01.09.2015

Jak sztuka krytyczna zniszczyła mi życie/ odc. 12: Piętno hańby. 1999

Jak sztuka krytyczna zniszczyła mi życie/ odc. 12: Piętno hańby. 1999
Mam swoją misję niczym Marszałek Piłsudski (rysunek, kredka na papierze, 1999)

Mam swoją misję niczym Marszałek Piłsudski (rysunek, kredka na papierze, 1999)

Budzę się, wstaję na nogi dwie z marszu, to antybiotyków porcje się przetrawiły bądź mobilizacja organizmu do czynów heroicznych się włączyła. Kto wie, czy bohatera nie miałam w rodzinie co na barykady powstańcze szedł listopadowe bądź styczniowe i ten mały gen aktywował mi się w tym momencie, gdy się stania oko w oko z nieznanym oprawcą chwila zbliżała. Pół dnia przede mną wszak. Godzinę na wyjazd z pakunkiem na styk wybiorę kiedy będzie się kończyć 24 h, wtedy możliwość jest babki pozyskania lub oprawców zdemaskowania, w ostatnich minutach. Prysznic zimny biorę, nie za dużo jem, choć to normą mą, by organizm nie rozleniwił się (sprzeczna teoria ta z teorią mojej rodziny o organizmu wychłodzeniu), czujność zachować muszę. Rower przygotować trzeba. Schodzę na parter do ciotki, by pakunki zawczasu do roweru przyczepić, różne rzeczy mogą się wydarzyć niespodziewane, trzeba się przygotować wcześniej. Schodzę do korytarzyka, na lewo kuchnia babki, na prawo przedpokój i ganek, pomiędzy wepchnięty ich pokój małżeński i jeszcze pokoik mały ciotki. W przedpokoju na lustro duże w szafie wpadam i widok mnie zaskakuje, choć mogłam się go spodziewać. Bokiem stoję, obce stworzenie widzę, po chwili przyzwyczajam się i siebię rozpoznaje. Moje obawy potwierdzone. Od leżenia tego ponad dwa tygodnie na przedłużonym zwolnieniu, poduszki dwie na których głowa moja wsparta była, by werniksem damarowym nie zakrztusić się, w konsekwencji czego szyja się odkształciła, łuk, wklęs się od nich zrobił, tak że głowa do przodu znacznie wychylona, szyja wydłużona i jakby ta szyja z głową pod kątem 30 stopni do przodu od ciała się odchylała. Są to takie szoki, które pewnie znacie, kiedy człowiek odzwyczajony od odbicia swego i kiedy już okazja ta nadarza mu się, widzi tam nie młodzieńca do którego był przyzwyczajony, a starego siwego człowieka, co mu liście z głowy wypadają jesienią życia, umknęło mu to gdzieś, że łysy wnet będzie, lada dzień. Nie zastanawiając się, ile mi ten nienaturalny wychył w przód zostanie, postanowiłam do ciotki zajrzeć czy pakunki już spakowane. Te 30 stopni na ten moment wydało mi się wręcz bardzo predysponowane, do aero opływowej sylwetki, gdy na rowerze mknąć będę do lasu 3 kilometry. W reklamówkach z Zodiaka (sklep wielobranżowy na osiedlu) trzech rzeczy popakowane, związane w kokardkę, by nie przyszło im wypaść. W jednej literatura co żądali wraz z krucyfiksami, paciorkami, dewocjonaliami, w drugiej odzienie, w trzeciej higieniczne sprawy i telewizorek obklejony ile się dało folią bąbelkową z VHS przesyłki, ile się dało taśmą papierową, nie był cały zakryty, ale foli na 1/2 starczyło, co prawda wypstrykanej, ale lepszej zdecydowanie od worka z Zodiaka (bądź prześcieradła). Co