pojechałem tam z operatorem współpracującym z TVP 1 i dziennikarzem piszącym dla „Gazety Wyborczej”, żeby nagłośnić trzecią z kolei zbiórkę pomocy dla centrum. We wszystkich zbiórkach udało się zebrać ponad 20 tys. złotych i zrobić remont całego piętra bloku, kupić łóżka, wyposażyć łazienki, kuchnie, zrobić remont dachu, zapłacić czynsz, kupić żywność. To jedna z ważniejszych w moim życiu rzeczy, że centrum pomocy w Awdijiwce pod Donieckiem prowadzone przez Elenę Pisarewą działa. Nie ma nazwy. Jest oddolne. Mieszka w nim do 20 osób zabranych z ulicy, samotne matki z dziećmi, ale też często osoby po uzależnieniach. To kupa pracy organizacyjnej i aktywistycznej, a niekoniecznie kreacyjnej, taką pracę też lubię, można jakoś się na niej oprzeć. Chciałbym móc pracować ze społecznościami uchodźczymi tak długo, jak tylko będę mógł.

Od stycznia bieżącego roku jestem w Polsce. Wspólnie z Pamelą Bożek otrzymaliśmy od Krytyki Politycznej Fundusz Solidarnościowy i w jego ramach w czerwcu w Ośrodku dla Cudzoziemców w Łukowie zaczęliśmy realizować projekt Ptaki Polski, planujemy go kontynuować. Prowadzimy działania z czeczeńskimi dziećmi. Chodziliśmy z nimi na wycieczki do lasów i parków przy Ośrodku. Wspólnie budowaliśmy wielkie ptasie gniazda. Pamela wykonała później prototypy ptasich masek dla dzieci, każde dziecko otrzymało też imię ptaka, uczyło się ich zwyczajów. Ja robiłem dzieciom portrety w maskach. Gest zasłonięcia twarzy uwolnił nas od ochrony wizerunku przez Urząd Do Spraw Cudzoziemców. Najważniejsze dla nas w tych działaniach było obcowanie dzieci i nas samych z naturą. W czasie izolacji nie było to oczywiste. Ptaki Polski to też refleksja nad wolnością, istotą granic i przynależnością – identyfikujemy się z istotami, których naturą jest migrowanie.

Czy wasze przywiązanie do określonych stylistyk, poetyk i tradycji fotograficznych znajduje przełożenie na decyzje, z kim chcecie w ramach galerii współpracować?

TK: Przede wszystkim chcemy z Jankiem pokazywać fotografię, która powstaje obecnie, na bieżąco. Taką, która raczej nigdzie nie jest pokazywana i być może dopiero za jakiś czas znajdzie swoje miejsce.

JJ: Na status artysty trzeba długo pracować. To nie jest takie łatwe, by odkrywać złote, nieznane talenty. Ale próbujemy. Swoją drogą praca z artystkami i artystami uczy pokory.

Staracie się być na bieżąco? Dużo czasu poświęcacie na wyszukiwanie interesujących was twórców?

JJ: Staramy się być na bieżąco. Jak wspomniałem duża część polskiego środowiska to nasi znajomi. W czasach instagrama to często niestety constant research po nic. Za dużo odbieramy tych obrazów. Wydaje mi się, że zdrowiej by czasem to odpuścić.

Coraz więcej ludzi fotografuje najbliższą przestrzeń, która ich otacza. Budują rzeczy bardziej indywidualnie, szukają swoich własnych, zupełnie innych i oryginalnych opraw wizualnych i nowego podejścia.

Ile zrealizowaliście do tej pory wystaw? Co planujecie w dalszej kolejności?

JJ: Pokazaliśmy cztery wystawy: na początek Dryf Tomka Kaweckiego. Potem Gatunek: brat. Jak unicestwić? Karoliny Wojtas i Rafę Alicji Wróblewskiej. Ostatnim tego typu wydarzeniem była wystawa Złość piękności szkodzi Weroniki Perłowskiej w ramach WGW. Teraz, z uwagi na sytuację, ciężko myśleć o takich klasycznych prezentacjach. Raczej jest niepewność. Myślę że potrzebujemy kilku miesięcy przerwy. Oczywiście pomijając wydarzenia wirtualne, które zamierzamy zacząć robić.

Tomasz Kawecki, „Dryf”, widok wystawy
Tomasz Kawecki, „Dryf”, widok wystawy
Tomasz Kawecki, „Dryf”, widok wystawy
Tomasz Kawecki, „Dryf”, widok wystawy

To są działania finansowane z grantu ministerstwa dla działań online? Na czym będą polegać?

