16.06.2021

Rowek. Rozmowa z Ewą Ciepielewską

Ania Batko i Kola Śliwińska; fotografie: Karolina Wojtas
Tekst opublikowany w magazynie Szum 33/2021
Rowek. Rozmowa z Ewą Ciepielewską
Zawsze interesowały mnie istoty wokół. Lubię zaczepiać ludzi i zaczynać rozmowę. Na przykład na przystanku przychodzi mi coś do głowy i od razu się tym dzielę, przez co ludzie biorą mnie za wariatkę. Uprawiam taki trochę freak show.

Kola Śliwińska: Ostatnio oglądałam film dokumentalny o facecie, który przez rok obserwował w oceanie ośmiornicę i w końcu się w niej zakochał. Od razu pomyślałam o tobie.

Ewa Ciepielewska: Wydaje mi się to zupełnie oczywiste, że zwierzęta powinno się traktować poważnie i z uczuciem, jak partnerów. Ostatnio Fundacja Centaurus przesłała mi historię młodej klaczy, która miała pójść na rzeź, ale okazało się że jest w bliźniaczej ciąży. Teraz jej nie zabiją, ale zrobią to, kiedy urodzi. Potrzeba 11 tys. złotych, żeby ją wykupić, ale też kolejnych kilku, żeby ją utrzymać. Nie wiem, co mogę z tym zrobić, zwłaszcza że to niejedyna taka historia. Niedawno wylądowałam na Nocy Biologów i tam ktoś powiedział, że im więcej rozmawiamy o przyrodzie, ale też o ekologii, co zresztą w bańce, w której żyjemy, jest po prostu modne, tym mniej mamy z nią kontaktu. Wszyscy o niej mówią, co już przeszło w sferę narracyjną, ale nikt jej nie przeżywa. Zresztą to całe gadanie o ekologii też w żaden sposób nie wpływa na świadomość zwykłych ludzi. Mam wrażenie, że większość z nas żyje w dziwnym akwarium. Wydaje się straszne pieniądze tylko po to, by uczynić świat gorszym.

Ania Batko: Im więcej mówimy o katastrofie klimatycznej, tym mniej w nią wierzymy. Cały czas poruszamy się wokół jeszcze dziewiętnastowiecznego konstruktu dzikiej przyrody.

No właśnie. A to się dzieje. I jeśli jest jakaś nadzieja to w uważności. W ekofeminizmie rozumianym jako troska w stosunku do wszystkich istot żywych.

Czasami zdarza się, że zostawiam coś duchom natury, zwłaszcza jak mam coś bardzo dobrego i cennego. Zostawiam im na talerzyku najsmaczniejsze kąski. W przedchrześcijańskiej kulturze szczególnym szacunkiem otaczano węże.

A.B.: Międzygatunkowa miłość towarzyszy ci właściwie od zawsze. W latach 80. malowałaś dzikie i egzotyczne zwierzęta, między innymi pantery.

Chodziłam wtedy do zoo i wpatrywałam się w czarną panterę, ale jej się to wcale nie podobało. Była po prostu wkurwiona, a ja to widziałam. Było mi głupio, że jestem na wolności, a ona w klatce. Powiem wam, że chętnie bym ją stamtąd wypuściła. Malowałam też wtedy małpy i był tam taki samiec, który napierdzielał, czym się dało, w zwiedzających. I tam było widać nie tylko dzikość, ale też gniew, a my tu sobie prowadzimy takie grzeczne rozmowy. Oglądałam ostatnio film Woman at War, o dwóch siostrach bliźniaczkach na Islandii. Jedna próbuje zniszczyć linię wysokiego napięcia, która powiązana jest z produkcją aluminium, a druga uczy jogi. I to jest nasz dylemat – z jednej strony wiesz, że jak nic nie zrobisz, to ktoś zdecyduje za ciebie, a z drugiej strony bez przemiany duchowej i pracy u podstaw nic się nie zmieni. Dlatego bliska jest mi idea sąsiedztwa. Myślenie o najbliższym otoczeniu: dżdżownicach, ślimakach, ale też kotach czy wiewiórkach, jak o sąsiadach. Wszyscy jesteśmy ze sobą bardzo głęboko połączeni. Inna sprawa, że kiedy malowałam pantery, zawsze miałam poczucie, że tak naprawdę maluję dzikie zwierzęta, które we mnie siedzą. One też rwą się na wolność.

K.Ś.: To mocno antropozoficzne podejście. Nie wszyscy mogą nawiązać kontakt ze światem duchów natury, a ty chyba jesteś taką osobą.

Czasami zdarza się, że zostawiam coś duchom natury, zwłaszcza jak mam coś bardzo dobrego i cennego. Zostawiam im na talerzyku najsmaczniejsze kąski. W przedchrześcijańskiej kulturze szczególnym szacunkiem otaczano węże. Nikt im nic złego nie robił. Na Litwie pod progiem ustawiało się dla nich miseczkę z mlekiem. Podobno te węże zaprzyjaźniały się z bydłem i nawet ssały mleko z wymion. I potem taka krowa, kiedy wąż się nie pojawiał, była bardzo smutna. Od razu było widać, że czegoś jej brakuje. I ja jestem właśnie takiej wiary. Zawsze szukałam niewidzialnego i głębokiego porozumienia z naturą. Już jak byłam dzieckiem, zamiast chodzić na muzykę, uciekałam do lasu. Mój ojciec mi w tym wtórował, bo często wychodziliśmy z domu z założeniem, że idziemy na mszę i szliśmy tak bardzo, bardzo wolno, że jak przychodziliśmy do kościoła, to akurat było podniesienie, czyli ta najważniejsza część. Potem było jeszcze błogosławieństwo i po wszystkim szliśmy na długą wycieczkę do lasu. Jako nastolatka, zamiast chodzić do kościoła, chodziłam ładnie ubrana do lasu. I to mi zostało do dzisiaj. I jak mam coś ładnego, to trzymam, żeby to założyć, jak będę się wybierać na jakąś wycieczkę.

