19.09.2014

Nie wymyślajmy reklamy Tesco. Rozmowa z Michałem Bieńkiem

Nie wymyślajmy reklamy Tesco. Rozmowa z Michałem Bieńkiem
Michał Bieniek, fot. Łukasz Giza/Agencja Gazeta

Michał Bieniek, fot. Łukasz Giza/Agencja Gazeta

Marcin Ludwin: Jak to jest z Europejską Stolicą Kultury (ESK)? Z jednej strony ogromny szum medialny, z drugiej brak rzetelnych informacji.

Michał Bieniek: Chciałem na wstępie ci podziękować, jak również kilku innym osobom, że są ludzie pokazujący zainteresowanie sprawą i, przede wszystkim, chcą rozmawiać z kuratorami. Zastanawiające jest dla mnie, że żaden dziennikarz związany z popularnymi wydawnictwami ze mną nie rozmawiał. Z tego co wiem – z pozostałymi kuratorami też nie. To jest budowanie informacji, która nie ma pełnego zaplecza. Tym sposobem czytelnik zostaje wprowadzony w błąd.

Mówisz o debacie nieposiadającej fundamentów?

Mam nadzieję, że to zacznie się zmieniać. Dział promocji ESK jest bardzo mały. Z drugiej strony, są organy miejskie, które nam mogą pomóc. Jednak nie zajmują się one na co dzień obszarami poruszanymi przez ESK. Chcemy zbudować zaplecze u nas – bliżej kuratorów, programu, które rzeczywiście będzie przedstawiać rzetelne informacje. Mam jednak żal do dziennikarzy, którzy po prostu nie pytają.

Zbliżamy się  do problemu wystawy Picasso Dali Goya. Tauromachia – walka byków.

Jest to projekt Galerii Miejskiej, który został tak a nie inaczej przez dziennikarzy pokazany. W trakcie przygotowań do ESK wszystkie wrocławskie instytucje niezależnie od Stolicy Kultury realizują program z perspektywą roku 2016. Ja niestety nadal nie mam określonego budżetu, który pozwoliłby wdrożyć plany przygotowane wraz z wrocławskim środowiskiem. Czekamy na rozstrzygnięcie dotyczące finansowania z ministerstwa. To należy podkreślić – w sekcji sztuk wizualnych jest nas dwoje, ja i Katarzyna Zielińska . Walczę teraz o dodatkową osobę w zespole. Mam nadzieję, że gdy ruszymy z projektami to pojawi się zespół złożony zarówno z producentów, jak i z kuratorów. Wtedy będzie mogła powstać kadra, która zaplanuje sukcesywną i systematyczną akcję informacyjną. My, jako kuratorzy, będziemy dostarczać kontent, który będzie opracowywany i w adekwatnej formie komunikowany.

Hutmen na ulicy Grabiszyńskiej, fot. Mateusz Proch

Hutmen na ulicy Grabiszyńskiej, Wrocław, fot. Mateusz Proch

W tej kwestii rozpoczynacie od zera?

Żeby komunikować rzeczywiście to, co jest do komunikowania, a nie wymyślać reklamę Tesco.

Wspominałeś o problemach z budżetem. Przecież program ESK działa już w tej chwili. Jak sobie z tym radzicie?

Realizujemy szereg projektów, których nie widać, ale które są oddolne i mają głęboki sens dla Wrocławia. Efekty będą dopiero widoczne za rok, może dwa lata. Mam tutaj na myśli m.in. odkrywanie i ocalanie archiwów różnych ważnych postaci, artystów związanych z Wrocławiem. Chociażby archiwum Tadeusza Ciałowicza, które udaje nam się bardzo powoli ocalać we współpracy z Marianem Misiakiem i Kaliną Zatorską. Niedawno okazało się, że wnuczka Witolda Romera odnalazła na strychu jego gigantyczne archiwum na płytkach szklanych. Wszystko jest na granicy zniszczenia, teraz trzeba to zarchiwizować i zakonserwować.

Przy okazji, ponieważ w ramach ESK istnieje duża sekcja związana ze współpracą z Dreznem i Lwowem, będąc teraz na wizycie studyjnej we Lwowie – okazało się, że jest tam artysta i kurator, który jest głęboko zainteresowany przedwojenną i powojenną lwowską awangardą. Są to artyści także związani z Wrocławiem, jak wcześniej wspominany Witold Romer. Prawdopodobnie uda się zrobić we Wrocławiu w 2016 roku bardzo dużą wystawę dotyczącą lwowskiej awangardy. Co ciekawe, będziemy także korzystać z materiałów oraz dzieł, które zostały wywiezione ze Lwowa i są w archiwach naszego Muzeum Narodowego. W tej chwili nie są one nigdzie prezentowane.

