08.03.2019

Domowe historie. Maria Magdalena Kozłowska i Aleksandra Kubiak w Kronice

Marta Kudelska
Maria Magdalena Kozłowska, „Ah mio cor schernito sei”, 2016, kadr z wideo
Domowe historie. Maria Magdalena Kozłowska i Aleksandra Kubiak w Kronice
Maria Magdalena Kozłowska, „Ah mio cor schernito sei”, 2016, kadr z wideo
Sztuka Kozłowskiej i Kubiak to dwa zupełnie inne bieguny. Kozłowska jest chuliganką, która upija się z radości z koleżanką, bo „byłyśmy w Vouge”, Kubiak jako DDA opowiada o swojej sztuce i życiu na łamach „Wysokich Obcasów”. Na bytomskiej wystawie obie artystki odnoszą się do wynikającego z emocji zażenowania i wstydu, każda z nich we właściwy dla siebie sposób.

Mija już drugi rok od czasu, gdy Stach Ruksza pożegnał się z Kroniką i jego miejsce zajęła Agata Cukierska. Nowa dyrektorka bytomskiej galerii, znanej dotąd głównie z projektów zaangażowanych społecznie, poświęconych specyfice Śląska, na wstępie zadeklarowała, że teraz pora na „dziewczyny z Kroniki”, jakby na przekór dawnemu określeniu „chłopaków z Kroniki”. Jak wygląda galeria pod jej sterami? Czy dziewczyny „dają radę”?

Obraz galerii, jaki można wynieść na podstawie dwóch najnowszych wystaw – Marii Magdaleny Kozłowskiej Ja już nie mogę (kuratorka: Katarzyna Kalina) i I made a model of you Aleksandry Kubiak (kuratorka: Agata Cukierska) – w zasadzie nie zaskakuje, chodź pozostawia po sobie mocne wrażenie i wibruje długo w głowie niczym najwyższe operowe C.

Pora na dziewczyny. Rozmowa z Agatą Cukierską Z nową dyrektorką CSW Kronika rozmawia Marta Kudelska CZYTAJ!

Obie te wystawy świetne się dopełniają i domykają program instytucji, choć pozostają wyraźnie autonomicznymi tworami wobec wcześniejszych działań Kroniki. A te opierały się na bardzo mocnych i zaangażowanych społecznie pracach, przy czym najnowsze wystawy stają się też próbą sproblematyzowania na nowo „głosu” Kroniki w bardziej żeńskich tonach. Po wejściu do galerii w oczy rzucają się od razu ni to teatralne, ni to operowe fotele, ciężka zasłona i projekcja wideo Kozłowskiej. W uszy wpada natomiast melodia, sensualna i silnie wibrująca, sącząca się z głośników i wprowadzająca nieco duszną operową atmosferę. Ah mio cor schernito sei jest wariacją Kozłowskiej na temat opery Georga Friedricha Händla. Ten urodzony w Niemczech kompozytor uznawany jest za jednego z najwybitniejszych twórców muzyki późnego baroku. W 1711 roku wyjechał do Anglii, gdzie 16 kwietnia 1735 roku na deskach Theatre Royal w Covent Garden wystawił operę w trzech aktach Alcina. Znalazło się w niej libretto zaadoptowane z opery L’sola di Alcina Riccardo Broschiego. Fabuła opery jest pełna muzycznych meandrów. Akcja rozgrywa się na wyspie, którą włada tytułowa Alcina. Rozgrywająca się na niej historia miłosna jest tak zagmatwana, że podobnego scenariusza nie powstydziliby się twórcy brazylijskich seriali. Mamy tu nieodwzajemnioną miłość, przebieranki i maskowania, zdrady i tajemnice, dworskie intrygi i knowania. Alcina powstała w szczególnym dla Händla momencie i możliwe, że dworskie intrygi i problemy, z którymi borykał się wówczas kompozytor, znalazły odbicie w tej operze. Jednak w Alcinie nie to jest najważniejsze, bo pełna jest ona widowiskowych zwrotów akcji i „wyścigów” na głosy.