ludzie w wiosce powiedzieliby, jeśli przypadkiem zobaczyliby mnie na rowerze ze zwitkiem prześcieradłowym. Przez folię bąbelkową widać przynajmniej, że to RTV sprzęt, powozić się można. Podejrzenie mniejsze też, bo Ania S. jechać może trzy kilometry w głąb lasu, potem dwa kilometry w prawo skręt, by w domki jednorodzinne za lasem wjechać i do koleżanki jakiejś udać się, by z nią pooglądać TV, bo tamta TV nie ma, co za samarytański gest ze strony Ani S. Z ciotką więc na pole (nie dwór) wychodzę, by za siodełkiem jakoś na bagażniku, upchać wszystko to. TV na bagażniku, a reszta przywiązana sznurkami do tyłu, zostaje tak, że po kółkach mi dyndać będzie jak krowie dzwonek, wszak nie przewrócę się jakby w szprychy koła worek zaplątał się, mam na dole dwa dodatkowe koła, gdyż z równowagą problem mam, błędny błędnik w wiośnie wieku dziewięciu lat. Przymocowane wszystko jest i z godzin trzy zostało mi do wyjazdu hen w głąb, pod budką strażniczą się ustawić strzelniczą. I nawet strach o potencjalny zamach na życie moje, snajpera co strzelać będzie w serca środek, ulotnił się. Kurtkę przywdzieję białą w pik z niedźwiedzia polarnego z włosiem na kapturze i ten pik odbije kulę, bo w Ameryce robią tak odzież, że kuloodporna jest, bo tam mają na broń pozwolenie i potencjalnie zginąć można na ulicy w każdej chwili, lepiej nosić kuloodporną odzież. W nogę jak dostanę strzał, jakoś wrócę, dojadę, doktor habilitowany i tak odwiedzić mnie miał na koniec zwolnienia siedemnastego dnia, to gangrenę powstrzyma, zaszyje, będzie git. Czekam 2 godziny 45 minut, by 15 minut mieć na dojazd i okupu odstawienie. Jeszcze się żegnam na koniec z rodziną co z pracy i szkoły wraca. Siadam na rower, lekko ściemnia się, bo to nie lato, tylko mroźnych dni continuum i mknę. Kościół mijam pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, choć to nie Częstochowa. W las wjeżdżając, mijam kordon bezdomnych psów i te psy nie wiedząc za bardzo co począć ze sobą i jak żyć, za mną dźwiękiem dzwonu reklamówek z Zodiaka co o szprychy się obijają biegną. Próbuję te psy odstraszyć, robiąc szy-sz-szzzz, bo porywacze pomyśleć mogą, że wzięłam psy ze sobą celowo, a sama winnam być, przez te psy może nie wyjść nic. Szy-sz-szzzz, nic nie robi im, godzę na przygodność losu się, co będzie to będzie. Wjeżdżam w głąb, w mrok, ledwo co widać w tej gęstwinie leśnego igliwia, drzewa tak gęsto okalają wioskę, że nieba nie widać, co dopiero wydostać się stąd. Wygląda to, jakby ten las się zrastał zarastał pochłaniał wszelki byt. Nigdy nie wyjedziesz ty z wioski poza, chwała hosanna, że krajówkę na Ukrainę puścili, co nowe perspektywy daje podróży globalnych. Ciemno tak już, że nic nie widać, a ja lampki rowerowej nie mam, składak to dziadka z wojny jeszcze ostał się i to niewątpliwie teraz wiem, jakiś dobry duch zesłał mi te psy, jak puszki, co za weselnym wozem ciągną się, oczami swoimi światło w ciemności dawały i gdyby nie te psie ślepia nie byłoby nic. Dojeżdżam pod budkę strzelnicy granicę, schodzę z roweru, psy zaganiam, tak żeby