21.05.2021

Troszkę sobie pospaliśmy. Rozmowa z Bogną Burską

Jakub Knera
Performance Bio Queen Lizzy Strata, „Metropolitanka”, 2019, fot. Olga Burczyk/Paweł Kasprzak
Troszkę sobie pospaliśmy. Rozmowa z Bogną Burską
Performance Bio Queen Lizzy Strata, „Metropolitanka”, 2019, fot. Olga Burczyk/Paweł Kasprzak
Słowo feminizm zrobiło w języku polskim fatalną karierę. Ale od trzech czy czterech lat nie muszę się już specjalnie męczyć. Młodzi ludzie są bardzo społecznie i politycznie świadomi, znają język, w którym mogą o tym mówić, mają narzędzia. Czarny protest zmienił powszechną świadomość.

Jakub Knera: Projekt Metropolitanka, który prowadzisz w I Pracowni Intermediów Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, funkcjonuje już niemal dekadę. Skąd się wziął?

Bogna Burska: Próbowałam sprawdzić ostatnio od kiedy robię ten projekt, wyszło mi, że od 2012 roku. Zostałam zaproszona przez Anię Miler do grupy herstorycznej Metropolitanka, która miała zajmować się rolą kobiet w trójmiejskiej metropolii. Pomyślałam, że to dobry projekt również dla studentek i studentów, więc włączyłam go w zajęcia. Najpierw odbywał się w ramach zajęć bloku podstaw, który prowadziłam. Teraz ja, Honorata Martin i Anka Leśniak prowadzimy pracownie dyplomujące licencjat, dziewczyny lubią ten projekt, więc uznałam, że nasze trzy pracownie mogą go robić wspólnie.

Jaki miałaś na te zajęcia pomysł?

Herstoria przeniesiona w obszar wizualny to po prostu poszukiwania w obszarze artystycznych projektów feministycznych, z tym, że teraz coraz ważniejsza jest perspektywa niebinarna. Ale Metropolitanka miała być czymś więcej: to projekt społeczny. Nie chodzi tylko o sztukę – w przestrzeni społecznej mają się również pojawić czytelne komunikaty, dlatego częścią zadania jest również zaprojektowanie plakatu, a ostatnio też – z inicjatywy Maćka Salamona – wlepki.

Herstoryczki z Instytutu Kultury Miejskiej i z grupy herstorycznej – Anna Urbańczyk, Anna Miler i Barbara Borowiak – wspierały nas warsztatami antydyskryminacyjnymi czy wykładami, np. o herstorii stoczni i matkach chrzestnych statków.

Fajne było to, że te zajęcia zawsze miały część interaktywną, dotyczącą na przykład równościowego języka czy stereotypów.

Projekt szybko wyszedł poza mury uczelni w formie wystaw.

Taki był pomysł od początku, pracujemy w ramach zajęć, ale wystawa jest na zewnątrz. Na początku pokazywaliśmy prace w sieni Instytutu Kultury Miejskiej, potem – dzięki pomocy Joli Woszczenko i Jadwigi Charzyńskiej – w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia na Dolnym Mieście. Mogliśmy korzystać tam ze sprzętu i wsparcia technicznego. Później nastąpiła izolacja – przesuwaliśmy wystawę trzykrotnie, aż zdecydowaliśmy się zaprezentować prace online.

Młodzi ludzie są bardzo społecznie i politycznie świadomi, znają język, w którym mogą o tym mówić, mają narzędzia. Czarny protest zmienił powszechną świadomość, czuję się tak, jakbym zaczynała pracę w 3/4 semestru (śmiech). Bywa też, że to moje studentki i studenci edukują mnie, bo z czymś nie nadążam.

Z jednej strony to ograniczenie możliwości, z drugiej wystawa zyskała większą nośność.

Do tej pory nie myślałam o szerszej promocji Metropolitanki, takiej wykraczającej poza zaproszenie publiczności. Jeśli dużo pracujesz, czy na uczelni, czy robiąc własne rzeczy, często już nie masz czasu myśleć o promocji. Ale moja niezastąpiona doktorantka Joanna Rzepka-Dziedzic, która od lat współprowadzi z Łukaszem Dziedzicem Galerię Szara, stwierdziła, że trzeba zrobić press-pack, powiedziała studentkom i studentom jak, posłała go w świat i to dzięki niej teraz rozmawiamy.

