10.08.2018

Jestem twórcą kontentu. Rozmowa z Wiktorem Stribogiem

Karolina Plinta
Wiktor Stribog, ilustracja z serii „Gęgaloma”
Jestem twórcą kontentu. Rozmowa z Wiktorem Stribogiem
Wiktor Stribog, ilustracja z serii „Gęgaloma”
Robię bardzo różne rzeczy, niektóre można uznać za sztukę, jeśli ktoś ma na to ochotę, ale nie chcę występować z takiej pozycji, że ja jestem artystą i wszystko co robię, jest sztuką. Takie definiowanie siebie wywołuje często niepotrzebne emocje.

Karolina Plinta: Jesteś znany głównie jako twórca Krainy Grzybów TV, youtubowej serii o Agatce i wiewiórce Małgosi. Zastanawiam się, jaka była twoja droga do stworzenia tego cyklu i co robiłeś przed nim.

Wiktor Stribog: Przed Krainą Grzybów próbowałem być naukowcem, studiowałem kulturoznawstwo, a wcześniej jeszcze chciałem być artystą. Udało mi się zorganizować sobie jedną wystawę w galerii studenckiej w Lublinie, Chatce Żaka. Kraina Grzybów była wypadkową moich zainteresowań naukowych (memów i wirali), oraz moich artystycznych poszukiwań i samego zagłębienia się w świat internetu jako jego bardzo intensywny użytkownik, co z kolei poskutkowało założeniem fanpejdża Jestę Kotę Jak Również Doktorantę. On uzmysłowił mi, jaka jest siła internetu.

Więc zamiast w galerii, zafunkcjonowałeś w internecie.

Na początku chodziłem na wystawy w Lublinie i działem też jako krytyk, starałem się więc obserwować sztukę od środka, ale po prostu w pewnym momencie się zniechęciłem. Jak spojrzałem na wszystko od kuchni, czułem mocny dysonans pomiędzy tym, co dzieje się w internecie, oddolną twórczością ludzi, a tym, jak wygląda to w galeriach, gdzie sztuce towarzyszy instytucjonalna otoczka i wiąże się to z towarzyskim naburmuszeniem – do galerii przychodzą ludzie z jakimiś umiejętnościami, ale do razu nazywani są „artystami”, nad których „sztuką” trzeba się pochylić. W internecie wszystko dzieje się bardziej oddolnie, ciekawiło mnie też wyłaniające się z głosów internautów krytyczne podejście do sztuki. Jakiś czas temu wirowały w sieci na przykład takie memy o sztuce, gdzie były zestawione dwa obrazki – bardzo misterne graffiti i jakiś przykład minimalistycznej sztuki współczesnej z podpisami: „This is art, and this is shit”.

I takie podejście ci odpowiada?

Nie, z czasem po prostu zrozumiałem, skąd się ono bierze. Wiadomo, w galeriach też można znaleźć rzeczy, które spodobałyby się internetowym odbiorcom i te dwie sfery: artystyczna i internetowa – ciągle się przenikają. Natomiast sama instytucjonalna otoczka i atmosfera galeryjna bardzo ludzi odstrasza. Dlatego zrezygnowałem ze swoich planów zostania artystą i zacząłem działać w sieci.

A co robiłeś jako wannabe artysta?

Jako artysta urządziłem sobie wystawę we wspomnianej już Chatce Żaka, gdzie na dobrą sprawę każdy może sobie zrobić pokaz. Były to takie wielkoformatowe rysunki markerem na szarym papierze (studencki budżet), do wystawy zrobiłem nawet muzykę i to jakoś razem grało. Pamiętam jednak, że po wernisażu czułem pewien niedosyt, ponieważ nie miałem żadnego feedbacku – ludzie przyszli, pooglądali sobie i na tym interakcja się skończyła. Nie wiedziałem nawet, czy im się spodobało. Koniec końców stwierdziłem, że to nie jest droga, którą chcę podążać.

