24.01.2020

Czuły modernizm

Małgorzata Złotkowska-Mikita
Widok na balkony budynku przy ulicy Promyka 5 po zdjęciu szkła zbrojonowego, archiwum prywatne
Czuły modernizm
Widok na balkony budynku przy ulicy Promyka 5 po zdjęciu szkła zbrojonowego, archiwum prywatne
Z 13 piętra bloku przy Promyka 1 z zapartym tchem obserwowałam budowę nowego budynku wyrastającego w obłokach cementowego pyłu i wśród iskier spawanych zbrojeń. Kiedy powstał, odnosiło się wrażenie, że jest luksusowy na miarę Nowego Jorku czy Paryża. Błyszczał w słońcu przeszkleniami balkonów, liniami pięter.

Zanim przeprowadziliśmy się na Promyka, mieszkaliśmy przy Mokotowskiej, w mieszkaniu dziadków, razem z siostrami mojej mamy i często całym tłumem „przygarniętych“ chwilowo „bezdomnych” studentów – przyjaciół rodziców i ciotek. Mieszkanie przy Promyka, jak to się wówczas mówiło, „dostał” mój tata z puli mieszkań przydzielanych inżynierom i architektom pracującym w kilku warszawskich biurach projektów. Dzięki temu od samego początku wśród mieszkańców mieliśmy wielu znajomych, osób o podobnych zainteresowaniach. Z racji tego, że w czasie przeprowadzki miałam dwa lata, niespecjalnie pamiętam szczegóły, jednak mogę odtworzyć pierwsze wrażenia i zapamiętane wspomnienia rodziców. Budynki były wówczas trzy, bo „deska” przy Promyka 5 była dopiero w planach. Mieszkaliśmy na 13 piętrze przy Promyka 1. Wprawdzie tuż po przeprowadzce na pytanie, jak mi się podoba, odpowiedziałam, że jest ładnie, ale chciałabym już wracać do domu, niemniej to, co zastaliśmy, musiało robić wrażenie, choćby poprzez kontrast ze starą (skądinąd piękną) kamienicą i zabudową okolic placu Zbawiciela. Wszystko było nowe i nowoczesne, jasne, czyste w formie, a widok z okna na 13 piętrze zapierał dech w piersiach – jednym z zachwytu, innym z przerażenia.

Mieszkania powszechnie nazywano klitkami, mniejsze pokoje (o szerokości 1,80 m) – tramwajami, mieszkańcy wyższych pięter żyli w wiecznych emocjach z powodu częstych awarii wind, a w 1977 roku, w czasie trzęsienia ziemi w Rumunii masowo wybiegali na zewnątrz przerażeni huśtającymi się żyrandolami i wodą wychlapującą się z akwariów. Komuś podobno „wybuchły” kryształy w meblościance.

Mieszkanie było maleńkie. Dwa pokoje, 38 metrów kwadratowych, z luksusem w postaci „widnej” kuchni, którego to luksusu doświadczali jedynie mieszkańcy szczytowych mieszkań – czterech na każdym piętrze. Dzięki temu mieliśmy widok na dwie strony świata, a także… stałe zagrożenie pożarowe, bo przy otwartym oknie kuchennym przeciąg gasił płomień na kuchence, zdarzało się, że tenże płomień podpalał fruwającą w oknie firankę. Szczytowe mieszkanie miało jeszcze tę cechę, że wiecznie hulający po osiedlu wiatr dawał niesamowite koncerty, odbijając się od ściany i niszy za oknem kuchennym.

Moje przywiązanie do estetyki tego osiedla powoduje, że z pewnością nie jestem obiektywna, ale uwielbiałam tu wszystko. Począwszy od kilku pokracznych drzew na głównym placu, poprzez łąkę górnolotnie zwaną trawnikiem ze wszystkimi badylami, które ją porastały, poprzez windy, ze szczególnym uwzględnieniem dużej, powolnej, towarowej, zamykanej rozsuwaną kratą, i budzące dreszcz emocji francuskie balkony w szczytach klatek schodowych, aż po charakterystyczne, modernistyczne, obciągnięte czerwonym lub niebieskim, śliskim tworzywem barierki lastrykowych schodów, zakręcające tak, że zbiegało się z 18 piętra w dół, nie odrywając dłoni od poręczy. Kanelowania pod oknami, okładzina elewacji z małych, jasnych kosteczek, czarne rurki podtrzymujące daszki nad wejściami, przeszklone hole wejściowe…, a wszystko wkomponowane w otoczenie modernistycznej zabudowy willowej. To ze sobą grało, współdziałało, tworzyło całość mojego świata i ukształtowało moje poczucie estetyki na zawsze.