Ta rozmowa to też kwestia formuły online, każdy może obejrzeć wystawę. To smutek robić w sieci wystawę po takim czasie izolacji – wszystkim nam brakuje realu – ale z drugiej strony jest to promocyjnie nośne. Planujemy zostawić stronę www.metropolitanka.pl, uzupełnić o nową edycję jesienią i z czasem o archiwum poprzednich. Przy okazji dziękujemy Łukaszowi Dziedzicowi za bardzo szybkie stworzenie naszej strony.

Wróćmy do tematu Metropolitanki i perspektywy kobiet. Ta narracja ma ogromny potencjał, co pokazują chociażby ostatnie miesiące w Polsce. Nie tylko artystyczny, ale i społeczny. Świadomość na temat feminatywów, obecności głosu kobiet w przestrzeni miasta, ale też narracji kobiecych, zakorzenionych w przestrzeniach miast wzrasta, ale wydaje się wciąż mała?

Kiedyś, wprowadzając w tak bardzo feministyczny temat jak opowiadanie z perspektywy niedominującej narracji – kobiecej, ale też niebinarnej – musiałam się nieźle napracować, żeby studentki i studenci w ogóle chcieli o tym normalnie gadać. Słowo feminizm zrobiło w języku polskim fatalną karierę. Ale od trzech czy czterech lat nie muszę się już specjalnie męczyć. Młodzi ludzie są bardzo społecznie i politycznie świadomi, znają język, w którym mogą o tym mówić, mają narzędzia. Czarny protest zmienił powszechną świadomość, czuję się tak, jakbym zaczynała pracę w 3/4 semestru (śmiech). Bywa też, że to moje studentki i studenci edukują mnie, bo z czymś nie nadążam. Teraz skupiamy się na poszerzaniu wiedzy i budowaniu jak najlepszych projektów.

Gabriela Sołtysiak, „Bez tytułu”, fotoobiekt
Michalina Chwalisz, „K. Switzer”, video, obiekt, koszulka sportowa
Emilia Rodziewicz, „Metropolitanka”, kadr z video

Czy to dla studentów istotny temat?

Myślę, że tak, choć dziewięć lat temu to ja byłam przekonana, że to bardzo ważny temat. Studentki i studenci nie byli pewni, czy chcą o tym rozmawiać, choć oczywiście poszczególne osoby były na to gotowe. Takie wstydliwe sprawy, płeć, gender, normy, seksualność, nie mówiąc już o słowie na F. Szkoły artystyczne są zmaskulinizowane, wystarczy tu przypomnieć raport Fundacji Kozyry „Marne szanse na awanse”. Proporcje w kadrze mamy najmniej korzystne, podobnie jest tylko na Akademii Teologii Katolickiej [dawna nazwa Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie – przyp. red] (śmiech). Tyle, że u nas studiują głównie studentki. Co czyni tę sytuację nieco chorą, żeby nie powiedzieć perwersyjną. Dla mnie ten projekt miał być też szczepionką dla nich, pomyślałam, że jeśli przez semestr będziemy gadać o kulturowej konstrukcji płci, to może studentom będzie łatwiej potem się przeciwstawiać opresji, zawsze to pół roku do przodu. Kiedy ja studiowałam na ASP w Warszawie musiałyśmy wysłuchiwać naprawdę niebywałych rzeczy, zaczynając od: „Ty i tak zajdziesz w ciążę i nic z ciebie nie będzie”. W żadnej szkole nie było lepiej.

Ale muszę dodać, że pracuję w miejscu wyjątkowym w skali Polski – na Kierunku Intermedia i szerzej na Wydziale Rzeźby i Intermediów ASP w Gdańsku, gdzie mniej więcej połowa pracujących to kobiety, to złota proporcja. Może dlatego Metropolitanka dzieje się właśnie tutaj.

Patriarchat i wszelkie formy ukrytych relacji władzy płyną nam w żyłach, mnie, tobie, nam wszystkim. Większość tych i innych hierarchicznych norm wciąż pozostaje dla nas przezroczysta, z czasem, powoli odsłaniają nam się jej następne formy, które dotychczas były dla nas niezauważalne.

Będą kolejne edycje?

Zawsze wydawało mi się, że warto prowadzić projekty, które mówią o czymś ważnym, co nie jest jeszcze bardzo obecne. Od 11 lat prowadzę zajęcia, które skupiają się na percepcji zmysłowej i perspektywie osób z niepełnosprawnością i choć już więcej się o tym mówi, to ciągle jednak bardzo mało.