Dosyć oczywistym środkiem na stworzenie wiralu w przypadku Krainy Grzybów było działanie nostalgią, czyli robienie rzeczy, które wyglądają jak stworzone w przeszłości. To jest jak ze starymi piosenkami, których kiedyś nie chciało się słuchać, a teraz budzą wzruszenie, bo łączą się ze wspomnieniami i doświadczeniami z młodości.

W internecie lepiej.

Dokładnie. Wrzucasz tam, co chcesz, i jeśli faktycznie jest w tym coś interesującego, to to zaczyna się samo bronić. W internecie masz także szansę trafić w bardzo niszowe gusta, większą niż w galerii.

Nisza niszą, ale twoja seria o Krainie Grzybów na dobrą sprawę zdobyła gigantyczną popularność. Masz fanów rozsianych po całym świecie, a nawet wpis na Wikipedii, co ciekawe – włoskiej. Pomysł, żeby działać w internecie był więc niegłupi, ale jednak nie każdemu internaucie udaje się osiągnąć taki sukces. Zastanawiam się, jak to się stało, że udało ci się wyprodukować taki hit.

Będąc na studiach kulturoznawczych, badałem internet i sposób jego działania. Pamiętam, że w środowisku naukowym panowała wtedy taka opinia, że powstawanie wiralów jest sytuacją czysto losową i nie ma żadnego sposobu, żeby go zagwarantować. Z moich obserwacji jednak wynikało, że są pewne środki na osiągnięcie wiralu.

Wiktor Stribog, ilustracja z serii „Berkelesz”
Wiktor Stribog, ilustracja z serii „Berkelesz”
Wiktor Stribog, ilustracja z serii „Berkelesz”

I co potencjalnie może stać się wiralem?

Dosyć oczywistym środkiem na stworzenie wiralu w przypadku tego projektu było działanie nostalgią, czyli robienie rzeczy, które wyglądają jak stworzone w przeszłości. To jest jak ze starymi piosenkami, których kiedyś nie chciało się słuchać, a teraz budzą wzruszenie, bo łączą się ze wspomnieniami i doświadczeniami z młodości. Ja sam nie kopiuję żadnych tekstów kultury, ale naśladuję ich estetykę i brzmienie, więc moje filmy otwierają te same szufladki w głowie. Ludziom bardzo często wydaje się, że znają je z przeszłości, że już kiedyś je widzieli, oglądali, słyszeli… Ludzie lubią to, co znają, jeśli więc stworzysz coś, co ludziom wydaje się znajome, ich otwartość i empatia automatycznie wzrastają. Tak to zadziałało w przypadku Krainy Grzybów, ale jest to tylko jeden z wielu środków, które tam zastosowałem. Moim celem było stworzenie brudnej bomby i próbowałem w Krainie Grzybów dosłownie wszystkiego – choćby prostych sztuczek psychologicznych, na przykład niedokończonych zdań, które zmuszają ludzi do zastanawiania się, o co chodzi i jakie jest znaczenie danej wypowiedzi, słów.

Trudno ci odmówić lingwistycznych zdolności. W Krainie Grzybów posługujesz się bardzo specyficznym językiem.

Staram się naśladować różne archaiczne określenia, sformułowania z poprzedniej epoki lub dziecinne, zdania są urwane. W Krainie Grzybów jest jakaś fabuła, ale poszatkowana i niekonkretna, trzeba ją sobie uzupełniać samodzielnie.

Psychodeliki to najprostsze skojarzenie. Wiadomo, że jeśli coś nie przedstawia jakiegoś normalnego świata, to od razu musi wiązać się z narkotykami i wizjami narkotycznymi – tak z reguły interpretowany jest wszelki surrealizm. Ale pojawiło się dużo więcej ciekawych teorii, które miały wyjaśniać zagadkę Krainy Grzybów.

Kim są główne bohaterki serii, Agatka i Małgosia?