Odbudowa Warszawy i miastobójstwo „małego Paryża”. Spór o odbudowę 70 lat później Powojenną przemianę Warszawy w tekście z książki "Spór o odbudowę Warszawy. Od gruzów do reprywatyzacji" omawia Tomasz Fudala CZYTAJ!

Oczywiście, odbiór osiedla wśród dorosłych był mniej jednoznaczny. Wszechobecne w latach sześćdziesiątych usterki: przemarzające ściany, cieknące rury, niedomykające się drzwi, krzywe podłogi i sufity. Nie mówiąc już o ogólnych wrażeniach starszego pokolenia: mój dziadek, przychodząc w odwiedziny, miał od progu klaustrofobię, lęk wysokości i narzekał, że przeprowadziliśmy się „na koniec świata”, na wieś, Wygwizdów, a właściwie to prawie pod Płock… ;). Mieszkania powszechnie nazywano klitkami, mniejsze pokoje (o szerokości 1,80 m) – tramwajami, mieszkańcy wyższych pięter żyli w wiecznych emocjach z powodu częstych awarii wind, a w 1977 roku, w czasie trzęsienia ziemi w Rumunii masowo wybiegali na zewnątrz przerażeni huśtającymi się żyrandolami i wodą wychlapującą się z akwariów. Komuś podobno „wybuchły” kryształy w meblościance.

Widok osiedla Kępa Potocka od strony Łachy Potockiej, archiwum prywatne

Z 13 piętra bloku przy Promyka 1 z zapartym tchem obserwowałam budowę nowego budynku wyrastającego w obłokach cementowego pyłu i wśród iskier spawanych zbrojeń. Kiedy powstał, odnosiło się wrażenie, że jest luksusowy na miarę Nowego Jorku czy Paryża. Błyszczał w słońcu przeszkleniami balkonów, liniami pięter. Co tu dużo mówić, był skończonym pięknem. Podobał się małym i dużym, my, dzieci, najbardziej docenialiśmy podcienia po obu stronach budynku, gdzie można było grać w klasy i gumę oraz dużą liczbę wyjątkowo wygodnych trzepaków od strony parkingu. Miały idealną wysokość i przekrój rurek. Schodziły się tam tłumy dzieciaków z innych podwórek, na których zupełnie nieżyciowo zafundowano im kompletnie bezużyteczne koromysła nienadające się do fikołków. Dorośli doceniali sklepy i kiosk ruchu i nawet dość szybko zapomnieli o swoim pomstowaniu na pył unoszący się przez wiele miesięcy z budowy, szczególnie że pojawił się nowy powód do narzekań – budowa Wisłostrady tuż pod naszymi oknami. To były absolutnie najcudowniejsze miesiące i lata naszego dzieciństwa – ta budowa była naszym poligonem, kosmosem, superpiaskownicą i pełną skarbów krainą wykopalisk. Z wykopów wygrzebywaliśmy najprzeróżniejsze przedwojenne cuda. Elementy mebli, porcelany, terakotę, marmur, majolikę, kto miał szczęście, mógł znaleźć głowę lub nogę starej lalki, skaczącą blaszaną żabkę lub nieco zmurszały, ale za to niezwykły drewniany samochodzik. Odkryliśmy w ten sposób historię okupacyjnej Warszawy, jako że wszystkie te rzeczy wraz z gruzem znalazły się tam tuż po wojnie wywożone ciężarówkami ze zbombardowanego Śródmieścia i Starego Miasta.