podświetliły mi ścieżkę do budki drewnianej, ściągam gabaryty i tam odstawiam, minuty dwie zostały. Obchodzę placyk przystrażniczy, grzebię w chaszczach krzakach rękoma nic, nikt ukryty. Pląsam między igliwiem, konarami, nikogo i psy mi podświetlają, też nikogo, cisza całkowita. Minuta jedna została i pytaniem jest czy czekać, czy odjechać, czy babkę odstawią, lecz w liście o babki odstawieniu nie było nic, o dobrym traktowaniu było i kiedyś o ewentualnym widzeniu z nią. Babki narażać nie chcę, oprawców tez ni widu, ni słychu, czas zawijać się, a tak czy tak, namiary na nich jakieś mam, sensu nie ma sam na sam z nimi, na organy sprzedadzą jeszcze mnie. Chciałabym jedynie pewność mieć, że okup został z miejsca wyznaczonego zabrany, czekać nie mogę, wrócić też za godzin parę, nie wiadomo, czy to za wcześnie czy za późno, lepiej na to miejsce w ogóle nie wracać. Na psy patrzę, bo ze zwierzętami zawsze lepszy kontakt miałam niż z ludźmi, więc gestykuluję i pokazuję im, wydając komendy i instrukcje dodatkowe, żeby poczekały w ustronnym miejscu. Proponuję im igliwia kępkę dziesięć metrów od budki, po czym, aby przybiegły do mnie do domu z informacją zwrotną, że okup odebrany. Poinformować mają mnie machnięciami ogonami, taką komendę wydałam im, a że dużo tych psów bezpańskich, to komunikat jasny będzie, bo nie jeden machać będzie, a parę. Wsiadam na rower więc i mknę do domu z powrotem, powstrzymując się od głowy odwrócenia, co tam dzieje się. Wracam i oznajmiam rodzinie, że okup odwieziony. Nie ma co rozwlekać sprawy, żyć dalej musimy, pracować i edukować, babka bezpieczna gdzieś tam będzie i na info czekać będziem. Za minut dwadzieścia trzy i sekund parę szczekają psy przed wejściem do domu, otwieram, przekręcam Gerdę im i widzę jak wszystkie zgodnie machają ogonami synchronicznie. Dziękuje im i mówię sio, to że pomogły mi nie znaczy, że z bezpańskich pańskie mam zrobić, rzucam im tylko chleba trochę w domu pieczonego bezglutenowego (przed modą na bezgluten u nas piekło pieczywo takie się), przyjmują to jako miły gest i biegną z powrotem wałęsać się w okolicach Matki Boskiej Częstochowskiej. Doktor habilitowany z psami się mija, by odwiedzić mnie, bo wnet na dniach do szkoły wrócić powinnam, zwolnienie kończy się. Na piętro wracamy, w piżamkę przebieram się, by doktor mógł zbadać mnie. Oskrzela Ani już się zregenerowały i cukierków Aniu daję ci pięć, bo grzeczna byłaś – doktor uśmiecha się, lecz myślę, że cukierków pięć dostałam, a nie jak ostatnio trzy, gdyż nie wyplułam mu na twarz werniksu damarowego. Zaskoczyło go to, bo przyzwyczajony mówić zwykł – „Nic nie stało się” – gdy spływa mu maź żywiczna z twarzy. Nic nie powiedziałam mu, rodzina też, o eskapadzie do lasu, no bo po co komu mówić o tej całej sprawie. Doktor habilitowany w wybitnym humorze był i kazań nie prawił, uśmiechał tylko rubasznie się, patrząc po kolei na członków rodziny mej, w milczeniu robił to i miał Poker Face jak Jocker. Wnet pożegnał się, ostatnia to jego wizyta, póki nikt z nas na powrót na zdrowiu nie podupadnie.

 Kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, 1999

Kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, 1999

Zwolnienie skończyło się, czas na powrót do podstawowej szkoły nadszedł. Żaden już adwokat medycyny za mną nie stał, na wolność wyjść musiałam, by deportowaną być do kolejnego więzienia, gdzie piekło jest, więźniowie nieprzychylnie do mnie nastawieni i nadzorca więzienny też. Pertraktowałam z rodzicami, lecz oni powiedzieli, że szkoły w wieku lat dziewięciu rzucić nie mogę, bo czeka mnie bezrobocie, to nie PRL, tylko demokracja i nie ma pracy dla każdego, tylko dla wykształconych jest. Wszystkie szczeble muszę edukacji przejść i starać się, lecz nie powiedziane jest, że pracę i tak czy tak znajdę, ale spróbować muszę szczeble przejść, lecz nic nie zagwarantowane. Do szkoły wrócić muszę, a przesadzam na pewno z nauczycielką w atłasach i żorżecie, że ona męczyła mnie o VHS z babcią biegającą w komorze. Nawet jak słyszała i wspomniała, to zapomniała już i żadnych przykrości w szkole mieć nie będę, bo kolegów mam miłych i koleżanki, nauczyciele też są przyjaźni, przecież krużganek oświaty w końcu niosą. Do szkoły wracam, angielski, polski, matematyka, historia pierwszy dzień. Historii dużo w 1999 roku w szkołach. Edukacja patriotyczna i nie tak jak w latach 2000-ch znosić będą patriotyczne powinności z barków przyszłości narodu tego, tak, że Mickiewicza będą wycofywać ze szkoły, mówiąc, że to był alkoholik, a Kochanowskiemu zarzucać, że mu tematów brakowało i Urszulka z Czarnolasu jest tylko fikcyjną postacią wymyśloną, bo miał inspiracji deficyt, żałoba jego lament był performansem, z którego Treny powstały. Spokój jakiś duży w szkole, tylko mało kto rozmawia ze mną, co normą jest, lecz dziś wyjątkowo przez wydarzeń splot niepokoi to mnie. Siedząc na angielskim, polskim, matematyce, widzę na twarzach rówieśników mych Poker Face jak Joker, jak doktor habilitowany mają te same twarze, jakbym doktorów trzydziestu dwóch + nauczycielka dookoła widziała. Przerwa na kanapkę z pudełka plastikowego piętnastominutowa i szykuję na historię się, jak historię przebrnę, to nic mi nie straszne i przy żadnej burzy życia nie utonę, okręt mój niezatapialny będzie. Dzwonek wybija, jak wyrok, ostateczny sąd, czas do klasy wejść. Siadam tam gdzie miejsce me, w ławce końcowej, wszyscy w dwójkach są pogrupowani, a ja sama tu, przy czym nie jest mi z tą ławką źle. Żorżeta wchodzi, by przy biurku usadowić się. I nic burzy nie zapowiada spokój jest. Trzydzieści sztuki dwie + żorżeta są, dziennik otwiera, lecz nim do listy nazwisk z listy przechodzi, obrusza ją coś.