A.B.: Skąd w takim razie wziął się pomysł zdawania na wrocławską akademię? Wydawałoby się, że bliżej ci było do biolożki albo leśniczki.

Wtedy chciałam być lekarką, wybierałam się na studia medyczne, ale też gdzieś z tyłu głowy miałam , że jeśli się nie uda, to pójdę na orientalistykę i będę studiować języki buddyjskich mistrzów. Chciałam jechać na Borneo, nie wiem czemu. Po prostu bardzo mnie pociągała Indonezja. W każdym razie w ostatnie wakacje przed maturą pojechałam pierwszy raz sama z moją przyjaciółką do Gdańska i tam zobaczyłam na Długim Targu półnagiego mężczyznę z kolczykiem w uchu, który sprzedawał na perskim dywanie figurki buddów. To był Krzysiu Siemiński i jaz miejsca się w nim zakochałam. Chodziliśmy razem do baru Flisak i piliśmy trunek, który się nazywał Cuba Libre. Krzysiu wytłumaczył mi wtedy, że nie nadaję się do niczego innego tylko na Akademię Sztuk Pięknych. Mówił, że ma kolegę we Wrocławiu, który wszystko załatwi i który świetnie mnie do tego przygotuje. Tym kolegą był Jurek Kosałka. I rzeczywiście z niczego zrobiłam teczkę. Spodobało mi się to całe malowanie. Pamiętam, że naczelną zasadą było, żeby nie używać czarnego koloru. Czarna farba – za radą Jurka – od razu wyleciała. Na początku studiów malowałam bardzo realistycznie i pewnie gdybym nie trafiła do Konrada Jarodzkiego, to zajmowałabym się hiperrealizmem. Zresztą Jarodzki, jak przyszłam do jego pracowni, wyśmiał mnie i zapytał: „Co ty tutaj za socrealizm uprawiasz?”. Wtedy postanowiłam zaszaleć. Zaczęłam używać takiej palety, która się absolutnie z socrealizmem nie kojarzy. Podobały mi się wtedy obrazy Eda Paschke, widziałam je tylko w czasopiśmie „Sztuka” i, trochę tym zainspirowana, zaczęłam malować takie elektryzujące wizje. Fascynowały mnie błyski, aury i bliki. Malowałam tak, żeby waliło po oczach.

A.B.: To ciekawe, że wszystko zaczyna się u ciebie od sytuacji towarzyskich. Tak też było z Luxusem.

Zawsze interesowały mnie istoty wokół. Lubię zaczepiać ludzi i zaczynać rozmowę. Na przykład na przystanku przychodzi mi coś do głowy i od razu się tym dzielę, przez co ludzie biorą mnie za wariatkę. Uprawiam taki trochę freak show. Z Luxusem byliśmy w jednej pracowni, z której był widok na Odrę i park. We Wrocławiu jest zresztą zupełnie inne światło, jak z obrazów Caspara Davida Friedricha. Piękne miejsce, ale wtedy pod tymi oknami jeździły czołgi. Kiedy internowano naszego profesora, Konrada Jarodzkiego, cała ta sytuacja jakoś nas uwspólnotowiła i zaczęliśmy wydawać „Magazyn LUXUS”. To była dla nas działalność wywrotowa, ale też trochę terapeutyczna. Było w nim wszystko. Do pierwszego numeru zrobiłam reklamę Margaret Astor. Chodziliśmy razem pod Pewex i tam grzebaliśmy w śmietniku, wyciągaliśmy reklamy i opakowania, przynosiliśmy to na uczelnię i na tym malowaliśmy. W pracowni mieliśmy też dużo magazynów „Ameryka”. Od początku staraliśmy się przebić własną legendę, wymyślając hasła typu: „Legendarny LUXUS po raz pierwszy w Warszawie”. Działaliśmy trochę jak klub kulturalny. Przychodziliśmy do pracowni o 9.00 i wychodziliśmy wieczorem. Byliśmy taką dziwną grupą, że w sumie nie piliśmy alkoholu. Potrafiliśmy się upić jedną butelką Malagi; to był nasz ulubiony trunek. No i mieliśmy marihuanę.

A.B.: Albo kwas. Z Bożeną Grzyb-Jarodzką wycinałyście go z kartki.

To było w stanie wojennym. Dziewczyny przyjechały do mnie do Szczawna, kupiłyśmy pół litra na melinie, a jak się ta wódka skończyła, to stwierdziłyśmy, że mamy ochotę na coś jeszcze. Pocięłyśmy białą kartkę papieru na kwadraciki i udawałyśmy że to kwas. Robiłyśmy wtedy ćwiczenia jogiczne. Stawałyśmy na głowie i śmiałyśmy się tak, że w końcu przyszła sąsiadka. Przez cały ten czas smarowałyśmy się olejkiem paczuli. Jak wracałyśmy do Wrocławia taksówką – a w tamtych czasach nie było tak łatwo znaleźć taryfę – to kierowca się tym zapachem paczuli dusił. Była zima, a on cały czas otwierał okna.

[…]

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 33. numerze Magazynu „Szum”.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 33/2021

Zobacz też