Natomiast zastanawiałam się ostatnio, czy to nie czas, by Metropolitankę zamknąć i podjąć inny temat, wykorzystując tę samą formułę. Większa świadomość feministyczna wynika przecież z silniejszej opresji, polska polityka dokręca nam śrubę bezustannie i ciśnienie rośnie. Wiele studentek i studentów robi prace na ten temat na równoległych zajęciach. To coraz gorętszy czas. A oni nie są jeszcze zmęczeni, póki co są coraz bardziej wkurzeni. Mają w końcu 20 lat! A Metropolitanka już nie przeciera szlaków, bo stała się na maksa aktualna.

„Metropolitanka vol.8” Dokumentacja wystawy „Metropolitanka vol. 8” CZYTAJ!

To w sumie bardzo trudne pytanie – długofalowe projekty mają dużo większy wpływ na rzeczywistość i pozwalają skumulować wiedzę. Z drugiej strony robienie czegoś przez dekadę może pozbawić umysł świeżości, delikatnie mówiąc (śmiech). Teraz nowością jest to, że robimy go we trzy – z Honoratą i Anką, pracując z tym samym rokiem w trzech osobnych pracowniach. Zofia Dworakowska i Joanna Kubicka ze Sztuk Społecznych, nowych studiów praktyczno-teoretycznych w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zaprosiły mnie do poprowadzenia zajęć o tekście przestrzennym i tekście w przestrzeni, ale ostatecznie na razie pracowałam ze studentkami i studentami nad wizualnymi herstoriami. To sygnał, że takie zajęcia są potrzebne. Pierwsza edycja miała swój finał w lokalu_30 w marcu 2020 roku, dzięki uprzejmości Agnieszki Rayzacher, i było to naprawdę niezwykle udane otwarcie. Pracę nad następną zaczynamy w październiku. To oczywiście zajęcia, dla których bazą są doświadczenia z Metropolitanki.

Bartosz Olszewski, „Tindart”, wystawa „Herstorie”, lokal_30 w Warszawie, fot. Helena Majewska
Bartosz Olszewski, „Tindart”, wystawa „Herstorie”, lokal_30 w Warszawie, fot. Helena Majewska
Ada Tymińska, „Praca domowa, wystawa „Herstorie”, lokal_30 w Warszawie, fot. Helena Majewska

Może ten projekt będzie można zamknąć wtedy, kiedy to, o czym mówi, będzie w naszym społeczeństwie całkowicie oczywiste?

O, to daję Metropolitance jeszcze jakiejś 200-300 edycji! Patriarchat i wszelkie formy ukrytych relacji władzy płyną nam w żyłach, mnie, tobie, nam wszystkim. Większość tych i innych hierarchicznych norm wciąż pozostaje dla nas przezroczysta, z czasem, powoli odsłaniają nam się jej następne formy, które dotychczas były dla nas niezauważalne. Ostatnio sama się złapałam na dyskryminowaniu w myślach moich studentek – ktoś poprosił o polecenie studenta do jakiegoś zlecenia. I zastanawiałam się, kto by to mógł być, mieląc w myślach moich studentów i ostatnich absolwentów, których jest raptem kilku. W zapętleniu uświadomiłam sobie, że myślę tylko o studentach, podczas gdy to studentek i absolwentek mam kilkakrotnie więcej. Ja, profesora i feministka, która prowadzi projekt herstoryczny od prawie dekady. Tak działa język polski, liczba mnoga męskoosobowa i niemęskoosobowa czy domyślna męska liczba pojedyncza, nic dziwnego, że nam tak to słabo wszystko idzie.

Myśląc o tak długofalowym projekcie pojawia się pytanie, czy powinnyśmy szukać oryginalnych tematów, być pionierkami, przecierać szlaki. Czy też liczy się wytrwałość i konsekwencja, bo sytuacja polityczna się systematycznie pogarsza, a tylko długofalowymi działaniami można zaznaczyć jakąkolwiek zmianę. Umówiliśmy się, że w kulturze ceni się oryginalność i pierwszeństwo, mogę teraz nawet się chwalić, że jako dydaktyczka ten projekt robię już od 9 lat (śmiech), a ten drugi 11, no ale czy nowatorstwo zawsze jest wartością?

W tym przypadku wartością wydaje się konsekwencja w działaniu.