Historia ta wydaje się wręcz stworzona dla Kozłowskiej, która w swoich pracach bardzo często powołuje do życia ekscentryczne, nieraz znajdujące się na skraju załamania nerwowego postaci. Kozłowska tworzy mikro światy, które aż kipią od emocji: ambicja przeplata się w nich z porażką, brutalność łączy się z operowym patosem, a kobiety zamieszkujące ten świat są mieszanką femme fatale i kruchej panienki. Twórczość Kozłowskiej to jednak nie tylko osobisty talent show – w myśl starej maksymy, że dziewczyny powinny trzymać się razem, od 2015 roku artystka wraz z Marią Tobołą współtworzy duet Małpeczki. Ich działania, sytuujące się na granicy performansu, sztuki wideo i teatru, przybierają często formę „variety show”, a one same wcielają się rolę ponętnych kociaków i tricksterek.

Kubistyczne podejście do rzeczywistości. Rozmowa z Małpeczkami Maria Kozłowska i Maria Toboła w rozmowie z Karoliną Plintą CZYTAJ!

Na swojej indywidualnej wystawie w Kronice Kozłowska przenosi historię z opery Händla do blokowiska. Jej Alcina (Wanda Karpińska) nie jest powabną nimfą, przypominającą mitologiczną Kirke kuszącą czarodziejką. Ubiera się w czerwony dres, na kruczoczarne włosy naciąga kaptur, pali papierosy i chodzi na podwórko wyrzucać śmieci. Jednak z miłości ledwo stoi na nogach. Bo o czym mogą śpiewać dziewczyny na blokowiskach, wychowane na Niewolnicy Isaurze, Zbuntowanym Aniele i „Bravo Girl”? O wielkiej niespełnionej miłości. Ot, prosta historia: ona go kochała, ale on jej nie. Myślała, że uda jej się go zatrzymać, a on poszedł dalej. Ból rozrywa jej serce, ale jednocześnie wstydzi się, że choć jest twardą dziewczyną z blokowiska, nie potrafiła poukładać świata po swojemu. Trochę jak w Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej, gdzie „(…) uczucia runęły, moje nerwy runęły, jestem przez nią zniszczony, jestem psychicznie i nerwowo konający”.

Maria Magdalena Kozłowska, „Ja już nie mogę”, widok wystawy
Maria Magdalena Kozłowska, „Ah mio cor schernito sei”, 2016, kadr z wideo
Maria Magdalena Kozłowska, „Ja już nie mogę”, 2019, kadr z wideo
Maria Magdalena Kozłowska, „Ja już nie mogę”, widok wystawy
Maria Magdalena Kozłowska, „Ja już nie mogę”, widok wystawy
Maria Magdalena Kozłowska, „Ja już nie mogę”, 2019, kadr z wideo

Czasem te blokowe dramaty mają jednak swoją dalszą część i po okresie stania ze szlugiem w ustach pod blokiem i patrzenia jak chłopaki jeżdżą beemką przychodzi epicki finał. O tym trochę opowiada kolejna praca Kozłowskiej – Ja już nie mogę. Ona (Iwona Noszczyk) to typowa mieszkanka blokowiska, sweter, spodnie i ufryzowane blond włosy. W młodości pewnie marzyła o wielkiej miłości, pelargoniach na balkonie i o mężczyźnie w szarym garniturze w stylu Ridge’a Forrestera z Mody na sukces. On (Cezary Biesiadecki) leży z głową opartą o blat stołu. Sytuacja pomiędzy nimi jest gęsta niczym najlepszy śląski żurek. Coś przez wiele lat narastało, kotłowało się, aż w końcu wybuchło w postaci niekontrolowanych pretensji: o zmarnowane życie, o brak pracy, o brak chęci do wszystkiego, o spuszczenie się po pijaku w gacie na spotkaniu u znajomych. Krzyk i żale żony przybierają podobnie jak w poprzedniej pracy Kozłowskiej formę operowego lamentu, który w pewnym momencie zostaje przerwany przez budzącego się męża. Ten pod wpływem narzekania żony, wyśpiewuje kantatę Bacha Ich habe genug (dosłownie: mam już dość). Te dwie postaci z historii muzyki powszechnej – Bach i Händel – nie pojawiają się tu przypadkiem. Przywołany w tekście kuratorskim Peter Sellars wspomina, że każdy z nich pisał muzykę dla złamanych ludzi, żeby dzięki niej mogli się pozbierać.

