29.04.2022

Niech dominuje forma. „Obrzędy intymności” w OP ENHEIM

Anna Pajęcka
Instalacja Anety Lewandowskiej, „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Wojciech Chrubasik
Niech dominuje forma. „Obrzędy intymności” w OP ENHEIM
Instalacja Anety Lewandowskiej, „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Wojciech Chrubasik
Polityka tożsamości, opowiadana poprzez sztukę jest ważna, tak jak każdy front, na którym otwiera się pole do dyskusji o ekologii lub tolerancji, jednak nie zawsze komunikat wprost, to najbardziej skuteczny komunikat. Etykietki współczesnych „wielkich narracji” zamiast ten komunikat wzmacniać, osłabiają go, nie poszerzając wcale – już i tak bardzo pojemnych – dyskursów.

Pojęcie radykalnej troski – w odpowiedzi na potrzeby środowiska i publiczności – zrobiło szybką karierę w sztuce. Jak jednak radykalna troska jest przez instytucje rozgrywana w praktyce – prześmiewczo pokazał ostatnio Łukasz Twarkowski w spektaklu Rohtko w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Sztuka – od Althamera po Lilianę Zeic – chłonie aktywistyczne porządki, przejmując na siebie obowiązki społeczne. Nic w tym dziwnego, wszak języki sztuki i aktywizmu są sobie bliskie. Chodzi w nich o wytwarzanie, kreowanie, zaklinanie rzeczywistości, czasem testowanie materii, wszystko, co prowadzi do jakiejkolwiek zmiany świata. Podobna problematyka stała się ostatnio kanwą dla wystawy Obrzędy intymności we wrocławskiej galerii OP ENHEIM. Do wystawy zaproszono artystki wyłonione w ramach konkursu OP_YOUNG, uruchomionego przez wrocławską galerię w ramach pandemicznego wsparcia twórców i twórczyń: Anetę Lewandowską, Emilię Marcjasz i Viktorię Tofan. Kuratorka pokazu, Kama Wróbel, zbudowała narrację wokół trzech obszarów: ekologii, (nie)gościnności i tożsamości. Jak opowiadają o nich artystki i czy udało się im wnieść coś nowego do tych już dość wyeksploatowanych dyskursów?

Kto upierze nasze brudy? „Dużo dobre/дуже добре” Moniki Drożyńskiej w Galerii Foksal Vera Zalutskaya komentuje wystawę Moniki Drożyńskiej, poświęconej problemowi migracji i gościnności CZYTAJ!

Aneta Lewandowska buduje instalacje z patyków i liści. Opowiada, że jej sztuka powstała z potrzeby dotykania powierzchni listowia. Widać zresztą, że jej praktyka wywodzi się z dotyku – można zauważyć to u artystek, które mniej zwracają uwagę na znaczeniowość prac, a bardziej na konstrukcję, która kusi materią, aż widz przekracza granicę prowadzącą do nielegalnego dotyku. Szkoda tylko, że najczęściej takie prace stworzone są z kruchej materii, która nie pozwala na wchodzenie w spontaniczne interakcje z pracami – podobna wrażeniowość i niemożliwość spotykają się dla mnie w pracach Marty Krześlak. Działania Lewandowskiej przypominają trochę strategię Joanny Przybyły lub Katarzyny Przezwańskiej, dla których las jest magazynem surowców. Prace Lewandowskiej budzą czułość, na przykład płótno w całości obszyte połączonymi ze sobą nicią liśćmi (dla artystki zszywanie liści to gest z porządku komunikacji międzygatunkowej), z którego wyrastają i zwisają samotne, pokryte farbą patyki. Akrylem pokryte są także gałęzie tworzące podwieszoną pod sufitem instalację imitującą jemiołę albo „łapacze snów”. Gest malowania roślin nie tylko wskazuje na dominację nad materią, w gruncie rzeczy jest wydaniem wyroku na organizm. Problem ten poruszyła Urszula Zajączkowska w krytyce prac Michała Frydrycha, malującego pnie drzew grubą farbą; badaczka pisała wtedy, że „malowanie pniaków nadal żywych drzew jest jak nałożenie na głowę szczelnej foliowej torby”. Lewandowskiej można jednak bronić przed tym argumentem. Artystka wykorzystuje jedynie te fragmenty roślinnych ciał, które, chce się wierzyć, zostały przez rośliny samodzielnie zrzucone (jak robi to Joanna Przybyła, pracująca na konarach, jednak tylko tych, które znajdzie na ziemi). Wtedy ich obróbka staje się unieśmiertelnieniem ciał tych liści lub patyków. Kontakt z instalacją Lewandowskiej, wśród patyków gdzieniegdzie oplatających pomieszczenie albo wychodzących nawet ze ścian, przypomina jednak wyraźnie, gdzie jesteśmy i z jakiego porządku wychodzi gest artystki: sprzeciwu wobec kapitałocenu, traktowania natury, ale jednak drogą estetyki. Praca ta uzmysławia, że niestety, natura nie „sprzeda się” dziś sama.