Chciałbym przywrócić Wrocławiowi postać Wacława Szpakowskiego. Jest on bardziej znany w Nowym Jorku, niż we Wrocławiu. Tutaj prawie nikt o nim nie słyszał. Wystawą Szpakowskiego zainteresowana jest MoMA. Gdyby udało się zrobić – nawet nieduży projekt w tym miejscu – to byłaby dla nas niesamowita reklama. Niestety te wszystkie działania badawcze, toczące się własnym rytmem, nie są spektakularne.

Brak im medialnego splendoru. Rozumiem, że program jeszcze nie jest domknięty – stąd wynika niepewność.

Często spotykam się z brakiem świadomości tego, jak długo trwa przygotowanie projektów kulturalnych i artystycznych. Jeden, dwa miesiące to mało. Tworzenie prezentacji czy wręcz całych projektów z tygodnia na tydzień jest jednak, niestety, rutyną. W takiej sytuacji czasami przypominam sobie o zajęciach Research Method Course, na które uczęszczałem w ramach mojego doktoratu w Royal College. Kuratorzy opowiadali tam, prezentując plany projektów rozpisanych na kilkuset stronicowe opracowania, o wydarzeniach planowanych z 5-letnim wyprzedzeniem. Do ESK zostało 1,5 roku, a my nadal nie mamy ustalonego budżetu.

Estrada na wyspie opatowickiej, fot. Mateusz Proch

Estrada na wyspie opatowickiej, Wrocław, fot. Mateusz Proch

To, co mówisz pokazuje, że jest nam daleko do pewnych standardów. Czego jeszcze możemy nauczyć się od Europy?

Innego sposobu myślenia o kulturze. W Polsce, traktuje się zjawiska z nią związane jako narzędzie promocji.

Propagandy?

Ta promocja – czy propaganda, jak powiedziałeś – jest źle pojęta. Praca kuratorów, artystów, ludzi kultury często nie jest doceniana. Odnoszę wrażenie, że przestrzeń kultury traktuje się niepoważnie. Trochę jak fanaberię. Odczuwam to przede wszystkim w kontaktach z osobami spoza ścisłej branży i mam wrażenie, że w dużej mierze moja praca w ESK, ale nie tylko – wcześniej też w Fundacji i Mieszkaniu Gepperta, jest mocno edukacyjna. Myślę tu o komunikowaniu wyżej wspomnianych standardów, czy też ich braku.

Wiąże się to również z przeświadczeniem o większej wartości tego, co poza naszym zasięgiem. Jesteśmy w stanie zainwestować miliony w sprowadzanie wystaw zza granicy, a nawet nie próbujemy docenić tego, co mamy tutaj. Moim zdaniem, wciąż nie wystarczająco jest wypromowana sylwetka Stanisława Dróżdża i jego poezja konkretna, czy Sympozjum Wrocław ‘70. Notabene, na 2016 rok planuję zrealizowanie festiwalu, który będzie poświęcony Dróżdżowi albo w ogóle poezji konkretnej. Wydarzenie miałoby się znaleźć w przestrzeni publicznej. Chodzi o zaproponowanie w miejsce wizualnego chaosu czegoś, co jest zdyscyplinowane, czyste i po prostu piękne.

Chciałbym w ramach ESK sprzątać miasto. Uważam, że jest to domena sztuk wizualnych. Przeforsowanie uchwały o parku kulturowym jest dopiero początkiem. Powinniśmy podejść edukacyjnie do tematu. Posłać w miasto ludzi, którzy będą rozmawiać – będą mediatorami. Może coś uda się zmienić. Na takie rzeczy chciałbym stawiać. Mam nadzieję, że mi się to umożliwi.

Mówisz o wychodzeniu do publiczności, o potrzebie edukacji. Jakie są jeszcze pomysły na pozainstytucjonalne działania?

Jednym z trzech filarów, na którym chcę oprzeć podstawowy program ESK jest meta festiwal – nie znalazłem lepszego sformułowania – który ma się nazywać Wrocław – wejście od podwórza. Współpracujemy nad tym projektem z Wydziałem Mediacji Sztuki oraz tamtejszymi studentami. W danej chwili miasto jest badane pod kątem przestrzeni, które warte są opracowania lub interwencji artystycznej. Mam tutaj na myśli działania, które miałyby sens dla mieszkańców, wprowadziły nową jakość. Na tym etapie, studenci zbierają materiały w postaci zdjęć, filmów, wywiadów z mieszkańcami. Później zostaną one przeniesione na stronę internetową, która będzie mapą gromadzącą te wszystkie multimedialne materiały. Następnie zaprosimy ok. 50 artystów z Polski i ze świata na rezydencje, dzięki którym powstaną procesualne działania wnikające w tkankę przestrzenną oraz społeczną. Czy to się uda? To bardzo ambitny projekt.