Małgosia może być wszystkim, to bohater, o którym nie wiadomo, czy jest dobry czy zły, czy zwodzi Agatkę na manowce, czy próbuje ją uratować. Jest niezidentyfikowana płciowo, niby nazywa się Małgosia, ale jest owłosiona jak mężczyzna, takie nie wiadomo co. Agatka jest za to niewinną istotą, która jest zagubiona albo porwana, też nie wiadomo.

Niby niewinna, ale też mocno psychodeliczna.

Nie znamy jednak przyczyny tej psychodeliczności.

Na temat Krainy Grzybów powstało mnóstwo teorii spiskowych. Jedna z nich na przykład głosi, że Kraina… jest tak naprawdę o bombie atomowej. Druga, że chodzi o grzyby halucynogenne.

Psychodeliki to najprostsze skojarzenie. Wiadomo, że jeśli coś nie przedstawia jakiegoś normalnego świata, to od razu musi wiązać się z narkotykami i wizjami narkotycznymi – tak z reguły interpretowany jest wszelki surrealizm. Ale pojawiło się dużo więcej ciekawych teorii, które miały wyjaśniać zagadkę Krainy Grzybów. Tak przynajmniej myśleli ludzie, że jest to zagadka z jednym rozwiązaniem. Teoria atomowa zapoczątkowała zresztą boom na szereg bardziej rozbudowanych interpretacji, ponieważ jej twórca odnalazł niektóre materiały z domeny publicznej, których użyłem w filmach, i okazało się, że jeden z nich pochodzi z filmu propagandowego opowiadającego o bombie atomowej.

Użyłeś tego materiału świadomie?

Tak, choć dla mnie nie był to wybór znaczący. W domenie publicznej po prostu najwięcej jest materiałów z lat 50. i 60., one były też najciekawsze wizualnie, stąd ten wybór. Poza teorią atomową, były też teorie gwałtu i pedofilii – widać, że ludzie wypełniają pustki w Krainie Grzybów własnymi strachami i obsesjami.

Wiktor Stribog, „Berkelesz”, „Gęgaloma”, fot. Marcin Wysocki
Wiktor Stribog, ‚Es el ordenador”, wideoklip, fot. Marcin Wysocki
Wiktor Stribog, „Sny o byciu zjedzonym”, widok wystawy, fot. Marcin Wysocki
Wiktor Stribog, „Berkelesz”, „Gęgaloma”, fot. Marcin Wysocki
Wiktor Stribog, „Kraina grzybów”, fot. Marcin Wysocki
Wiktor Stribog, „Ballada w rytmie dżins”, fot. Marcin Wysocki

Tworząc Krainę Grzybów, bardzo długo byłeś anonimowy, co też rozpalało wyobraźnię fanów. W końcu jednak się ujawniłeś, czemu?

Nigdy nie było moim planem, żeby na zawsze pozostać anonimowym, tym bardziej, że chcę robić nowe rzeczy. Jak już zbudowałem sobie fanbazę, warto to wykorzystać. Ludzie też w pewnym momencie odkryli, kim jestem – to była grupa ludzi, która różnymi tropami internetowymi doszła do mnie i dziewczyny grającej Agatkę. Co ciekawe, oni wtedy zawarli pakt, że nie mogą tej wiedzy ujawnić światu i usunęli z forum wszystkie materiały na ten temat. Stworzyli rodzaj bractwa, które żyło swoim życiem, produkowało na podstawie prawdziwych faktów kolejne teorie na mój temat i dochodziło w nim do rozłamów.

A nie kusiło cię, żeby właśnie wykreować postać tajemniczego Wiktora, twórcy Krainy Grzybów, polskiej wersji Banksy’ego, który konsekwentnie się nie ujawnia?

Niby tak, ale z drugiej strony taka sytuacja wielkiej kreacji też nie do końca mnie kręci. Zresztą, jeden Klocuch już w Polsce jest i drugiego nie będzie. Nie ma co z nim konkurować.

Wydaje mi się, że na swój sposób Kraina Grzybów wyprzedza Klocucha.

Czy ja wiem? Teraz też będzie pokazywał prace na wystawie w Warszawie, wiem nawet, że planuje na nią coś nowego.

