29.02.2016

Dispossession

Dispossession

Kłębek splątanych wątków, wzajemnie się przenikających, tworzących stan nazwany krótko słowem: dispossession, „wydziedziczenie”, „wyzucie”. Takie kłębki – niezbędnych rzeczy, cieplejszych trochę ubrań, najważniejszych pamiątek – wypełniają walizki i tobołki wędrowców. Takie „kłębki” – wspomnień, nawyków, rozpaczliwych usprawiedliwień i niecierpliwych przechwałek – wypełniają nasze tożsamości, które wleczemy za sobą w czasie i przestrzeni. Z jednej strony umożliwiają trwanie, z drugiej – są matecznikiem upiornych myśli, a czasem czynów. Te wątki ożyją w pracach artystów z Ukrainy, Polski i Niemiec; ułożone w przestrzenną kompozycję określoną przez piętrowy układ wnętrz weneckiego Palazzo Donà Brusa. Jeśli poświęcimy im uwagę i czas, możemy je rozwikłać, oddzielić, odnaleźć ukryte linie ludzkich losów. Jeśli poświęcimy…

Czasu nie jest dużo. Pierwsze zdania krótkiej medytacji Oksany Zabużko – przemyślnie wkomponowanej w blat wielkiego, kuchennego stołu – właśnie o tym mówią. Gdy przychodzą ludzie z karabinami i rzucają twardo: „To już nie jest wasz dom”, masz zwykle godzinę, dwie, czas do wieczora, by wrzucić całe życie w walizkę, worek, torbę, by dokonać wyboru, co zabrać… Wybór nigdy nie jest dobry, więc na miejscu pozostaje kęs życia, a „człowieko-drzewo nauczy się nigdy i nigdzie nie zapuszczać głębokich korzeni…”. Oto pierwszy wątek, tu słowu dispossession odpowiada wydziedziczenie jako wypędzenie.

Świadomość wypędzeń nie zawsze była tak powszechna. Od tysięcy lat jedni ludzie wypędzali innych, imperia przesiedlały całe ludy, ale pamięć tych wydarzeń ginęła w studni czasu. Dziś kształtowana jest przez świat mediów, z ich gwałtownością i pozorną bezpośredniością przekazu. Jest więc pokracznym dzieckiem globalizacji. Każde wydarzenie powielone jest po wielokroć, niezależnie od czasu i przestrzeni dociera do nas, nasyca wzrok i wyobraźnię. Przenikanie obrazów – płaczące dzieci, matki z tobołkami, bezradne oczy mężczyzn, i ręce oparte o lufy karabinów – w każdym momencie przypominają nam o tym, że wypędzenie rozgrywa się tuż obok. Ta świadomość jest jednak dwuznaczna. Kto bowiem poświęci siebie, by na okamgnienie zatrzymać się przy losie wyzutych ze wszystkiego?

Obraz krzywdy powielany przez miliony ekranów wpierw pozwala na łatwe wzruszenie, ale powtórzony setny raz wywołuje grymas zniecierpliwienia. Władcy obrazów, wypełniający horyzont naszych spojrzeń, doskonale o tym wiedzą i dozują nam przeżycia; z jednej strony pozwalając na chwile szlachetnego uniesienia, z drugiej – dbając o to, byśmy się nimi nie znudzili – urozmaicają je ikonami naszych pragnień. Programy informacyjne przynoszące nam sceny rozpaczy są przerywane opowieściami reklamodawców sycących nasze żądze. Unieruchomieni zostają uchodźcy, bez szansy na wyrwanie się z obrazów krzywdy. Nieruchomieje też rozum praktyczny, a więc ta część naszego świata wewnętrznego, która jest zdolna wydać sąd moralny.

Ci więc, którzy – jak twórcy wystawy – chcą poruszyć nasz umysł, naszą ludzką zdolność zapytywania o sprawy podstawowe, muszą wybrać inną drogę. Nie wystarczy pokazywać, szokować scenami krzywdy i cierpienia, trzeba dać do myślenia. Łączyć to, co nie do połączenia, wymieniać to, co zapomniane, wyczytywać to, co zatarte. Obrazować niewidzialne.

Świadomość wypędzeń jest jednak dzieckiem globalizacji także w innym sensie. W realnie zagęszczonym świecie wypędzeni mogą przebyć tysiące kilometrów, przekroczyć wszystkie granice i nagle znaleźć się obok nas. Swoją namacalną, rzeczywistą obecnością rozbijając komfort łatwych wzruszeń. Już nieoddzieleni taflą ekranu, ale koczujący na naszych dworcach, w naszych parkach, w wakacyjnych kurortach, dotychczas tak dobrze chronionych morzem i zasiekami. Są tam ze swoim brudem wędrówki i tobołami, a także z nudą swoich domowych opowieści; jak domowe drzwi budujące uchodźczy wagon. Są tam ze swoimi religiami, zapachami kuchni, ale też zapoceniem, wściekłością i zagubieniem.