Dzieci bawiące się na osiedlu Kępa Potocka, archiwum prywatne

W lipcu 1974 roku oddano do użytku Wisłostradę, a kilka miesięcy później, jesienią przeprowadziliśmy się z bloku przy Promyka 1 do „deski” przy Promyka 5. Moje wspomnienia z przeprowadzki sprowadzają się do tego, że rano wyszłam do szkoły z jednego, a wróciłam już do drugiego mieszkania, które z oczywistych względów wydało mi się przepastnie duże. Balkony znajdowały się po obydwu stronach, a posiadanie własnego, przynależnego mojemu pokojowi, było szczególnie miłe. Jedna rzecz okazała się niezbyt przyjemna, a jej odkrycie spowodowało niemałą konsternację: „deska” miała dodatkowych „lokatorów”… Obecność sklepów na dole, poza oczywistą wygodą zakupów, zafundowała nam… prusaki!!! Do dziś widzę przerażoną twarz mojej babci oraz ciotek i brzmią mi w uszach słowa: „Matko boska! Co to będzie, jak Basia (moja mama) się dowie! Nie mówcie nic Basi!…” Co oczywiste, faktu obecności prusaków nie udało się długo utrzymać w tajemnicy i wszyscy, łącznie z wyjątkowo wrażliwą w tych sprawach Basią musieliśmy nauczyć się z nimi żyć. Radość przeprowadzki i związane z nią emocje towarzyszące urządzaniu nowego mieszkania niewątpliwie w tym pomogły. Pojawiły się nowe meble. Serwantkę z czeskiej fabryki Jitona, typową dla lat sześćdziesiątych, zastąpił regał na całą ścianę – moduły i półki „w orzechu na wysoki połysk” wspierały się na czarnych, pionowych, dziurkowanych listwach. Jak ja tęsknię dziś za tym regałem, a jak on w pewnym momencie mi się nie podobał, zważywszy na pojawienie się w mieszkaniach znajomych prawdziwie cudnych, rumuńskich, bogato rzeźbionych regałów z toczonymi tralkami, rocaille’ami i czym tylko chata bogata… (sic!). Estetykę lat siedemdziesiątych dumnie reprezentował w naszym domu czeski żyrandol kryształowy (ze względu na wysokość sufitu wiszący na łańcuchu złożonym z TRZECH ogniw), onyksowe włoskie lampy, świeczniki i strasznie niewygodny w użyciu onyksowy telefon wzbudzający u wszystkich niezwykły podziw tym, że… nie był atrapą, tylko naprawdę działał. Takie to bowiem były czasy. Mieliśmy na przykład atrapę owoców południowych w chińskiej salaterce. Był banan, pomarańcza, jabłko, śliwki i błyszczące zielone winogrona. Wszystko z plastiku. Cudo! Z tymi atrapami czy imitacjami to było prawdziwe szaleństwo. Imitacja drewna na drewnopodobnej tapecie w przedpokoju. Ciemny orzech! Stylowo! Imitacja glazury w łazience i kuchni w postaci wytłaczanych plastikowych paneli przyklejanych na butapren. Na ścianach całego mieszkania tapety udające tkaninę lub (o zgrozo!) stiuki. I dalej: pseudoperski dywan ze strzelającego prądem sztucznego włókna w odcieniach żółci, sosów i brązów, suto marszczone, również „strzelające” firany w duży kwiatowy wzór i ciężkie, złote pluszowe zasłony. Plusz zresztą był obecny wszędzie. Na tapicerkach mebli, ozdobnych poduszkach, przychodził też na gościach. Moda na plusz była wszechobecna. W kwestii dodatków i tzw. durnostojek lata siedemdziesiąte były absolutnym liderem. Liczba figurek, amforek, popielniczek, bombonierek przechodziła ludzkie pojęcie. W naszym regale pyszniła się na przykład kolekcja chińskich wazonów (prosto ze sklepu Chinka). Były porcelanowe, malowane w pejzaże i ptaki, ażurowe, ale też z czarnej i czerwonej laki. Były, ma się rozumieć, serwisy do kawy. Mama miała wciąż sentyment do geometrycznych „Potackich”, ja w tym okresie, kontestując jej gust, skłaniałam się ku wzorom kwiatowym, barokowym ze złoceniami i reliefami, zdecydowanie preferując w zdobieniach horror vacui.

Wnętrze mieszkania architektów Chylińskich, archiwum prywatne
Widok osiedla Kępa Potocka od strony pralni, archiwum prywatne
To, co ukazało się nagle naszym oczom, było naprawdę krępujące. W jednej chwili, z eleganckiego, zamaszystego dzieła sztuki architektonicznej budynek stał się slumsem, ukazując żenujące bebechy balkonów pełne starych mebli, sprzętów, paczek, pakunków, rurek, desek, a nawet gdzieniegdzie stojące w pozie niejako gotowych do użytku sedesów. Czar prysł.

Jeśli chodzi o samo mieszkanie, pierwsze, co zrobiliśmy i czego, ku mojemu zdziwieniu, nie zrobili wszyscy lokatorzy, u których bywałam, to była likwidacja wszystkich, poza niezbędnymi, drzwi wewnętrznych w mieszkaniu. Na śmietnik wyleciały drzwi kuchenne (zastąpiła je jakże gustowna zasłona z drewnianych koralików!), drzwi między przedpokojem a dużym pokojem i następne, łączące duży pokój z resztą mieszkania. Dzięki temu mieszkanie zyskało optycznie więcej przestrzeni, co przynajmniej na jakiś czas nas satysfakcjonowało. Trzeba bowiem pamiętać, że narzekanie na zbyt mały metraż, ciasnotę, mikropowierzchnię przedpokojów, łazienki, pokój przechodni itd., itp. to był dla wszystkich chleb powszedni i temat do small talku wymiennie z narzekaniem na pogodę. Dopiero po jakimś czasie bowiem pojawiła się informacja (nie mam pewności, czy nie będąca miejską, osiedlową? legendą), jakoby nasz architekt, projektując blok, przewidział w nim duże, rozkładowe mieszkania o powierzchni ok. 90 metrów kwadratowych, które wskutek gomułkowskich oszczędności kazano mu przeprojektować, dzieląc każde na dwa. Jeśli tak naprawdę było, to sposób, w jaki zostały podzielone, uważam za mistrzostwo świata godne nagrody Pritzkera i jestem nawet skłonna przymknąć oko na ściany nośne przebiegające przez środek mieszkań oraz ściany między mieszkaniami tak cienkie, że fakt posiadania kulturalnych, niekłócących się i nierzucających w siebie przedmiotami sąsiadów stał się dla niektórych (łącznie z nami) dobrodziejstwem nie do przecenienia. Ponownym momentem, w którym już moje pokolenie doceniło mieszkanie przy Promyka 5, był przełom wieku, kiedy zaczęto budować osiedla w gęstej zabudowie z mieszkaniami z betonowych modułów bez możliwości przesuwania ścian, a ich rozkład (skądinąd sporych pod względem powierzchni) z ich przepastnymi przedpokojami i pozbawionymi logiki minisalonikami przyklejonymi do wypasionych kuchni, sypialniami z oknem pod sufitem, kaloryferem u wezgłowia itp. był całkowicie absurdalny. W porównaniu z tym wszystkim „desce” nie można odmówić klasy i optymalnej logiki w projektowaniu.