JJ: Nie. Jak wspomniałem na początku naszej rozmowy – nie mamy żadnego finansowania. Galerię Nagą traktujemy poważnie, dlatego musimy to zmienić. Bez finansowania oczywiście da się zrobić kilka wystaw, ale potem – jeśli nie ma pieniędzy, działalność się kończy. Wyjątkiem może być Kamil Pierwszy prowadzący galerię Serce Człowieka.

TK: Te wydarzenia będą odbywać się na zasadzie wirtualnego spaceru. Przestrzeni którą możemy dopasować do naszych potrzeb. Widz będzie mógł się przejść po takiej galerii, siedząc przed komputerem w domu. A sama przestrzeń nie będzie już uzależniona od konkretnego miejsca. Mam na myśli to, że możesz wtedy być w tym samym czasie w dwóch różnych miejscach fizycznie oddalonych od siebie o kilkadziesiąt, setki czy tysiące kilometrów. To przestaje mieć wtedy znaczenie.

Galeria anarchistyczna. Rozmowa z Kamilem #2 Z Kamilem #2 rozmawia Piotr Policht CZYTAJ!

Zamierzacie w galerii pokazywać również własną twórczość?

JJ: Czemu nie? Chciałbym, ale np. w duecie z Tomkiem, albo łącząc artystów posługujących się różnymi mediami. Lubię ostatnio rzeźbę w połączeniu z fotografią.

TK: Właśnie! Czemu nie? Ostatnio nawet przeczytałem podobny artykuł w jakimś śmiesznym poradniku. Było w nim napisane, że jedną z lepszych opcji dla początkującego artysty jest stworzenie sobie samemu przestrzeni, w której możesz pokazywać swoją twórczość. Według mnie jest to szansa na prezentowanie swoich obecnych działań, a nie dopiero za dziesięć czy dwadzieścia lat kiedy zostaniesz „uznanym artystą” (o ile w ogóle do tego dojdzie). Szczerze zachęcam każdego do podejmowania takich inicjatyw. Moglibyśmy zobaczyć dzięki temu dużo ciekawej i eksperymentalnej sztuki.

Jaki typ fotografii czy estetyk jest wam szczególnie bliski?

JJ: Lubię np. takie dość infantylne, graficzne ingerencje w zdjęcia. Czasami sam podejmuję próby w stylu rysowania na zdjęciach. Cenię m.in. Jima Goldberga. Jim całe swoje życie pracował ze społecznościami wykluczonymi. Jego projekty, m.in. Raised by Wolves, miały później wpływ polityczny, były też partycypacyjne. Jim dużo bazgrze i pisze po fotografiach. Dlatego o nim wspominam w tym kontekście.

TK: Nie mam konkretnego typu fotografii czy estetyki. Bardziej lubię pewną specyficzną wolność i szczerość, jaką daje fotografia. Lub to, że może być narzędziem służącym do zupełnie czegoś innego, a fotografie powstają przy okazji. Kiedyś uwielbiałem takich fotografów jak Dash Snow, Ryan Mcginley, Mary Ellen Mark czy Bruce Gilden. A wraz z okresem dojrzewania i powiększania się mojego kapitału wizualnego zacząłem doceniać innych. Jak na przykład Adam Broomberg i Oliver Chanarin. Obecnie najbardziej inspirujący są znajomi ze szkoły. Z Instytutu Twórczej Fotografii w Opavie.

A przykłady z Polski?

JJ: W Polsce działają fajni twórcy i twórczynie posługujący się medium fotografii – m.in. Ada Zielińska, Łukasz Rusznica, Karolina Wojtas, czy grupa Sputnik Photos, która stworzyła sobie całe zaplecze pod własną działalność. To duży sukces, bo w Polsce nie ma wielu kuratorów, pracujących dla dużych instytucji, wspierających fotografię. Nie czynię zarzutów. Niech każdy robi co chce. Mówię po prostu, jak jest. Obecnie od klasycznej, dokumentalnej fotografii wolę odbierać zdjęcia, które dokumentują działania artystyczne, jak na przykład pokazywany obecnie w Zachęcie Zaduch Joanny Piotrowskiej. Znałem jej prace wcześniej, ale na żywo robią na mnie ogromne wrażenie. O Witku Orskim czy Bowniku rzadko mówi się jako o fotografach. Swobodnie funkcjonują jako artyści wizualni. Uważam, że ta granica jest trudna do przekroczenia. Są też twórcy znani od dawna, działający gdzieś na styku fotografii modowej i sztuk wizualnych, np. Kuba Dąbrowski czy Bartek Wieczorek. Myślę że warto o nich powiedzieć w tym kontekście.