Osiem czy dziewięć lat temu studentkom i studentom wydawało się dość powszechnie, że wszystko jest już dawno załatwione. I że o co ja pytam. W kraju, gdzie były dopuszczalne tylko trzy sytuacje, w których aborcja jest legalna, większość uważała, że mają wszelkie prawa. A przecież przed Czarnym Protestem nie było ok, było naprawdę źle. Pamiętam moje studentki i studentów w tamtym momencie, którzy mówili, że oni naprawdę zawsze myśleli, że świat jest ok i już taki w naturalny sposób pozostanie. Teraz czują się z tym trochę głupio.

Performance Bio Queen Lizzy Strata, „Metropolitanka”, 2019, fot. Olga Burczyk/Paweł Kasprzak
Performance Bio Queen Lizzy Strata, „Metropolitanka”, 2019; na zdjęciu od lewej: Kamil Kak i Bio Queen Lizzy Strata, fot. Olga Burczyk/Paweł Kasprzak

Może sytuacja skrajnego zawłaszczania praw, jak robi to obecna władza, bardziej zwróciła na to uwagę?

Myślę, że doszło do oczywistego przejaskrawienia. Pamiętam, że gdy wprowadzano „kompromis aborcyjny” będący de facto zakazem aborcji, w latach 90. studiowałam na ASP w Warszawie, a demonstracje pro-life blokowały mi przejście na uczelnię na Krakowskim Przedmieściu. My rozmawiamy o pracy z ludźmi, którzy wtedy się jeszcze nie urodzili albo dopiero co urodzili, więc wychowani w takiej rzeczywistości uważali jeszcze niedawno, że jest w miarę normalnie.

Ostatnie lata zmieniają narrację na temat mówienia o prawach kobiet i „kompromisie aborcyjnym”.

Moi studenci i studentki to osoby, które wyrosły w świecie, który nie potrafił mówić o równouprawnieniu we współczesnym sensie. Prawie wszyscy uważali za oczywistość, że są równouprawnieni, a starsze pokolenie podlewało to sosem w stylu: „powoli jest coraz lepiej: weszliśmy do Unii, mamy wysoki wzrost gospodarczy, będzie jeszcze lepiej. Może przegapiliśmy transformację i jej ofiary, ale przecież już o tym mówimy!” Sytuacja jednak nie była dobra, w bardzo wielu sprawach było naprawdę słabo, choć teraz jest jeszcze gorzej. Tyle, że pokolenie, które teraz studiuje, dopiero wchodzi w świat, który będzie im coś zabierał, uniemożliwiał albo stawiał granice. To czas wchodzenia w myślenie o tym, jak jest skonstruowana rzeczywistość.

My już wiemy, że troszkę sobie pospaliśmy – bo gdybyśmy byli bardziej czujni, to dziś może byłoby rzeczywiście trochę lepiej.

Zaplanowałyśmy międzypracowniany projekt skupiony na uczeniu studentek i studentów pracy w grupie przy wsparciu profesjonalistów – psychologa i psycholożki Akademii Psychologii Głębokiego Dialogu, tyle się mówi teraz o kolektywach, ale nikt nie uczy tych konkretnych umiejętności. Studenci i studentki zazwyczaj nie są do tego w ogóle przygotowani, a tych narzędzi powinno się uczyć już w podstawówce.

Jak widzisz na tle tego, o czym mówisz, rolę uczelni i akademii? W tym przypadku to nie tylko nauka rzemiosła i sztuki, ale też tematów społecznych, świadomego obywatelstwa.

W ramach edukacji artystycznej mówienie o projektach społecznych jest całkowicie na miejscu, to oczywistość. To punkty sprzężenia, przecięcia ze światem, ja całe życie wierzę, że nic nie dzieje się w próżni. Każdy wybór ostatecznie jest deklaracją światopoglądową. Te strefy się nie rozdzielają – artyści i artystki, którzy kończą szkołę, będą musieli podejmować decyzje i nauczyć się funkcjonować samodzielnie. A artystki i artyści to grupa ludzi, która w miarę bezpośrednio wpływa na kulturę i tym samym na społeczeństwo.

Anna Szejbut, „bez tytułu”, wystawa „Metropolitanka”, CSW Łaźnia, 2018, fot. Kinga Kossobucka
Adam Kawecki, „Model”, wystawa „Metropolitanka”, CSW Łaźnia, 2018, fot. Kinga Kossobucka
Anna Szejbut, „bez tytułu”, wystawa „Metropolitanka”, CSW Łaźnia, 2018, fot. Kinga Kossobucka

Dzięki tobie zyskują też praktyczne umiejętności jak poruszać się po scenie artystycznej.