Ale jego filmy są po polsku i z tego co wiem jest znany tylko w Polsce.

Sposób komedii Klocucha jest bardzo językowy i faktycznie trudno go przetłumaczyć, w przypadku Krainy Grzybów jest inaczej. Pierwszy odcinek ma tłumaczenie w 17 językach, w tym po chińsku i mongolsku.

Pamiętam taki ciekawy moment, kiedy jeszcze byłeś anonimowy, ale zacząłeś wypuszczać gadżety fanowskie.

Wtedy też pojawiła się kolejna teoria, że to wszystko jest tak naprawdę chwytem marketingowym – że filmy mają promować sklep, który ma promować filmy, na dobrą sprawę nie wiadomo było, co ma co promować, i tak dalej… Wtedy była to dość duża kontrowersja. Oczywiście, tworząc Krainę Grzybów brałem pod uwagę, że reakcje mogą być różne. Stąd na przykład zdecydowałem się zasłonić oczy osobom grającym w Krainie– w końcu jeśli coś się stanie wiralem, oddźwięk może być pozytywny, ale też może wyniknąć z tego wielki hejt. Chciałem więc chronić tożsamość aktorów. Na dobrą sprawę poza akcją hejterską wokół koszulek fanowskich nic takiego się nie zdarzyło. Kiedyś zresztą na spotkaniu fanowskim miałem okazję poznać byłego hejtera. Hejterów trzeba pielęgnować, bo mogą stać się twoimi największymi fanami.

Pomiędzy miłością i nienawiścią jest bardzo cienka granica.

To są dwie strony tego samego medalu, którym jest obsesja na temat danej treści czy osoby. Od sytuacji życiowej i emocjonalnej delikwenta zależy czy ta obsesja przybierze postać fanostwa czy hejtu. Jest to bardzo płynne.

Wiktor Stribog, „Kraina grzybów”, fot. Marcin Wysocki
Wiktor Stribog, „Sny o byciu zjedzonym”, widok wystawy, fot. Marcin Wysocki

Powracając jednak do 2018 roku, wystawa w Kronice to chyba twoja pierwsza wystawa od prezentacji w Chatce Żaka. Powracasz więc do galerii, cóż to znaczy?

Czy ja wiem, czy powracam? Mówiłem wielokrotnie, że nie lubię określenia „artysta” i to jest wciąż aktualne.

A jednak wchodzisz w te buty. Był wernisaż, na nim winko, przemowy kuratora i dyrektorki galerii, teraz rozmowa z krytyczką…

Dla mnie była to po prostu okazja, żeby zrobić coś w przestrzeni innej niż internet, gdzie – wiadomo – mogę wszystko wrzucić.

Nie bałeś się tego? To jest już jednak inna sytuacja i wiążą się z nią inne wyzwania.

Trochę tak, ponieważ pewne moje rzeczy są na granicy żartu i sztuki. Choć ostatnio jestem już na takim etapie, że zauważam, że wiele zależy po prostu od kontekstu – sztuka i memy często siebie przypominają. Opinie na ten temat są jednak podzielone, gdy brałem udział w dyskusji w MSNie usłyszałem na przykład, że pokazywany przeze mnie film Sposoby na bycie syreną to bardziej żart internetowy i nie pasuje do galerii.

Sztuka też może być humorystyczna, artyści też lubią żartować, na dobrą sprawę więc to chyba nie jest faktyczny problem. Bardziej mnie interesuje twoje podejście do formatu wystawy – czy to dla ciebie jakiś nowy etap, czy może po prostu tworzysz galeryjne lustro Krainy Grzybów, ilustrację do stworzonej już serii?

Raczej nie widzę tego jako level upu, dla mnie nadal najważniejszy jest internet. Swoją publikę już mam i pokaz w galerii raczej nie sprawi, że ona się zwiększy, ale jest to okazja by zrobić coś w trójwymiarze. Swoją drogą wymagało to strasznie dużo pracy.