Widok na prace Anety Lewandowskiej, wystawa „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Wojciech Chrubasik
Aneta Lewandowska, „Berło pustynnego króla wody”, wystawa „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Wojciech Chrubasik
Aneta Lewandowska, „Obiekt VII”, wystawa „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Wojciech Chrubasik
Aneta Lewandowska, „Obiekt II”, wystawa „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Wojciech Chrubasik
Aneta Lewandowska, „Obiekt IV,” wystawa „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Wojciech Chrubasik

Zanurzenie się w sąsiednią instalację Punkt zero Emilii Marcjasz to też przygoda estetyczna, ale innego rodzaju. Artystka, która ma za sobą edukację na kierunku Sztuka i Wzornictwo Szkła na wrocławskiej ASP, oplotła salę galerii grubym sznurem (o długości dwóch kilometrów!), a w środku pomieszczania umieściła wytopioną ze szkła kratę o drobnych okach. Jest jeszcze szklana rzeźba – krzesło zaprojektowane i wypalone na podstawie obrazu krzesła z kuchni prababci, korespondujące z siatką. Sentymentalno-nostalgiczna zasada, definiująca obrzędowość pracy artystki, która na warsztat bierze cykliczności („coś umiera, żeby coś mogło się narodzić”) wydaje się problematyczna, w tym jednak wypadku wymowa instalacji jest drugorzędna. Przede wszystkim osoba patrząca na instalację ma uderzającą świadomość, że obcuje z rzemieślniczką i wykonaną przez nią pracą. Praca rąk – plecenie, konstruowanie, wypalanie, tworzenie węzłów – jest tu szczególnie uwydatniona i budzi zastanawiający szacunek.

Gościnności jest dzisiaj tematem gazetowych jedynek, ale reagując na potrzebę chwili, przemilcza się jednak koszt, jaki ponoszą w tej relacji obie strony, odpowiedzialność udzielających gościny.

Działanie Marcjasz, podobnie zresztą jak Lewandowskiej, przypomina strategię Teresy Tyszkiewicz, pieczołowicie wbijającej szpilki w płótna swoich obrazów. Artystka mówiła wtedy o bólu opuszków palców, w które wbijają się metalowe główki, zmęczeniu rąk przywykłych do wykonywania przez wiele godzin mechanicznych ruchów. Ta cielesność i fizyczne doświadczenie tworzenia (które chyba staje się moim fetyszem, uprawiam go z bezpiecznej pozycji krytyczki, wyłapując i wychwalając zawsze prace konstruowane fizycznie i pieczołowicie) wiążą się – o czym mówiła także Tyszkiewicz – z doświadczeniem kobiecości, wrażliwości ciała i poczuciem bezsilności związanej z fizyczną granicą, której nie da się przekroczyć. W tym sensie Emilia Marcjasz, jako rzemieślniczka, uprawia sztukę, o której trudno napisać krytycznie, a którą w notatkach z wystawy opisałam trzema słowami: „praca, praca, ile to zajęło?” Sprawdziłam później, artystka wyplatała przez cztery dni. Czy za Punktem zero musi kryć się historia? Niekoniecznie. Czasem porzucenie dążenia do wytwarzania opowieści (wbrew umysłowi pragnącemu znaczeń) na rzecz zachwytu nad materią wystarcza.

Współtworząca ekspozycję Viktoria Tofan, trzecia uczestniczka projektu, jest ukraińską artystką mieszkającą we Wrocławiu. Jej projekt znajdujący się na wystawie to przykład jak zmieniający się kontekst zewnętrzny może radykalnie zmieniać wymowę pracy. Hosped hospiti sacer powstało jeszcze przed początkiem pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. Tofan podjęła tematykę gościnności, relacji między gościem a gospodarzem i wytwarzaniem w tej relacji własnej tożsamości, po obu stronach, jak i wytwarzaniem sytuacji, które mogą uruchomić się podczas bycia razem. Jej instalacja złożona jest z rozbitej wazy na żelaznym stelażu – można to uznać za symbol tożsamościowego rozłamu: bycia u siebie i bycia gościem lub gościnią; może to być także symbol także konfliktu.

