16.12.2020

Czy kiedyś jeszcze zaznam spokoju? Joanna Piotrowska w Zachęcie

Agata Pyzik
Tekst opublikowany w magazynie Szum 31/2020
Joanna Piotrowska, Bez tytułu, 2014
Czy kiedyś jeszcze zaznam spokoju? Joanna Piotrowska w Zachęcie
Joanna Piotrowska, Bez tytułu, 2014
Ze względu na fotograficzną naturę dzieła Piotrowskiej przedstawione pozy przybliżają się do zdjęć poglądowych w książkach medycznych mających ukazać jakieś schorzenia psychiczne i fizyczne. Fotografia wzmaga też poczucie uwięzienia i unieruchomienia ciał, którymi, niczym wielką marionetą, poruszano z zewnątrz za pomocą jakichś impulsów i efektów.

Jestem taka – jestem taka zmęczona.
Bolą mnie ręce – boli mnie cała głowa.
Paranoja jest goła!
Kora, Paranoja jest goła

Dziś od rana czuję coś, co nazywam „sztywnicą” – rodzaj paraliżu ciągnącego się od gardła, przez cały przełyk, aż do żołądka, który wieńczy ognista kula kłującego, przeszywającego bólu. Nie, nie umieram, czytelniku, mam jedynie atak paniki. Stres związany z kolejną falą pandemii; tym, czy sobie poradzę, czy świat aby nie zniknie do końca roku (przynajmniej taki, który daje się jeszcze jakoś zaakceptować). Wystawa Joanny Piotrowskiej w Zachęcie, pierwsza tak duża solowa prezentacja w Polsce tej wschodzącej międzynarodowej gwiazdy, opowiedziała mi o tym, co sama czuję, i co, jak podejrzewam, czuje większość – choć najnowsze pokazywane w Zachęcie prace powstały w 2019, a nie 2020 roku. Artystka zrobiła to przez wykorzystanie języka gestów, przez specyficzne ułożenie ciał – skręconych w osobliwych bolesnych konwulsjach, pozamykanych szczelnie we wnętrzach niczym w terrariach. Jak my podczas pierwszego i zapewne tego zbliżającego się lockdownu.

Mam może banalny, ale rzadko zawodzący mnie klucz do twórczości artystycznej. Otóż jeśli czyjąś twórczość udaje się sprowadzić do czegoś bardzo prostego, pojedynczej idei, mimo że prowadzi do niej wiele zawijasów i pokrętna droga, to już sporo. Wielu twórców za swoimi zawijasami nie skrywa bowiem nic. Natomiast ci, którzy skrywają jedną, dwie lub więcej rzeczy, bywają już twórcami wybitnymi.

U Piotrowskiej proste elementy stają się uncanny, po freudowsku niesamowite. „Niesamowitością” promieniują wnętrza – które choć pozornie zwyczajne, nawet przytulne, nie dają poczucia bezpieczeństwa. Postaci zachowują się jak podczas seansów spirytystycznych: skupione i nieruchome, jakby krążyły między nimi duchy i przekazywały niesamowite treści.

Wydaje mi się, że Joanna Piotrowska jest na razie autorką jednej obsesji, gra na jednej nucie – ale jak ta nuta potrafi donośnie wybrzmieć! Przekonałam się o tym na Zaduchu, na który szłam bez większego przekonania. Wystawę Piotrowskiej poprzedzał spory hajp, bo to artystka dziś bez wątpienia modna – a to zawsze budzi moją podejrzliwość. Niemniej jej twórczość od lat dobijała się, dotąd bezskutecznie, do mojej świadomości. A to, co zaskakiwało mnie od początku, zarówno w samej sztuce, jak i w sukcesie Piotrowskiej, to właśnie fakt, jak bardzo ta twórczość jest prosta, jak mocno zasadza się na kilku powtarzalnych pomysłach i motywach. Artystka pomysły te obsesyjnie drąży i dąży w ich realizacji do perfekcji. Jest w tym boleśnie trafna – na tyle boleśnie, że szybko mam tej sztuki dość; ale mam dość i dlatego, że sztuka prosta i powtarzalna staje się końcu irytująca. Jednak Piotrowska jest najlepsza właśnie wtedy, kiedy trzyma się swoich obsesji.