Kubiak we wszystkich pracach snuję autobiograficzną opowieść, szczelnie ukrytą w dawnych mieszkaniach, ale także w niej samej. Historię niewygodną, trudną, uwierającą i zostawiającą ślady jak za ciasne ramiączka od stanika, ale jednocześnie niezdrowo fascynującą, brutalną i wciągającą.

Na drugim piętrze z kolei swoją wystawę I made a model of you prezentuje Aleksandra Kubiak. W odczytaniu prac Kubiak, podobnie jak Kozłowskiej, nie bez znaczenia pozostaje kontekst miejsca, w którym znajduje się Kronika. Przed wojną mieszkała tu żydowska rodzina Cohnów, której codzienność gwałtownie przerwał wybuch wojny. Przestrzeń Kroniki, zanim stała się galerią, była miejscem życia zwyczajnych ludzi, których osobiste radości i dramaty na zawsze zostały zapisane w białych ścianach galerii. Figura domu, a właściwie trzech mieszkań, przewija się przez wszystkie prezentowane prace Kubiak. Przechadzając się po piętrze galerii odkrywamy elementy nie tyle składające się na całość, co raczej będące rodzajem tropów, które rozpadają się na jeszcze mniejsze mikroopowieści. Widzimy tu wideoperformanse Śliczna jesteś laleczko, Żyj głuptasie, Mięso słonia i obiekty: neon White Lillies Grow from My Head, obiekt przypominający wypełniony cementem plan mieszkania Powietrze w moim domu było ciężkie. Teraz waży 24 kilo i przedziwną lalkę w białym sweterku Mały tata, patrzącą nieruchomo na projekcje.

Kubiak we wszystkich pracach snuje autobiograficzną opowieść, szczelnie ukrytą w dawnych mieszkaniach, ale także w niej samej. Historię niewygodną, trudną, uwierającą i zostawiającą ślady jak za ciasne ramiączka od stanika, ale jednocześnie niezdrowo fascynującą, brutalną i wciągającą. Każda z tych historii dzieje się w innym mieszkaniu, w małej miejscowości Olszyna Lubańska, gdzie rozegrały się tragiczne wydarzenia, które zostawiły głęboką rysę w życiu artystki.

Literowanie luk codzienności. Rozmowa z Karoliną Wiktor Karolina Wiktor opowiada o swoich doświadczeniach i twórczości po zakończeniu działalności duetu Sędzia Główny CZYTAJ!

W latach 2001-2013 Aleksandra Kubiak i Karolina Wiktor tworzyły grupę Sędzia Główny. Przez cały okres swojej działalności umiejętnie łączyły wątki osobiste z problemami społecznymi, testując przy tym granice własnej wytrzymałości, widzów, instytucji, ale także samej sztuki. Po intensywnych latach działalności w 2009 roku dziewczyny zawiesiły działalność grupy. U Wiktor zdiagnozowano tętniaka w mózgu, a kilka lat wcześniej w tragicznych okolicznościach zmarła matka Kubiak. W wyniku splotu tych wydarzeń, każda z dziewczyn poszła własną drogą. Kubiak skupiła się na działaniach bardziej nakierowanych na siebie, własne doświadczenia, emocje i lęki. W prezentowanych w Kronice pracach podejmuje się najtrudniejszego działania artystycznego w swojej dotychczasowej działalności. Z chirurgiczną precyzją odsłania kolejne warstwy skóry, aż dochodzi do kości, po których drapie ostrym skalpelem. Artystka przez wiele lat zmagała się z traumą po śmierci matki. Posługując się własną historią przypomina, że to, co jest prywatne jest też polityczne, włączając do debaty kwestie uważane w społeczeństwie za zbyt osobiste, które nigdy nie powinny wybrzmieć poza ścianami domu.