Nie można jej oczywiście odmówić także urody, choć akurat ta ucierpiała przez lata najbardziej. Oczywiście, nie ogarnia mnie nostalgia za żółtawymi, łuszczącymi się lamperiami olejnymi, które jako dzieci „obieraliśmy” ze ścian, tworząc z dreszczykiem emocji swoiste abstrakcyjne obrazy (gospodyni domu lub inni dorośli nie byli pobłażliwi dla naszej twórczości i gonili nas zapamiętale, nie szczędząc wszelkich gróźb). Taką farbę podważało się paznokciem w miejscu purchli i pęknięcia, po czym energicznie, ale z wyczuciem, należało szarpnąć do siebie. Fantastyczna zabawa młodych artystów-wandali. Pisząc o urodzie, mam na myśli choćby wspomniane wcześniej wijące się poręcze schodów, podcienia po obu stronach bloku na parterze, schodki zewnętrzne, które nie wiedzieć czemu zaspawano, a nade wszystko przeszklenia balustrad balkonów moim ukochanym szkłem zbrojonym, które wprawdzie w pewnym momencie (z powodu braku jakiejkolwiek konserwacji), zaczęło pękać i spadać ludziom na głowy, ale to nie był przecież powód jego bezpowrotnego usunięcia. Moment zbijania szkła pamiętam doskonale, bynajmniej nie ze względu na towarzyszący mu straszliwy huk i brzęk. Po usunięciu półprzezroczystych przesłon blok zapłakał, zaszlochał, wręcz zaniósł się krzykiem rozpaczy. Stanął na widoku nagusieńki i pogwałcony, zawstydzony i zbrukany. To, co ukazało się nagle naszym oczom, było naprawdę krępujące. W jednej chwili, z eleganckiego, zamaszystego dzieła sztuki architektonicznej budynek stał się slumsem, ukazując żenujące bebechy balkonów pełne starych mebli, sprzętów, paczek, pakunków, rurek, desek, a nawet gdzieniegdzie stojące w pozie niejako gotowych do użytku sedesów. Czar prysł. I niestety, mimo kolejnych remontów elewacji nigdy nie powrócił. To wielka szkoda. Ludzie próbowali oczywiście i próbują do tej pory na własną rękę okryć czymkolwiek tę nagość, z różnym skutkiem indywidualnym, ale z wiadomym mizernym efektem dla całości.

Tekst stanowi fragment książki Czuły modernizm. Społeczna historia Mistera Warszawy. 50 lat razem (wyd. Instytut Architektury).

Małgorzata Złotkowska-Mikita – studiowała na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (1987–1993). Od 1991 roku uczestniczyła w warsztatach, plenerach i wystawach studenckich w Polsce i Niemczech. W roku 1992 otrzymała roczne stypendium Ministra Kultury i Sztuki. Na jej dyplom w pracowni grafiki warsztatowej Rafała Strenta składała się przestrzenna instalacja z różnych materiałów (papier, tkaniny, siatka metalowa), instalację dyplomową zaprezentowała też na wystawie Idee poza ideologią. Nowe pokolenie w sztuce polskiej, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa (1993/94). Po roku 1998 zajęła się pisaniem, efemeryczną sztuką konceptualną i designem. Mieszka w Misterze przy Promyka 5.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Autorpod redakcją Emilli Kiecko i Wiktorii Szczupackiej; z fotografiami Antoniny Gugały
TytułCzuły modernizm. Społeczna historia Mistera Warszawy. 50 lat razem
WydawnictwoInstytut Architektury
Data i miejsce wydania2019, Warszawa
Strona internetowainstytutarchitektury.org
Indeks

Zobacz też