Podwórze niedaleko ulicy Kluczborskiej

Podwórze niedaleko ulicy Kluczborskiej, Wrocław

W jakiej postaci miałyby się objawiać te działania? Efemerycznej czy jednak bardziej stałej?

Zależy, co rozumiemy przez pojęcie stałości. Może też coś zostać w sferze mentalnej; podejścia do przestrzeni, miejsca – jak się je traktuje, jak się o nim myśli. Nie mogę uciec od pracy w ramach 6. edycji SURVIVALU. Monika Ciszewska z Eweliną Konieczną zrobiły pracę razem z Romami (chodzi o performance Ani żadnej rzeczy, która jego jest, 2008 – ML), którzy jeszcze całkiem niedawno mieszkali w Dzielnicy Czterech Świątyń. To była praca, która wyznacza dla mnie pewien standard. Artystki miesiącami pracowały z tymi ludźmi, aby finalnie móc zrealizować działanie wieńczące całą akcję. To było coś bardzo ulotnego, ale wydaję mi się, że przynajmniej wśród tych, którzy tam byli, zniosło status quo. Coś zostało przełamane. Na tym mi bardzo zależy.

Wszystko, co mówisz silnie wynika z koncepcji SURVIVALu – przeglądu sztuki, który z roku na rok znajduje się w innym miejscu.

Trudno jest mi oddzielić się od tego doświadczenia. Cały mój warsztat kuratorski i też produkcyjno-organizacyjny zbudowałem na SURVIVALu. Jeszcze jest Mieszkanie Gepperta oraz Fundacja. Kiedyś był Sputnik, już zapomniany. Jednak najważniejszym doświadczeniem dla mnie jest właśnie SURVIVAL. Trudno jest osiąść w komforcie przy tego typu wydarzeniu – warunki są za każdym razem zupełnie inne – co za tym idzie, przychodzą inne wnioski. Jednak nie pozostaję zamknięty w żadnej mierze na projekty instytucjonalne.

Podwórze niedaleko ulicy Na Szańcach

Podwórze niedaleko ulicy Na Szańcach, Wrocław

SURVIVAL będzie częścią ESK?

Tak, jak większość dużych wrocławskich festiwali ma mieć specjalną edycję.

Czym te specjalne edycje będą się odznaczały?

Specjalna edycja SURVIVALu powinna być bardziej ludzka, jeszcze dobitniej wchodząca w miasto. Mniej wypreparowana, mniej ładna, bardziej rozbita, efemeryczna, procesualna. Jednak trudno przewidzieć co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że do tego czasu uda mi się poszerzyć zespół.

Wiesz coś więcej odnośnie do innych festiwali?

Pracują. Wiem, że OUT OF STH przygotowuje swój autorski program, ale jeszcze nie znam szczegółów. WRO Art Center pracuje nad specjalnym wydarzeniem – nie będzie to kolejna edycja Biennale, tylko projekt Zielony Labirynt. Ma on stanąć w przestrzeni miejskiej jako rodzaj interaktywnej wystawy osadzonej w zieleni, w naturalnej tkance, która w tej chwili powstaje, rozrasta się.

Wybija się z tego ogromny lokalny potencjał. Czy w takiej sytuacji zamierzacie zmienić plany dotyczące najszumniejszych nazwisk? Gwiazd sztuki?

Jak już wspominałem – wystawa, do której nawiązujesz nigdy nie była w moim programie. Ja mam swój pomysł i wypracowane możliwości. Jednak podkreślam, że w starciu z budżetem nadal nie mogę niczego zagwarantować. Jednym z takich dużych nazwisk, chociaż trochę innych, bo osadzonych w kontekście, który nam nadano – jesteśmy bliźniaczą stolicą wobec San Sebastian – jest Chillida. Wszystko wskazuje na to, że w 2016 roku zrobimy tutaj i w San Sebastian bardzo dużą wystawę Eduardo Chillidy. Jeżeli chodzi o kontekst hiszpański to pracuję nad wystawą Antonio Tapiesa. Niestety w danej chwili wciąż daleko jest do sfinalizowania tego projektu.