TK: Podpisuję pod tym co powiedział Janek. Dodałbym jeszcze Agnieszkę Sejud, którą pominąłeś. Dzisiaj raczej odchodzi się od klasycznego dokumentu. Coraz więcej ludzi fotografuje najbliższą przestrzeń, która ich otacza. Budują rzeczy bardziej indywidualnie, szukają swoich własnych, zupełnie innych i oryginalnych opraw wizualnych i nowego podejścia. Sporo jest też zabawy z fotografią. W sposób infantylny mówi się o ważnych rzeczach. Można powiedzieć, że Karolina Wojtas, której wystawę Gatunek: brat. Jak unicestwić prezentowaliśmy w naszej galerii, jest pionierką takiej fotografii. Nowe tendencje w fotografii dobrze odzwierciedla ostatnia odsłona sekcji ShowOFF w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie. Wszystko było bardzo indywidualne, mocno przefiltrowane przez estetykę, wizualność i emocje poszczególnych fotografów i fotografek. Bardzo często fotografia zamienia się w emocjonalną, wewnętrzną podróż twórców. Takie są chociażby zdjęcia Dominika Wojciechowskiego, prezentowane na wspomnianej sekcji.

Karolina Wojtas, „Gatunek: brat. Jak unicestwić?”, widok wystawy, fot. Tomek Kawecki / Galeria Naga
Karolina Wojtas, „Gatunek: brat. Jak unicestwić?”, widok wystawy, fot. Tomek Kawecki / Galeria Naga
Karolina Wojtas, „Gatunek: brat. Jak unicestwić?”, widok wystawy, fot. Tomek Kawecki / Galeria Naga

Jaki jest oddźwięk dla działalności galerii Nagiej?

TK: Tak naprawdę to nie spodziewaliśmy się, że wciąż będziemy prowadzić galerię.

JJ: Nie spodziewaliśmy się że na wystawę Karoliny Wojtas przyjdzie tak dużo ludzi – około setka ludzi w mieszkaniu. Staraliśmy się z Karoliną promować jak najlepiej to wydarzenie, ale nie spodziewałem się takich tłumów. W tym roku na Artyście Zawodowcu Joanna Rzepka-Dziecic wspominała, że w kontekście takich oddolnych artist-run space’ów opcją jest albo garaż, albo mieszkanie. My nie posiadamy garażu, dlatego zorganizowaliśmy wystawę we wspólnym mieszkaniu na Marymoncie. Joasia mówiła też, że tego typu inicjatywy najczęściej upadają po roku. Mam nadzieję, że przetrwamy.

TK: Teraz nie mamy nawet takiego mieszkania.

JJ: No tak. Wyprowadziliśmy się. Trochę się pozmieniało. Będziemy poszukiwać innych miejsc, najprawdopodobniej jeszcze jest opcja na studio fotograficzne. Myślę, że to dobra możliwość, jak odzyskamy siły. Na pewno będziemy dalej działać.

TK: W ogóle się nie spodziewaliśmy, że znajdziemy aż taki odbiór. Robiliśmy to trochę półserio. Była już nazwa i jakieś wstępne plany galeryjne, nawet logo. Nagle w mieszkaniu pojawiły się tłumy osób, potem dostaliśmy się na WGW, a teraz zastanawiamy się jak łączyć prowadzenie i rozwój galerii z własnym rozwojem artystycznym.

Weronika Perłowska, „Złość piękności szkodzi”, widok wystawy
Weronika Perłowska, „Złość piękności szkodzi”, widok wystawy
Weronika Perłowska, „Złość piękności szkodzi”, widok wystawy
Weronika Perłowska, „Złość piękności szkodzi”, widok wystawy
Weronika Perłowska, „Złość piękności szkodzi”, widok wystawy

Nie obawiacie się, że w pewnym momencie być może trzeba wybierać? Albo-albo.

JJ: Na pewno tak, ale jesteśmy jeszcze młodzi.

TK: Z pewnością dojdzie do tego momentu. Do tej pory udawało nam się rozwijać obie te rzeczy, często idąc w parze są one zajebistą praktyką artystyczną.

Skąd nazwa galerii?

JJ: Chwytliwe słowo wytrych, łatwe do zapamiętania.

TK: Pozostawiamy do własnej interpretacji.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też