Budka strzelnicza, 1999

Budka strzelnicza, 1999

Przerwa na kanapę w lesie w czasie misji okupnej,  1999

Przerwa na kanapkę w lesie w czasie misji okupnej, 1999

Wzrok znad dziennika podnosi i unosi go nad głowami mniejszych. Patrząc na jedną głowę uśmiechniętą, bo ta głowa histerycznie telepie się. „Jasiu, z czym ci tak do śmiechu jest? Powiedz nam” – zaciekawiona pani żorżeta Jasia pyta. „Podziel się, bo to ciekawe co tak śmieszy cię, może i nam wesoło będzie” – ciągnie ponaglania swe. „Proszę pani, bo tato mój co doktorem jest habilitowanym przesyłkę dostał dni parę wstecz i kaseta tam była z filmem VHS co babcia Ani S. goła biega i cieszy się w berka gra” – Jasiu odpowiada uradowany. Zalewa mnie pulsującej gorączki nawrót, serca bicie i zejdę tu zaraz na zawał. Znacie to uczucie czegoś czego się usłyszeć nie spodziewało, plus niemiłe to informacje dla nas. Uśmiech stąd doktora habilitowanego Poker Face jak Joker. Wyjaśnia się ten wykwint humorów i Poker Face na twarzach trzydziestu dwóch. „Kto ten film dostał jeszcze z was?” – żorżeta pyta, szereg rąk do góry się wyciąga. „Dobrze, że humory dopisują wam, lecz porozmawiać z rodzicami waszymi o tym muszę, bo to nie dla was rzecz do oglądania” – nauczycielka odpowiada, gdzie ta jej opowiedz satysfakcją jest jakąś ze skarceniem i niepokojem zmieszaną. „Proszę pani niech pani nie mówi, że ja powiedziałem, tata nie wie nic, to przez przypadek widziałem, obiecuję nie wspominać o tym już nic i my wszyscy już nic” – Jasiu przestraszał się, że ściągnął na siebie uwagę i niebezpieczeństwo, na kolegów trzydzieści jeden sztuk też, wszak ci rodzice co anonimy VHS dostali, dzieciom pornografii do oglądania by nie dawali, lecz wiesz czytelniku cóż to dzieckiem być jest, bo sam nim byłeś dawniej bądź bliżej i ten okres nie ominął cię. Wiesz, że dzieci nieświadome są lecz wszystko co ukryte i zatajone przed ich wzrokiem zobaczyć chcą. I jak doktor habilitowany słodko spał z żoną w domu ich, a że doktor to w willi, jedną z nielicznych ma, i Jasiu do salonu wkradł się, gdzie plazma z zagranicy przysłana stała, przez szparę drzwi widział coś ciekawego, co rodzice oglądali i dyskutowali, a miał spać. Kiedy zasnęli już rodzice, wkradł się cichosza w skarpetkach, by nie skrzypieć panelami i do plazmy odtwarzacza dolnego VHS włożył, bo widział, że pod kanapy siedziskami ojciec VHS schował i tak ten wymyk po kryjomu cieszył go, przygodą był jak jedna z wielu przygód co ogląda na DVD, że oglądnął Berka razy pięć, nim położył naprawdę spać się. Choć nie wyspał się, w świetnym humorze był, bo psotę zrobił. Dzieciom tym co nie widziały opowiadał żywo na przerwie z kanapką co tam było. Dzieci co miały kasety rodziców, po kryjomu też oglądały i spektrum wiedzy poszerzyło się. Jasiu i koledzy jego często żartowali: „Wiesz co to kondom?”, pytania zadawali dziewczynkom, a one zdezorientowane nie wiedziały, a kondom im się z kondorem ptakiem kojarzył tylko i zdezorientowane swoją niewiedzą wystraszone z pąsem na twarzy w drugi kąt korytarza na kanapkę uciekały. Chłopcy byli tacy cwani. Spektrum wiedzy poszerzało się, bo nie chodziło tu o porno, po kryjomu oglądanie. Jeśli miał ktoś więcej kanałów niż trzy, z satelity ze świata szły, bo porno to i w filmach romansach czasem jest znaczek czerwony w rogu u góry ekranu, że dzieci oglądać nie mogą. Wtedy ze szpar podglądają, by wiedzę o świecie nabyć, niekoniecznie z doświadczenia jeszcze, lecz obrazkową. Gdy rodzice czasem liberalniejsi, lecz wstydzić się o kopulacji mówić boją, wtedy dziecku wspólnie pozwalają oglądać ze sobą film z żółtym trójkątem w górnym rogu ekranu. Znam i takich rówieśników moich co jak wyrosną, to w wieku 20+ dalej myśleć będą, że z kapusty są znalezieni w polu, bądź że bocian polski ptak narodowy przyniósł ich na świat, a te co mniejsze, że jak Calineczka kwiat. Takie dzieci najbiedniejsze, bo bogobojni wstydliwi rodzice sami oglądając filmy ze znaczkami, dziecku nie pozwalali i nigdy mu nie powiedzieli skąd jest właściwie. Jasiu i chłopcy z klasy mojej szajka dobrze wyedukowani byli, bo i porno podglądali i doktor habilitowany jemu i kolegom jego album biologiczny