Jednak największym działaniem, najbardziej skomplikowanym i czasochłonnym – jeszcze nie wiem czy realnym – jest współpraca z Centrum Pompidou. Chodzi o program Mobile Pompidou, który daje możliwość pokazania części ich stałej kolekcji w innych miejscach na świecie. Są tam rzeczywiście wielkie nazwiska i ich najważniejsze prace. Poza tym Pompidou jest zainteresowane budowaniem kontekstu, inicjowaniem współpracy z kuratorami tutaj, też z lokalnymi instytucjami. Prowadzimy wstępne rozmowy, aby pokazać na tym tle również polskich artystów, których mają w kolekcji. Jeżeli ten projekt doszedłby do skutku to nie dość, że miałby być wieloletnią (3-5 lat) prezentacją poważnej części kolekcji Pompidou we Wrocławiu, to w ramach dużej wystawy istniałby moduł wymienny wystaw czasowych, które rozwijałyby narracje o kontekst wideo, architektury, designu. Wszystko zostanie obudowane bardzo szerokim programem edukacyjnym. Pompidou nie ukrywa, że tworzy ten projekt, aby poszerzać wiedzę o kontekście lokalnym. Może to przynieść bardzo realny efekt dla sceny artystycznej. Dla Polski i wrocławskich artystów.

Widok Wrocławia z wiaduktu w Ramiszowie, fot. Mateusz Proch

Widok Wrocławia z wiaduktu w Ramiszowie, fot. Mateusz Proch

Czy poza tym istnieją jeszcze jakieś pomysły promujące Wrocław poza granicami miasta?

W przyszłym roku odbywa się Biennale w Wenecji. Chciałbym zorganizować tam działanie pokazujące w mądry i ciekawy sposób, co mamy dobrego tutaj – tam, gdzie przez pół roku pojawi się praktycznie cała branża ze świata.

Co zainteresowani zobaczą poza zabytkami we Wrocławiu? Czy są już podejmowane dyskusje z instytucjami na temat dofinansowań z waszej strony?

Oczywiście będziemy dofinansowywać, ale tylko te projekty i programy, które dotyczą ESK. Wciąż ustalamy listę, chociaż jest już prawie domknięta. Na pewno nie może być tak, że będziemy finansować całość programu instytucji. Nie jesteśmy Wydziałem Kultury.

Jakie są wyznaczniki przy wyborze? Co decyduje o przyjęciu danego projektu do programu ESK?

Wierzę w kontekst. Dla mnie fajne jest to, kiedy Muzeum Narodowe do mnie przychodzi i proponuje specjalną edycję na większą skalę projektu Ganymed Goes Europe. Spowoduje to, że muzeum będzie się chwalić tym, co ma najlepszego w swojej kolekcji, niestandardowymi metodami. Fajne jest dla mnie to, że Muzeum Współczesne Wrocław (MWW) chce zbudować całą historię awangardy wrocławskiej lat 60. i 70., dotyczącą zarówno sztuk wizualnych, jak i teatru oraz filmu. Wystawa ma być pokazywana w kilku miejscach w Europie, również w Warszawie i na końcu we Wrocławiu, gdzie będzie prezentowana przez pół roku. Podobnie wyciągnięcie na światło dzienne całej kolekcji MWW i zrobienie w bunkrze gigantycznej wystawy, też jest bardzo fajną sprawą. Pokazujemy to, co mamy u siebie najlepszego. Jednak nie jest to jedyny wyznacznik. Nie odcinamy się od po prostu bardzo dobrych projektów, które zasługują na pokazanie.

Nie boisz się zbyt wielkiego chaosu? Braku jakiejś osi, która pozwalałaby usystematyzować wątki ESK?

Chyba nie o to chodzi. Wydaję mi się, że to będzie spójne, choć może nie w pierwszym oglądzie. Jestem wrogiem usilnego trzymania się odgórnie narzuconych haseł. To generuje sztuczną sytuację. Są pewne rzeczy, które organicznie wynikają tutaj z miejsca, przestrzeni, z ludzi, z doświadczenia. To trzeba wziąć i z tych cegiełek zbudować program. Oczywiście tak zbudowany program będzie wymagał także od widza więcej wysiłku i uwagi.

Gdzieś nad tym wszystkim krąży polityczny sęp. Jak zostaną przeprowadzone cięcia nieistniejącego budżetu, w sytuacji kryzysowej?

Dążę do tego, aby zadanie kuratora polegało – wbrew trudnej sytuacji, temu politycznemu uwikłaniu – na promowaniu najlepszych, najwartościowszych zjawisk. Staram się być menedżerem mało spektakularnych projektów. Instytucje sobie poradzą. Być może w mniejszej skali. Jednak posiadają one pracowników wyszkolonych w pozyskiwaniu funduszy.

A dofinansowanie ze strony organizacji zewnętrznych? Korporacji?

Jest to kolejne pojęcie silnie związane z edukacją. Zjawisko wspierania kultury, szczególnie tej lokalnej, jest zjawiskiem raczkującym w Polsce.

Myślisz, że ESK jest w stanie coś w tej kwestii zmienić?

Myślę, że tak. Jeśli będzie mądrze zrobione.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też