Globalizacja – a właściwie jej kryzys – obalając zmurszałe dyktatury i zrzucając druty kolczaste z płotów granicznych, przyniosła nam sąsiedztwo, które zwykle przemykało tylko w okamgnieniu programów informacyjnych. W tysiącach postów angielscy turyści skarżyli się na niechcianą obecność wydziedziczonych na swoich ulubionych greckich wyspach. Czuli się wyzuci z tego, co zawsze było ich dziedzictwem; od pokoleń przecież spędzają wakacje na tych wodach, w tych zatoczkach i na plażach.

Oddajmy jeszcze chwilę wypędzonym. Pozbawienie własności. Domu zbudowanego przez ojca albo własnymi rękami, kanap i łóżek, ziemi, drzew owocowych i smaków z tymi owocami związanych. Wszystko to zabrane zostanie w pamięci, zwykle upchnięte w kłębku wspomnień, w głębokich czeluściach (nie)zapomnienia. Latami pozbawione głosu, te wspomnienia rozwinąć się mogą dopiero w czułym medium ludzkiego zapytywania. W przestrzeni Palazzo Donà Brusa, gdzieś w połowie linii wydziedziczenia, wyznaczonej przez uchodźczy samochód i refleksję pisarską, rozmowa z wypędzonymi pokazuje takie powolne rozwijanie kształtów przeszłości. Z ukrytej pamięci wyłaniają się formy. Ręka rysownika, kunszt architekta odwzorowują je skrupulatnie, wyłaniają się w postaci konkretnej, namacalnej, ale ironicznie miniaturowej. Prawo czasowej perspektywy.

Dispossession znaczy też więc wyzucie. Pozbawienie dziedzictwa przebiega czasem w inny sposób, gdy ludzie z karabinami wypędzają nie innych ludzi, ale wypędzają ich kraj, ich symbole i pieśni, ich język. Stają na progu i znad wycelowanej broni pytają: „Jesteś Polakiem czy Ukraińcem? Serbem czy Chorwatem? Włochem czy Niemcem? Zulusem, Khosa? Flamandem, Walonem, Ślązakiem? Sunnitą, Szyitą?”. Tysiące pytań. Zresztą zwykle nie muszą pytać. Od razu wiedzą i tylko określają miejsce, wytyczają na podłodze linię przecinającą pokoje, ulice i domy; jeśli zostaliście po tej stronie, to jesteście… tym, tym i tym. Jesteście unieruchomieni. Nie będziecie już nigdy w ruchu, pomiędzy tym a tamtym, będziecie nami; ci którzy nie zechcą – zaginą bez wieści, a ich imiona będą wracać tylko w pytaniach zadawanych w dawno nieużywanym języku. Maszyna polityki państw zmieniać będzie barwy określające substancję naszej tożsamości.

Wyzucie może być też powolnym wyciekaniem substancji tworzącej „ja”. W zadziwiający sposób ten rodzaj wyzucia towarzyszy nam stale, jesteśmy przecież wyzuwani z siebie przez zbyt ciężką pracę, tę narzuconą nam przez innych albo tę, w którą wprzęgamy się sami. Tak przecież skonstruowaliśmy cywilizację, w której żyjemy. Substancja wycieka jako pot, niechęć, krótki sen, niespłacone pożyczki. Jesteśmy wyzuwani przez przesyt i nadmiar, napierające ze wszystkich stron, rozdzierające naszą uwagę, by sycić zachłanność. Jesteśmy wreszcie wyzuwani przez nieuchronne wydarzenia; jak angielscy turyści, których wyzuto z ich wakacji na Kos.

Tysiące drobnych znaków składających się na tożsamość zaciera się, znika, dotyka ich nieuchronny czas zmiany. Sklep, w którym od dzieciństwa kupowało się gazetę, dziś zamienia się w skład taniej odzieży. Piwiarnia prowadzona przez znajomego nagle staje się „kebabem”. Kwartał starych kamienic, z ich podwórkami i ławeczkami, na których sąsiadki prowadziły pogawędki – zmieciony z powierzchni ziemi przez buldożery. Tworzy miejsce, w którym wyrasta centrum handlowe; kolorowe, sztuczne alejki pełne sklepów, na witrynach zdjęcia anonimowych ludzi o obcych rysach twarzy. Kościoły, w których nie spotyka się krewnych, bo zmieniły się w galerie sztuki. Meczety, tak bardzo inne… Groźne. Czy nie z lęku przed tego rodzaju wyciekaniem tożsamości rodzi się Pegida? Ze strachu przed dniem, w którym patrząc w swoje odbicie w sklepowej szybie, nie zobaczy się już znajomej twarzy? Ale czy tego można uniknąć? Okamgnienia na zdjęciach, tożsamość w strzępach.