pokazywał, jak prącia wyglądają, a jak kobiece narządy rozrodcze, raz mu się z ust wyrwało:” Spójrzcie chłopcy tak wygląda prącie u mężczyzny, a u kobiety cip… narządy rozrodcze”. Chłopcy więc dużo wiedzieli, a spektrum ich Berek poszerzył, bo ciała dwa jak to w porno w dziwnych konfiguracjach się nie przyczepiały do siebie i szturchały bądź podskakiwały, lecz tu ciała rozłączne były i biegały. Jasiu pomyślał, że jak dorośli mogą tak się bawić, to dzieci też mogą na golasa w berka grać i dziewczynkom chciał to właśnie po lekcji historii zaproponować, lecz pani żorżety przestraszył się, że podkabluje rodzicom i obiecał, że nie piśnie już ani słowa. „Dobrze dzieci, więc to nie wasza wina, wina babci Ani jest i po części Ani też bo jej rodzina…”. I karcącym spojrzeniem mierzy mnie „Ani rodzina zrobiła to i wstyd teraz na całą wioskę naszą spadł i wszystkich ta sprawa dotyka” – i bezradnie ręce składa, rozkłada nauczycielka jakby naprawdę przykro jej było, kiedy naprawdę jest tak, że cieszy się, że we wiosce tej gdzie nuda, a ona paznokcie maluje w kolorach tęczy, by zabić czas i ojców samotnych do kantorka zaprasza, ona naprawdę w rzeczywistości cieszy się, bo wrażenie ma, że w filmie gra, że uczestniczy w jakichś wydarzeniach co echem się odbijają gdzieś w świecie i podnieca ją to, że częścią większego czegoś może być, niźli tylko nauczycielką, częścią ciała pedagogicznego. „Po lekcji zostań w klasie sama, reszta może iść” – i żorżety wzrok na mnie przenosi nieubłaganie się, ale to już nie ten wzroku ton potulny co na Jasiu skupiał się, lecz wzroku ton nienawistny, jakby grała, że zabić mnie chce, podczas gdy wewnętrznie dziękowała babce mej, że tęczę rozpostarła nad jej nudnym żywotem i że może prawdziwą tęczą cieszyć się, a nie tylko tą tęczą co na dziesięciu paznokciach ma. Do dzwonka minut pięć i lekcja dziś nie przeprowadzona została, bo są sprawy, które dotyczą naszej społeczności, wszystkich was i te sprawy winny być rozwiązane. „Możecie wcześniej minut pięć do domu iść, a Ania zostaje” – znów wzrok jej na mnie jak na koźle ofiarnym kumuluje się. Dzieci nie wychodzą a wybiegają, bo rodzicom nie powie nikt, że Berka po kryjomu oglądały, a karę za wszystko dostanę ja, bo dzieci kiedy mogą unikają kary, a jak kozioł ofiarny znajdzie się co biały jest jak śnieg, to im to nie przeszkadza, bo ktoś kozłem musi być, ważne że nie my. Zostaje sam na sam z żorżetą do dzwonka minut pięć. „Aniu karcić nie będę cię, sama chyba wiesz co babcia twoja zrobiła i jak to na opinie o rodzinie twojej się przekłada, że zhańbiona będzie, a ty z tym musisz żyć. I nie dziw się, że dorośli są na ciebie źli, a dzieci śmieją się, bo dorośli boją o zepsucie swoich dzieci się, a dzieci nie rozumieją i źle zinterpretować wszystko mogą. Poza tym wstyd we wiosce jest, każdy nosi na sobie ten wstyd, za to że wierna jedna z naszego kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej, co tu swoja była i do wspólnoty należała gdzie wszyscy znamy się i sobie ufamy, zdradziła nas i to zaufanie złamała. Wspólnotę opuściła, a wspólnoty nie opuszcza się. Ksiądz proboszcz jest zbulwersowany, szczególnie, że wy naprzeciw kościoła mieszkacie, a jama szatana naprzeciw kościoła stać nie może. On musi przyjść dom wasz wyświęcić, w każdym razie ksiądz proboszcz strapiony jest, że zepsucie jakieś szerzy się przez kasety VHS, a że wszystko to wierna jedna spowodowała haniebnymi czynami swymi. I na koniec powiem ci Aniu, bo taka rzeczywistość jest ty masz dziewięć lat, ale sprawę zdawać sobie musisz, że jak grzech twoja babcia popełniła, ty od grzechu i twoja rodzina wolni nie jesteście, jak my wszyscy przez Ewę, lecz ty masz ten pierwotny i nowy grzech przez babkę dodany i wiedz, że za jej odkupienie i za swoje musisz gorąco modlić się i liczyć na przebaczenie. I nie chcę na zapas niepokoić cię, lecz za lat niecałe sześć bierzmowanie winnaś przyjąć i przez te kontrowersje ksiądz proboszcz, który moim serdecznym przyjacielem jest, powiedział, że nie wiadomo czy dopuści cię nawet za niecałe lat sześć. Dzieci do bierzmowania szereg jest i rodzice mogą zbuntować się, że ty z takiej rodziny co bogobojna była, lecz