Ciało we wnętrzu

Ciała u Piotrowskiej rzadko mają twarze. Są jak postaci uporczywie powracające w snach, ale nie takie, które nas prześladują; przeciwnie, to ci, do których rozpaczliwie próbujemy dostać się my, śniący. Ciekawe są podobieństwa i zbieżności tego, co artystka próbuje przedstawić przez odwołanie się do rozmaitych teorii psychoanalitycznych, zwłaszcza ukutych przez myślicieli identyfikujących się z tak zwanym zwrotem afektywnym. Od połowy lat 90. wielu badaczy, zainspirowanych między innymi pismami Gilles’a Deleuze’a i Félixa Guattariego o Spinozie i filozofii baroku, zaczęło eksplorować teorię afektów jako sposób rozumienia tych sfer doświadczenia, włącznie z doświadczeniem ciała, która nie dopasowuje się do racjonalnego paradygmatu reprezentacji. Podejście afektywne jest zainteresowane najszerszym możliwym spektrum zetknięć i przecięć ciała i afektu, które, co więcej, nie muszą ograniczać się do doświadczeń i emocji ludzkich. U Piotrowskiej podstawowe są te dwie sfery: jedna afektywna, druga – perwersyjna.

Płynna granica władzy. „How Are You” Joanny Piotrowskiej Wystawę Joanny Piotrowskiej "How Are You" w Fundacji Razem Pamoja recenzuje Daria Skok CZYTAJ!

Piotrowska podejmuje temat interakcji ciał z przestrzenią, ciał poruszanych afektami, emocjami; to przygody ludzi, którzy są przede wszystkim czującymi ciałami, a nie chłodno analizującymi swoje położenie racjonalnymi podmiotami. W poszczególnych cyklach, zwłaszcza w Stable Vices Frowst, próbuje dociec, jak afekt ożywia ciało i – w konsekwencji – odpowiedzieć na odwieczne pytanie: czy to ciało jest więzieniem dla umysłu, czy to umysł i irracjonalność są więzieniem dla ciała? Wydaje się, że u Piotrowskiej te dwie rzeczy dzieją się jednocześnie. Wszystkie przedstawione przez nią sytuacje i osoby zdają się przede wszystkim cierpieć. Cierpi ciało, uwięzione i wykręcone w dziwnych, nienaturalnych pozach albo gestach, które ucieleśniają jakieś skrajne emocje i lęki – a więc cierpi i dusza. Interesuje mnie tu kwestia bólu – czyli momentu, w którym swego rodzaju „nadmiar siebie” w środku powoduje, że chciałoby się siebie „wyrzygać”, aby ciało eksplodowało, choć „ja” pozostaje cały czas uwięzione, dusząc się tak niemiłosiernie. Ze względu na fotograficzną naturę tego dzieła przedstawione pozy przybliżają się też do zdjęć poglądowych w książkach medycznych mających ukazać jakieś schorzenia psychiczne i fizyczne. Fotografia wzmaga też poczucie uwięzienia i unieruchomienia ciał, którymi, niczym wielką marionetą, poruszano z zewnątrz za pomocą jakichś impulsów i efektów.

Joanna Piotrowska, „Vital points I”, 2019
Joanna Piotrowska, Bez tytułu, 2015

Artysta jest dziś zobowiązany wiedzieć dużo więcej niż kilkadziesiąt lat temu, bo też niewyobrażalnie powiększyła się ilość dostępnych informacji. Czasem wydaje mi się, że niektórzy artyści, którzy zabierają się do poważnych tematów czy próbują intelektualizować swoje prace, są tymi, którzy nie powinni tego robić, nie mają do tego wystarczającego przygotowania, ich przemyślenia są płytkie, więc spłaszczają oni elementy swoich prac, które dużo lepiej wypadłyby realizowane intuicyjnie. U Piotrowskiej panuje zrównoważenie jej zainteresowań naukowych czy intelektualnych z tym, co jest w stanie wykonać, z jej wizją. Mimo wielu nawiązań czuć, że nie jest to dzieło chłodno wykalkulowane, ale wręcz pulsujące od emocji.

[…]

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 31. numerze Magazynu „Szum”.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 31/2020

Zobacz też