Lwów – Wrocław – Drezno. Wrażliwość tych miast wydziedziczeń umieszczona w wiecznej, niezmiennej Wenecji. Niezmiennej? Substancja tego miejsca jest pomału wyciskana, zgniatana przemożną siłą… Wyzuci z odwiecznej weneckości wenecjanie odpływają na stały ląd, wydeptywani przez tysiące nóg przemierzających ich ulice. Przybysze. Tysiące tysięcy. Depcą, śmiecą, pocą się. Oddychają, a dwutlenek węgla przez nich wydychany powoduje, że kamiennym rzeźbom wypływają oczy. To my, turyści; nie z Erytrei, nie z Syrii, nie z Afganistanu.

Dla tożsamości ludów tradycyjnych i ich ojczyzn masowa turystyka jest zabójcza. Wyzuwa z substancji. Bardziej zapewne niż obecność imigrantów zmienia zastany świat. Rozkłada obyczaj i więzi społeczne, mami łatwymi pieniędzmi, niszczy środowisko i krajobraz, dzieci zamienia w żebraków, a dorosłych – w służbę. Podobnie jak uchodźcy, turyści przecież wychodzą z morza. Jedni i drudzy śmiecą, pocą się i oddychają. Czy wyzucie z dziedzictwa, stylu życia, odwiecznych obyczajów mieszkańców starych miast i regionów, wyzucie dokonujące się przez masowy napływ zbyt-bogatych, lecz skąpiących nawet chwili ze swego prawdziwego życia, można porównać do utraty domu? Do zapaści ubogiej dzielnicy, w której osiedlili się obcy? Do utraty języka na skutek przemieszczenia granic?

Pytania takie wiodą ku jeszcze jednemu znaczeniu słowa dispossession. Wypędzenie złych duchów. Czy więc wydziedziczenie może być jednocześnie uwolnieniem od złego? Czy może nadmiar tożsamości, nadmiar pamięci nie może być również przekleństwem, podobnie jak jej brak? Czy niezapomniane krzywdy nie wracają w krzyku zabijanych?

Gęstość świata, w którym żyjemy, jest niebezpieczna. Wywiera presję na naszą tożsamość w każdym możliwym wymiarze. Utrata bezpieczeństwa materialnego, politycznego, kulturowego, zagrożenie tożsamości biologicznej… Każdy człowiek w każdym zakątku świata boryka się z którymś z tych wyzwań. Przynosi to rozpaczliwe odruchy obronne; coraz mniej pewna tożsamość, jak rzadki skarb, prowokuje najróżniejsze gesty. Niewinne, jak rozwój praktyk pamięci – wśród nich mania drzew genealogicznych – albo niebezpieczne – jak egoizm etniczny i amoralny familiaryzm. I najstraszniejsze, wybuchy przemocy, owocujące śmiercią, wyzuciem, wydziedziczeniem.

Więc może paradoksalnie w tym świecie konieczne jest takie praktykowanie tożsamości, które pozwoli nam mądrze uwolnić się od jej nadmiaru, w duchu ostatniego znaczenia słowa dispossession. Pozwoli nam wypędzić upiory.

Tekst pochodzi z katalogu do wystawy „Dispossession” prezentowanej przez Europejską Stolicę Kultury Wrocław 2016 w ramach 56. Międzynarodowego Biennale Sztuki w Wenecji (8.05-22.11.2015). Cała publikacja  dostępna na www.wroclaw2016.pl/dispossession od marca 2016.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaManaf Halbouni, Susanne Keichel, Thomas Kilpper z udziałem Massimo Ricciardo i Holgera Wüsta, Szymon Kobylarz, Dorota Nieznalska, Tomasz Opania, the Open Group, Andriy Sahaydakovskyy, Oksana Zabuzhko
WystawaDispossession
Miejsce56. Międzynarodowe Biennale Sztuki w Wenecji
Czas trwania8.05-22.11.2015
KuratorMichał Bieniek, Małgorzata Miśniakiewicz
Strona internetowawroclaw2016.pl
Indeks

Zobacz też