Aleksandra Kubiak, „I made a model of you”, widok wystawy
Aleksandra Kubiak, „I made a model of you”, widok wystawy
Aleksandra Kubiak, „I made a model of you”, widok wystawy
Aleksandra Kubiak, „I made a model of you”, widok wystawy
Aleksandra Kubiak, „I made a model of you”, widok wystawy
Aleksandra Kubiak, „I made a model of you”, widok wystawy

Śliczna jesteś laleczko Kubiak za pomocą aktorki Elżbiety Lisowskiej-Kopeć stara się ożywić zamordowaną matkę. Wskrzeszanie zmarłych, przywoływanie ich z zaświatów od zawsze stanowiło kulturowe tabu. Zmarli nie należą do naszego świata, ich kości powinny na zawsze zostać w ziemi, a spokoju duszy nie wolno zakłócać. Kubiak przez długi czas spotyka się z aktorką. Uczy ją jak matka trzymała papierosa, ubiera ją w rzeczy, które zostawiła sobie na pamiątkę. Wspólnie lepią pierogi i rozmawiają o bolesnej rodzinnej historii. W finałowej scenie matka-aktorka stoi nad grobem, Kubiak stoi w pewnej odległości i zaczyna płakać. Pojawia się pytanie, kim jest ta stojąca nad grobem postać? Duchem? Widmem? Projekcją? Próbą pogodzenia się z przeszłością, na którą nie mamy już wpływu? Te próby są też widoczne w pozostałych dwóch pracach – Żyj głuptasie Mięso słonia. Choć kontekst rodziny, która nie jest w stanie uchronić jednostki przed krzywdą i przemocą, jest tu niezwykle silny i istotny, pojawia się też inna ważna cecha. Sztuka Kubiak jest spękana, podrapana, konsekwentna, a przy tym uwikłana w traumę, pamięć, seksualność, politykę, podświadomość oraz problemy tożsamościowe i wynikający z nich wstyd. I tak też jest pokazywana w Kronice, ale dokonuje się tutaj też symboliczne katharsis. „Sztuka ma działanie terapeutyczne, nie można się przed tym bronić”mówiła Wiktor Karolowi Sienkiewiczowi w czasach, gdy działały jeszcze Sędziny. W swoich najnowszych realizacjach Kubiak zdaje się podążać za tym głosem, poszerza także narzędzia performance, redefiniując na nowo jego formę. Włącza do nich osoby trzecie – aktorów, bawi się konwencją teatru powtarzając pewne kwestie czy wykorzystując bezpośrednio motyw teatralnej sceny. Wszystkie te działania mają jeden cel: rozliczenie z przeszłością i przeprowadzenie osobistej wiwisekcji na własnych wspomnieniach, ale i ukrytym wstydzie.

Cukierska skupia się w swoim programie na działaniach charakterystycznych dla Kroniki. Jest tu duży nacisk na lokalną współpracę i odziedziczone po poprzednich dyrektorach przekonanie, że sztuka jest społecznym procesem, który buduje się przez fedrowanie najbliższego otoczenia i jego problemów.