piętno hańby na niej odbiło się, nie powinnaś być bierzmowana w imię Pana, bo jeśli rodzice siedemdziesięciu dzieci powiedzą nie, to on wykluczyć cię będzie musiał ze stada, taka decyzja wspólnoty jest. Idź więc teraz do domu, przemyśl słowa me, musisz poradzić sobie z tym i wszelkie konsekwencje wziąć, bo odpowiedzialność w tym i twoja jest, bo to babcia twoja” – żegna żorżeta ze mną się po tym kazaniu, co przypuszczam, że układała je całe noce dwie, pisać jej ksiądz proboszcz przyjaciel pomagał i na pamięć uczyła się, a skwitowała to takim uśmiechem, że widać że zadowolona z siebie była, za tą rekolekcję co mi sprawiła. Ekspresowych efektów się spodziewała, marazmu na mej twarzy wyrazu i głębokiego namysłu pokuty nad sobą, tak sprawiło jej satysfakcję to, iż sterować może kimś, a jak z plasteliny Ania okazałaby się i przejęła, na grochu, to znaczy węglu klęczałaby pokutując babki gest. Nie przejęłam wielce się, wciągnęło mnie oglądanie jej fryzury skały, co ni włos tam na wietrze nie ruszał się. Wręcz ucieszyło mnie to z tym bierzmowaniem, nie to by w dziewięcioletnie dziecko wstąpił belzebub, lecz nie lubię publicznych wystąpień, spędów ogromnych grupowych, stresujące to dla mnie jest i dużo roboty, bo zaliczać trzeba jakieś msze i formułki i nad imieniem zastanowić się, co też nie łatwe, bo jak złe imię wybierze się, to już na całe życie w rejestrze zostaje. Dalej na babkę jednak byłam zła, może i bierzmowanie mnie ominie, lecz przede mną lat niecałe sześć do liceum, w tym gimnazjum po drodze, gdzie współegzystowanie z dziećmi tymi czeka mnie, ludźmi w wiosce. Całe sześć lat koszmaru i wykluczenia ze wspólnoty, nawet nie jawnego, ale każdy zna te gesty, niedopowiedzenia wykluczenia, zakulisowo wszystko dzieje się. Więc nie całe sześć lat wprzódy mi zostało i dopiero wtedy perspektywy z wioski wyjechania lat piętnaście będę mieć, wtedy luka się otwiera, bo nie całkiem pełnoletnia będę brakuje + 3, lecz przekonać mogę ojca i matkę, że szkołę wybiorę znamienitą znakomitą, niestety ona oddalona jest stąd hen. Projektami wielkimi żyła więc będę, dopóty dopóki uciec stąd nie zdołam, a jak babka nie wróci do czasu tego i bierzmowanie moje się nie spełni, to zacznę za niecałe lat sześć śledzić, tropić, by znaleźć ją, a poszlaki jakieś są. Zeszycik zapisuję, dziennik, ten który czytacie jest dziennikiem dołączonym do sprawy zapisem poszlak, wręcz policyjnym od ogółu do szczegółu, by nic nie umknęło. Z tworzywa polietylenowego w szczelnych torbach trzymam po paczkach pozostałości listy i archiwa, smar z chodnika przeniesiony do ampułki szklanej, podejrzewam, że to listonosza smar ich wydelegowanego, który go za bramką zostawił w swojej nieuwadze śladów zacierania. VHS też tu mam, wycinki z prasy o Katarzynie K. i Zbigniewie L., nagrania z TVP, a to tylko część. Ze szkoły wracam i rodzicom nic nie mówię o kazaniu, by zawału nie dostali w perspektywie mojego nie bierzmowania. Imię trzecie już mi wybrali Kinga, jak ta woda źródlana, bo w góry często jeździmy, poza tym w Wojniczu królewna została zaręczona z księciem sandomierskim Bolesławem, synem Leszka Białego, a następnie jemu poślubiona według kanonicznej formy sponsalia de futuro. Podobno przyniosła mu w posagu 4 tysiące grzywien, a według podania również sól węgierską, którą zaczęto wówczas w Bochni i Wieliczce wydobywać na większą skalę. Imię więc zaklepane, a że Barbara mam na drugie co górników jest patronką, to niegłupie połączenie węgiel z solą, dobrej śmierci jest patronką (jeśli wie ktoś czym dobra śmierć jest), pracy ciężkiej i orędowniczką w czasie burzy i pożarów. Wiadomo, że dziedziczy się, więc powiązania te tak subtelne i sensowne umysł mój, któremu zagadek kryminalnych rozwiązywanie nie obce jest jak detektyw Monk ślady soli i węgla połączę, by rozwiązanie znaleźć. Umysł ten wiązaniem jest umysłów rodzicieli mych, co jedno wymyśliło mi Barbara, a drugie Kinga, a Anna wspólnie. Niech więc cieszą się, że Anną Barbarą Kingą będę wnet za niecałe lat sześć.

Dziennik, ten który czytacie, obiekt archiwalny

Dziennik, ten który czytacie, obiekt archiwalny

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też