04.09.2016

Niedźwiedzie mięso. Rozmowa z Miladą Ślizińską

Adam Mazur
Tekst opublikowany w magazynie Szum 14/2016
fot. Tadeusz Rolke
Niedźwiedzie mięso. Rozmowa z Miladą Ślizińską
fot. Tadeusz Rolke
Praca kuratorska polega na dużej dawce adrenaliny. Józek [Mrozek] mówił mi o tym przy różnych wystawach. Na przykład przy wystawie Kosuth–Kabakov, nad którą bardzo trudno się pracowało, powiedział mi: „Słuchaj, Milada, ta wystawa to osiem miesięcy z twojego życia mniej”. I coś w tym jest.

Czy w związku ze znajomością języków zajmowała się pani w Foksal wystawami międzynarodowymi?

Milada Ślizińska: Tak, ale wszystkie zagraniczne wystawy musieliśmy najpierw zgłaszać do Ministerstwa Kultury i Sztuki. To były ciężko wypracowane kontakty, naprawdę niedźwiedzie mięso, zdobycz niezwykła. Najpierw oglądanie prasy międzynarodowej, potem dotarcie do artysty, przekonanie go i zorganizowanie mu wystawy. A my mieliśmy do zaoferowania tyle, co nic. To znaczy trochę dobrych chęci, pomieszczenie pięć na siedem metrów i dobrą reputację galerii. Nauczyłam się w Foksal, że bardzo ważna jest publikacja – do każdej wystawy zawsze był robiony katalog, nawet mały, ale był. Te publikacje właściwie projektował Wiesław razem ze Zbigniewem Gostomskim. Do tego plakat z powycinanych liter. To była czcionka specjalnie zaprojektowana dla Foksal przez Zygmunta Targowskiego, który był studentem Henryka Tomaszewskiego. Ale ja często musiałam się zajmować tymi zagranicznymi artystami, trzeba było ich odebrać z lotniska lub z dworca, potem odwieźć, w międzyczasie wszystko zorganizować i być na gwizdek.

Christian Boltanski i Milada Ślizińska przy pracy Mieszkańcy Warszawy, w ramach wystawy Revenir, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa, 2001, fot. Mariusz Michalski i Rafał Manowski; dzięki uprzejmości artysty

Christian Boltanski i Milada Ślizińska przy pracy Mieszkańcy Warszawy, w ramach wystawy Revenir, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa, 2001, fot. Mariusz Michalski i Rafał Manowski; dzięki uprzejmości artysty

Pełen serwis, skądś to znam.

Więcej, oni mieli pełne zaangażowanie z naszej strony. Gościło się ich często we własnym domu. Byłam niedawno w Trieście – przyjeżdżam i widzę, że kuratorka wiesza prace, nie powiem czyje, żeby nie było przykro. Pytam: „Czy masz podpisy do tych prac?”, „Nie, nie mam”. „A wiesz, co wieszasz?”, „Nie, nie wiem”. „Jak to nie wiesz?”, „To nie ma znaczenia, wymieszamy narrację”. Bzdura, żeby wymieszać, to po pierwsze, musisz wiedzieć, co mieszasz! A ona mówi: „Artysta nic nie przysłał”. Usiadłam do komputera i wszystko było! Nawet nie chciało się jej zajrzeć. W dodatku zaginął mój bagaż. „A, to jedź sobie tam na lotnisko, załatw formalności”. U nas tak nie było. Jeśli bagaż się zgubił, co się zdarzało, to robiliśmy awanturę na lotnisku i bagaż się znajdował. A jednocześnie byliśmy z artystą w SARP, u Henia Stażewskiego w pracowni, pokazywaliśmy wszystko, co najciekawsze, rozmawialiśmy. Nasza praca była absolutnie na takim samym poziomie, jakby to było u [Leo] Castellego. Wszystko było zrobione „naj”, chociaż bardzo często sami musieliśmy to zrobić. Czasem ktoś z zakładów pomocniczych PSP też coś robił, ale zawsze na dzień dobry słyszałam: „To jest niemożliwe”. To była dla mnie ważna szkoła.

Szkoła Foksal.

Jak w średniowieczu – przez 10–14 lat robisz wszystko, bo musisz się nauczyć, żeby w ogóle być traktowanym poważnie.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 14/2016

Zobacz też