W obu wystawach dużo jest zasłaniania i odsłaniania, powtarzania pewnych gestów, historii. Wystawy pozwalają na tropienie podobieństw między pracami, mamią własną sensualnością, zmysłowością i mniej lub bardziej namacalnymi śladami. Chwilami można odnieść wrażenie, że bardziej niż o uczuciach i emocjach opowiadają o odbiciach. Wydaje się, że prace Kozłowskiej i Kubiak stykają się z sobą, wzajemnie dopowiadają kolejne sensy i znaczenia. Pozorna migotliwość wystaw przygnieciona zostaje powagą nawet nie tyle tematów, co różnego rodzaju kotłujących się w nas pytań. Najmocniejszym akcentem pozostają tu emocje – czasem wybuchowe, wykrzyczane, a czasem ukryte w kapiących po policzek łzach. Lepiej ich nie chować za ciężką zasłoną, bo po utracie oddechu zostanie nam tylko pustka i cisza. Nie można jednak zapomnieć, że sztuka Kozłowskiej i Kubiak to dwa zupełnie inne bieguny. Kozłowska jest chuliganką, która upija się z radości z koleżanką, bo „byłyśmy w Vouge”, Kubiak jako DDA opowiada o swojej sztuce i życiu na łamach „Wysokich Obcasów”. Na bytomskiej wystawie obie artystki odnoszą się do wynikającego z emocji zażenowania i wstydu, każda z nich we właściwy dla siebie sposób. Dzięki zestawieniu tych dwóch odmiennych estetyk udaje się na wystawie uniknąć z jednej strony nadmiernego moralizatorstwa i patosu, a z drugiej śmieszkowania i heheszkowania w wyniku czego powstaje swoistego rodzaju tragifarsa i jak to zwykle w życiu bywa, mamy tu „czasem słońce, a czasem deszcz”.

Gdy Agata Cukierska obejmowała stanowisko dyrektorki w bytomskiej Kronice, sytuacja w środowisku artystycznym na Górnym Śląsku wyglądała zgoła inaczej, niż było to w czasach Sebastiana Cichockiego i Stacha Rukszy. Cukierska nie musiała się już mierzyć z mitem Śląska jako artystycznej pustyni, bo zaledwie kilka kilometrów obok działają inne galerie: katowickie BWA, Szara czy Muzeum Śląskie. Stało przed nią jednak zadanie niełatwe, bo wraz z zespołem musiała nawet nie tyle odnieść się do tego, co robili jej poprzednicy, ale nadać Kronice nową twarz. Po prawie dwóch latach dyrektorowania Cukierskiej widać wyraźnie, że galeria stała się „łobuziarą” działającą trochę wbrew systemowi, generującą być może jeszcze nie do końca uświadomiony ferment.

Jestem twórcą kontentu. Rozmowa z Wiktorem Stribogiem Twórca "Krainy Grzybów" opowiada o swojej wystawie w CSW Kronika CZYTAJ!

W gruncie rzeczy Cukierska skupia się w swoim programie na działaniach charakterystycznych dla Kroniki. Jest tu duży nacisk na lokalną współpracę (jak chociażby działania z Dorotą Hadrian, Grzegorzem Hańderkiem czy Małgorzatą Szandałą) i odziedziczone po poprzednich dyrektorach przekonanie, że sztuka jest społecznym procesem, który buduje się przez fedrowanie najbliższego otoczenia i jego problemów (wystarczy tu wspomnieć o wystawie kuratorowanej przez Jakuba Gawkowskiego Najpiękniejsza katastrofa). Jednak Cukierskiej udaje się wraz z całym zespołem nie tylko chodzić na artystyczną szychtę, ale i spuszczać powietrze z ciężkiego balona konceptualizmu i po prostu dobrze się przy tym wszystkim bawić – co widać na przykładzie takich wystaw jak Nie mów mi jak mam żyć, Sny o byciu zjedzonym czy Księżyc jest tylko dla dorosłych. W „nowej” Kronice jest więc trochę dziewczyńsko, trochę młodzieżowo; aż czasem trudno uwierzyć, że ziemia pod Bytomiem podziurawiona jest jak ser szwajcarski, a Kronika stoi na niej tak mocno.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też