17.06.2019

Tkanie w każdym kierunku. Rozmowa z Violettą i Piotrem Krajewskimi

tekst: Jakub Banasiak i Marcin Ludwin; fotografie: Łukasz Rusznica
Tekst opublikowany w magazynie Szum 25/2019
Tkanie w każdym kierunku. Rozmowa z Violettą i Piotrem Krajewskimi

Mówi się, że we Wrocławiu każdy jest przyjezdny. Wy też?

Viola Krajewska: Mój ojciec był dowódcą bojowników pod Olimpem.

Tym Olimpem?

VK: A czy jest jakiś inny? W drugiej połowie lat 40. w Grecji walczył z monarchią [armia wspierająca monarchię starła się z komunistycznym Demokratycznym Wojskiem Grecji. W 1949 roku bojownicy przegrali, zaczął się uchodźczy exodus – przyp. red.].

Uciekł do Wrocławia?

VK: Komunistyczna Polska dawała wtedy schronienie wygnańcom wojny domowej. Wrocław w latach 60. był jednym z większych skupisk Greków, o czym teraz interesująco pisze Dionisios Sturis. Moja mama urodziła się w Belgii. Wspólnym językiem moich rodziców był polski.

Piotr Krajewski: Moja mama porzuciła całe dotychczasowe życie, w tym studia polonistyczne w Łodzi. Szukając dla siebie miejsca, znalazła się we Wrocławiu. W nowym życiu została inżynierem.

A reszta rodziny?

PK: Mama jeździła ze mną motorem i nie zostało miejsca dla reszty.

VK: Nawet jak na wrocławskie warunki było w tym coś nietypowego.

Jak się poznaliście?

VK: Na studiach, pierwszego dnia.

PK: Na praktyce robotniczej, obowiązkowej przed pierwszym rokiem. W zieleni miejskiej pieliliśmy rabatki i wspólnie urwaliśmy się do piwiarni.

Studiowaliście na ASP?

VK: Nie, na kulturoznawstwie, wtedy pionierskim wydziale w Polsce.

Dlaczego pionierskim?

VK: Bo istniejącym wówczas tylko na jednym uniwersytecie. Kulturoznawstwo, które studiowaliśmy, było międzywydziałową katedrą, można powiedzieć – prototypem dzisiejszych interdyscyplinarnych studiów humanistycznych. Było tam wszystko: filozofia, antropologia, estetyka, historia kultury i historia sztuki, muzyki, teatru, własny DKF…

PK: Wyjątkowym również dlatego, że organizując na nowo problematykę współczesnej humanistyki, do absolutnego minimum sprowadzano nauczanie marksizmu. To sprawiło, że od razu był to kierunek niemal mityczny, oblegany przez studentów z całej Polski.

Kiedy to było? W jakich latach studiowaliście?

VK: Studia trwały cztery lata, od 1975 do 1979.

PK: Z późniejszymi drobnymi poślizgami.

Czym się wtedy właściwie zajmowaliście? Pisaliście? Organizowaliście wystawy, koncerty? Mieliście ciągoty artystyczne?

VK: Odbyliśmy praktykę studencką w ówczesnym BWA, co skutecznie wyleczyło nas z zainteresowania tak zwaną plastyką.

PK: Uważaliśmy się bardziej za teoretyków, oboje wybraliśmy specjalizację „teoria kultury”. Ale zdarzało nam się wykonywać wiele innych aktywności, głównie w wyniku kontaktów towarzyskich. Były i koncerty, i różne działania parateatralne czy wręcz performatywne. Było i pisanie.

VK: Zatem była i teoria, i obserwacja intensywnie uczestnicząca.

Co w kulturze było dla was wtedy najważniejsze?

VK: Pod Moną Lizą Ludwińskiego była dla mnie pierwszą ciekawą galerią, ale już wtedy nie istniała.

PK: W czasach, gdy studiowaliśmy, poznaliśmy Warsztat Formy Filmowej. Bruszewski i Robakowski byli naszymi olśnieniami.

Dlaczego? Co was tak pociągało w Warsztacie?

VK: Energia i anarchia…

PK: …ironia i czyszczenie złogów.

[…]

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 25 numerze Magazynu „Szum”.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 25/2019

Zobacz też