Materializacja moich cyfrowych wytworów średnio mnie interesuje, a jak już to robię, na przykład sprzedając plakaty, to nie kreuję sztucznego „niedostatku” limitowaną ilością produktów. Salony niech się bawią w swoją jednoprocentową grę, ja wolę się bawić z całym podwórkiem.

W Kronice stworzyłeś coś w rodzaju psychodelicznego mieszkania, w którym z jednej ze staromodnych szaf wyłaniało się ciało ukatrupionej Agatki. Były oczywiście telewizory, na których leciały odcinki Krainy Grzybów, ale i sporo elementów para-rzeźbiarskich. Wybrałeś plastelinę jako swoje narzędzie do ich konstrukcji.

Nie jestem artystą przeszkolonym w ASP, nie znam się więc na materiałach do rzeźbienia, a plastelina jest stosunkowo łatwa do pracy. Była ona też o tyle dobra, że kojarzy się z dzieciństwem i szkołą, a ja ostatnio nawiązuję też do takiej estetyki szkolnych elementarzy, szczególnie w nowej serii o gęsiach.

Stąd te gęsi pojawiające się na wystawie. Czym jest ta seria?

Serię Gęgaloma zapoczątkowałem jakiś czas temu i jeszcze planuję ją kontynuować, niewykluczone, że zrobię z tego jakąś książkę. Jest to opowieść o gęsiej apokalipsie, gdzie wszystko zamienia się w gęsi, także ludzie, i zaczynają się tam dziać dziwne rzeczy politycznie i społecznie. Wszystko jest jednak pokazane w konwencji niewinnej edukacyjnej narracji.

Wiktor Stribog, ilustracja z serii „Gęgaloma”
Wiktor Stribog, ilustracja z serii „Gęgaloma”
Wiktor Stribog, ilustracja z serii „Gęgaloma”
Wiktor Stribog, ilustracja z serii „Gęgaloma”

Na wystawie w Kronice ludziom zamieniającym się w gęsi towarzyszą też zwierzęta z ludzkimi nogami.

To już inna seria, Animals, Except With Human Legs. Już sam tytuł jest absurdalnie długi i sugeruje, że komuś potencjalnie odwaliło. Zwierzęta, tylko że z ludzkimi nogami. Miało to brzmieć jak pomysł wymyślony w pięć sekund i w zasadzie tak było. Wiele z moich pomysłów zaczyna się od takiego dziwnego zdania, które pojawia się mi w głowie i nie wiem co z nim zrobić. Często leżakują w notatniku aż znajdę dla nich zastosowanie. Fanpejdż dla tego projektu tak naprawdę założyłem dobre kilka lat zanim wiedziałem, co na nim będzie się znajdować.

Język tego komiksu jest dość zagadkowy. Trochę jakby angielski, a trochę niemiecki?

Upodobanie do gier językowych mam jeszcze z czasów tworzenia fanpejdża Jestę Kotę Jak Również Doktorantę, w którym posługiwałem się łamanym językiem i ludzie to podłapywali. Dodaje to moim komiksom absurdalności, niektóre słowa trudno w ogóle odczytać. Celem tych komiksów nie jest robienie żartów, choć efekt bywa humorystyczny, tylko dekonstrukcja samego żartu i internetowego komiksu.

Wiktor Stribog, komiks z serii „Animals, except with human legs”
Wiktor Stribog, komiks z serii „Animals, except with human legs”

Czyli co, pokazujesz się w galeriach, ale wciąż nie jesteś artystą?

Jestem twórcą kontentu. Robię bardzo różne rzeczy, niektóre można uznać za sztukę, jeśli ktoś ma na to ochotę, ale nie chcę występować z takiej pozycji, że ja jestem artystą i wszystko co robię, jest sztuką. Takie definiowanie siebie wywołuje często niepotrzebne emocje.