Chciałam uczyć jak działać poza szkołą, bez opieki kadry pedagogicznej: zaczynamy od przygotowania ridera, przez montaż, plakat, promocję wydarzenia, aż po demontaż. Studenci i studentki muszą się dzielić pracą: jedna osoba odpowiada za wydarzenie w mediach społecznościowych, ktoś tworzy grafiki, inna osoba zbiera wszystkie rzeczy do wydruku, ktoś odpowiada za catering na otwarciu, ktoś za podpisy pod pracami. To też projekt, który pokazuje, jak skonstruować wystawę na zewnątrz, kiedy nie jesteś pod parasolem szkoły.

To wciąż zaniedbany temat na uczelniach artystycznych?

Studiowałam w pracowni Leona Tarasewicza i pamiętam, że robiłam stronę internetową pracowni, a inne osoby były odpowiedzialne za różne działania. Większość rzeczy robiliśmy razem: przygotowywaliśmy wystawy semestralne, razem jeździliśmy do galerii, można powiedzieć, że pomaganie sobie było raczej obowiązkowe – to wszystko było dla nas częścią edukacji. To dosyć powszechne, że młode artystki i artyści stoją samoorganizacją. Historia sztuki uczy nas, że większość artystek i artystów było częścią jakiejś grupy, formalnej lub nieformalnej, brali udział w jakimś ruchu oficjalnym czy towarzyskim lub wokół niego orbitowali. Mówię im, żeby nie liczyli na to, że będą zarabiać na sztuce – to nie są studia, które przygotują cię do zawodu, który cię od razu utrzyma. Jeśli chcesz funkcjonować, samoorganizacja i współpraca to podstawowa opcja.

Dzięki temu rodzi się kolejny ważny element: działanie wspólnotowe, wydawałoby się również mocno zaniedbane w ciągu ostatnich 30 lat, podczas których wpajano nam, że najważniejszy jest indywidualny sukces.

Zaplanowałyśmy międzypracowniany projekt skupiony na uczeniu studentek i studentów pracy w grupie przy wsparciu profesjonalistów – psychologa i psycholożki Akademii Psychologii Głębokiego Dialogu, tyle się mówi teraz o kolektywach, ale nikt nie uczy tych konkretnych umiejętności. Studenci i studentki zazwyczaj nie są do tego w ogóle przygotowani, a tych narzędzi powinno się uczyć już w podstawówce.

Pozorna sztuka porażki Esej Agaty Pyzik o książce „Przedziwna sztuka porażki” Jacka Halberstama CZYTAJ!

Staramy się z dziewczynami wspierać, nie konkurować – wtedy jest lepiej, łatwiej i milej. I z chłopakami – bo ze mną pracuje również Maciek Salamon. Należy też powiedzieć, że był czas, kiedy przy projekcie wspierała mnie Martyna Jastrzębska, a Maćka w czasie urlopu rodzicielskiego zastępowała Patrycja Orzechowska, pod jej kierunkiem powstały plakaty do następnej edycji. Dobrze jest iść do pracy, którą lubisz, to bardzo podnosi jakość życia. Gdy zdecydowałam, że nie zamykam tego projektu z powodu podzielenia studentów i studentek na roku między nasze pracownie, bo chcemy we trzy spróbować go robić razem, usłyszałam, że tak jest pierwszy raz. I rzeczywiście w domyśle równorzędne pracownie na akademiach powinny ze sobą konkurować w imię idei, że konkurencja przynosi większy wysiłek, czyli większą jakość. Oraz oczywiście w imię ego prowadzących. Cały świat sztuki i nasze instytucje tym właśnie stoją. Wychowałam się w latach 90. i myślę, że część z nas ma dość. Może właśnie dochodzimy do momentu, w którym uświadamiamy sobie nawzajem, że szkoda marnować czas na wyścigi – można wtedy robić inne, pożyteczne lub po prostu miłe rzeczy.

Chciałabym, żeby robiła się z tego wspólnotowa, grupowa współpraca. Nie zawsze nam to tak wszystko idealnie wychodzi, ale kiedy się udaje, łatwiej się żyje i razem łatwiej można odpowiadać na paskudne czasy, w których się znaleźliśmy.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też