Viktoria Tofan, „Niszczycie torów”, instalacja, wystawa „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Wojciech Chrubasik
Instalacja Emilii Marcjasz, wystawa „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Jerzy Wypych
Prace Viktorii Tofan, wystawa „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Wojciech Chrubasik
Prace Viktorii Tofan, wystawa „Obrzędy intymności”, OP ENHEIM, fot. Jerzy Wypych

Gościnności jest dzisiaj tematem gazetowych jedynek, ale reagując na potrzebę chwili, przemilcza się jednak koszt, jaki ponoszą w tej relacji obie strony, odpowiedzialność udzielających gościny. Przed agresją Rosji na Ukrainę praca Tofan traktowała o granicach (jej prace wytwarzane są z materiałów kojarzących się z granicami, oddzielaniem), wówczas mocno broniących przed gośćmi. Obecnie gościnność zyskała dla nas zupełnie nowy wymiar, choć ciągle pozostaje wyzwaniem. Miesiąc po agresji, o tym, że gościnność jest jednak trudna, szczerze pisała Joanna Krakowska na łamach „Dwutygodnika”: „Pierwszy raz od pięciu lat kupiłam filety z kurczaka, mam w lodówce wędliny – oto miara mojego dyskomfortu i w sumie jedyny skutek tej wojny dla mnie. Poza tym nic się nie zmieniło, niczego mi nie ubyło, może tylko wiary, że zestaw kultywowanych przekonań jest jeszcze do obrony. Kiedy po całym mieszkaniu rozchodzi się zapach kury gotowanej z główką cebuli – testuję własną gościnność. Kiedy ogarnia mnie irytacja – testuję empatię. Kiedy w duchu odrzucam spontanicznie myśl, że Ukraina powinna się poddać – dotychczasowy światopogląd bierze w łeb. Gdy zastanawiam się, co sama bym zrobiła – pojmuję, że nic o sobie nie wiem”.

Nie cukierkowo-telewizyjną gościnność, ale właśnie tę pełną cieni rysuje Viktoria Tofan. Sama o sobie mówi, że jest przybyszem – jako artystka zajmująca się językiem używa takiego pojęcia świadomie, akcentując potrzebę posługiwania się pojęciami niestygmatyzującymi. Jej praca jest radykalnie inna od dwóch pozostałych na wystawie i chyba, choć nie da się oddzielić jej od tego, co dzieje się wokół, najwięcej w niej intymności. Podobnie jak Ala Savashevich konstruując instalację Las, którą można było oglądać na indywidualnej wystawie artystki na przełomie 2021 i 2022 roku w galerii Arsenał w Białymstoku, tak i Viktoria Tofan w swojej praktyce artystycznej podkreśla brak ukorzenienia, bycia osobą bez stałego miejsca. To, co mnie zastanawia, to kwestia materiałów służących do opowiedzenia o niepewności, które wydają mi się mocne i trwałe. Czerwona haftowana nić, przechodząca przez żelazną blachę; pogięta blacha na stelażu, relief, który z daleka przypomina te Angeliki Markul, jednak z bliska przeraża swoją materią – nie ma w tych pracach nadziei, podobnie jak słowo Gościnność, jak zauważa artystka, dzieli się na Gość i Inność, a więc tylko pozornie jest piękne.

Prace artystek, szczere i mądre, choć przedstawione w kontekście szeroko eksploatowanych w obiegu sztuki pojęć, bez problemu bronią się same. Praktyka trzech twórczyń jest formalnie szalenie ciekawa, można jednak odnieść wrażenie, że kuratorska narracja przykrywa formę, która powinna przyciągać uwagę widza w pierwszej kolejności i równie dobrze stanowić punkt ciężkości ekspozycji. A forma, faktury i materia pracują na tej wystawie wspaniale: pogięta stal, kruche szkło, organiczne liście oraz patyki, zderzają ze sobą jednocześnie słabość i siłę; wpuszczają do galerii zewnętrzne historie, które przynoszą widzki, pozwalając im odbić się w tych pracach. Polityka tożsamości, opowiadana poprzez sztukę jest ważna, tak jak każdy front, na którym otwiera się pole do dyskusji o ekologii lub tolerancji, jednak nie zawsze komunikat wprost, to najbardziej skuteczny komunikat. Kruchość tożsamości u Marcjasz, dziwność obecności leśnej materii w obrazach u Lewandowskiej, w końcu, ciężkość i szorstkość materii u Tofan w kontekście, który szybko ulega przeobrażeniu, doskonale funkcjonują w sferze afektu nie tracąc swoich pojedynczych opowieści. Etykietki współczesnych „wielkich narracji” zamiast ten afekt wzmacniać, osłabiają go, nie poszerzając wcale – już i tak bardzo pojemnych – dyskursów.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Artystka / ArtystaAneta Lewandowska, Emilia Marcjasz, Viktoriia Tofan
WystawaObrzędy intymne
MiejsceOP ENHEIM
Czas trwania 05.04.–08.05.2022
Kuratorka / KuratorKama Wróbel
FotografieJerzy Wypych, Wojciech Chrubasik
Strona internetowaopenheim.org/
Indeks

Zobacz też