Dodam, że mogą być to emocje zarówno ze strony internautów, jak i znawców sztuki. W Kronice pokazałeś choćby wydruki swoich prac wystylizowane na obrazy, z których ścieka plastelina. Z perspektywy specjalistów to właściwie profanacja, artystyczna podróbka. Gdy myślę o malarstwie uprawianym serio, trudno zapomnieć jak ważna jest w nim forma, jakich używa się farb i prowadzi się pędzel, a tutaj dostajemy raczej żart z tematu.

Dla mnie kwestie formalne są dość nieistotne, nie mam też środków, żeby zainwestować w formę. Posługuję się stosunkowo prymitywnymi środkami, rysuję markerem, rysunki kopiuję do komputera nawet nie skanerem, a aparatem. Dla mnie najważniejsze jest wywołanie emocji, a to, czy jest to perfekcyjne warsztatowo, jest dla mnie mniej istotne. Jest dużo sztuki doskonałej, jeśli chodzi o wykonanie, która ludzi nie porusza.

Może porusza znawców sztuki. Albo kolekcjonerów. Gdybym była kolekcjonerką, pewnie chętnie kupiłabym sobie jakiś obraz, ale raczej nie twój – wystarczy mi kontemplacja w internecie.

Nie celuję w rynek sztuki. Świat kolekcjonerów, drogocennych unikatowych przedmiotów jest mi zupełnie obcy, bo wychowałem się wśród tanich meblościanek i kalendarzy z przyrodą. Materializacja moich cyfrowych wytworów średnio mnie interesuje, a jak już to robię, na przykład sprzedając plakaty, to nie kreuję sztucznego „niedostatku” limitowaną ilością produktów. Salony niech się bawią w swoją jednoprocentową grę, ja wolę się bawić z całym podwórkiem.

Czy Kraina Grzybów to już skończony projekt?

Oficjalnie tak, choć zakończenie Krainy grzybów jest dość otwarte, więc zawsze istnieje możliwość, że będzie ona kontynuowana w jakiejś formie. Może powstanie coś w tym samym uniwersum…

I ciągle będziesz pracował z estetyką retro, melancholią?

Myślę, że moda na nostalgię nie przeminie. Zauważ, że żyjemy w czasach, które zmieniają się bardzo dynamicznie, nasza rzeczywistość jest zupełnie inna od tej, w której żyli nasi przodkowie, gdzie kilka pokoleń mogło mieć całkiem zbliżone doświadczenie świata. Dzisiaj wystarczy jedna dekada, by te doświadczenia były drastycznie inne, stąd nostalgia jako odpowiedź na to przyśpieszenie. Fascynują mnie też estetyki, które odchodzą, by później powrócić – lubię szukać tych estetyk, które w danym momencie są passé.

Ja mam wrażenie, że Kraina Grzybów posługuje się bardzo modną estetyką.

Teraz, ale jeszcze kilka lat temu nie było to takie oczywiste. Dużo też zależy od środowiska. Estetyka PRL-owska jest w modzie w gronie hipsterów lub ludzi kultury, ale jakbyś zaproponowała to ludziom z bytomskich przedmieść, to pewnie by ją odrzucili. Pewne rzeczy więc powracają, ale nie jest to zjawisko mainstreamowe. Myślę więc, że to jest fajna droga – opowiadanie nowych historii starym językiem, przez pryzmat kontekstu, który już nie istnieje i jest w jakiś sposób obcy i jednocześnie dziwnie znajomy.

A jeśli chodzi o przyszłość, to co planujesz?

Na razie siedzę w tym, co zacząłem i będę siedział aż mi się znudzi. Choć interesuje mnie nie tylko estetyka polskiego doświadczenia, ale też amerykańska duchologia – dużo ciekawych rzeczy można znaleźć na przykład na takich stronach jak Everything Is Terrible! Oni mają zupełnie inną tradycję telewizji i jest tam dużo rzeczy do wyciągnięcia i wykorzystania.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaWiktor Stribog
WystawaSny o byciu zjedzonym
MiejsceCSW Kronika, Bytom
Czas trwania28.07–7.09.2018
KuratorPaweł Wątroba
Strona internetowakronika.org.pl
Indeks

Zobacz też