24.08.2018

Czas się przesunął. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem

Jakub Banasiak
Leon Tarasewicz, „Jerozolima”, fot. Bartosz Górka
Czas się przesunął. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem
Leon Tarasewicz, „Jerozolima”, fot. Bartosz Górka
Lubię sport: taczka, łopata, tego rodzaju odpoczynek… Po udarze już nie mogę. Teraz to dla mnie aktywność luksusowa. Czas się przesunął. Nie mogę do końca wierzyć swojemu własnemu fizycznemu ciału.

Jakub Banasiak: Kiedy przygotowywałem się do pisania książki[1], to przeczytałem kilkadziesiąt wywiadów z profesorem. Sporo motywów powracało w każdej rozmowie: Waliły, kury, ASP, Białoruś…

Leon Tarasewicz: Wiesz, Kubuś, bo każdy nowy pytał o to samo.

Nie będziemy tego powtarzać.

Nie.

To porozmawiajmy o rzeczach ważnych.

Mhm.

Nie tylko o sztuce. O zdrowiu.

Słuchaj, ja wytrzymywałem cały czas. To tylko mój organizm nie wytrzymał. Więc poleżałem kilkanaście dni na oddziale neurologii w Lublinie. Zobaczyłem jaka jest teraz moda wśród pielęgniarek. Podłączyli mi potencjometr z ciśnieniem, na dwa miesiące. Musiałem się przyzwyczaić, bo człowiek jest wtedy spowolniony taki. W planach mam pobyt w sanatorium, Ciechocinek, Baden-Baden, te sprawy. Ale już działam.

Wystawa w Galerii Foksal miała być inna.

Cement chciałem robić. Wykorzystać do krańcowości pikturalność malarstwa. Pójść w tym do końca. Każdy obraz jest abstrakcyjny, to dopiero w naszym mózgu plamy składają się w jakąś całość. To tylko my, ludzie, tak mamy. Każde inne stworzenie nie widzi tego co my. Ale nawet ktoś, kto nie miał do czynienia z malarstwem europejskim, na przykład na wsi chińskiej, nie widzi w nim tego, co my widzimy.

Leon Tarasewicz, „Jerozolima”, fot. Bartosz Górka
Leon Tarasewicz, „Jerozolima”, fot. Bartosz Górka

Jak dokładnie miało to wyglądać?

Chciałem pracować w tym cemencie aż do ostatniej chwili, wypełnić nim przestrzeń po sufit, zabezpieczony na linkach i bloczkach, żeby można mnie było potem z tego wyciągnąć, zanim zastygnie. Foksal najczęściej traktowany jest przez artystów jak kubik, do którego coś się wsadza. Kubik osobno, dzieło osobno. Ja chciałem potraktować go jak wnętrze w Pompejach, zalać w całości. Żeby powstawała jedna kolorowa struktura.

Nie udało się.

Wiesz, że ja lubię sport: taczka, łopata, tego rodzaju odpoczynek… Po udarze już nie mogę. Teraz to dla mnie aktywność luksusowa. Czas się przesunął. Nie mogę do końca wierzyć swojemu własnemu fizycznemu ciału. Zdecydowałem więc, że to będą światła.

To dość zasadnicza zmiana. Ciężki cement, niematerialne światło.

To jest tak, że jak coś płynie w czasie długo, to się przekształca. Ja się denerwuję, jak pośpieszają mnie przed wystawą, każą przygotować wszystko pół roku przed, a potem tylko to zrealizować. Musisz mówić, mówić, mówić, określać, definiować, każdy chce mieć wszystko poukładane. A ja w trakcie robienia jestem. Cały czas. Tak jest i tutaj, w Foksalu. Traktuję Foksal jak przystań, z której się odpływa, nawet na dłuższy czas, ale do której zawsze się powraca.

To trudna przestrzeń, łatwa?

Wiadomo, że w Foksalu musisz napisać jedno precyzyjne zdanie. Radykalne. Zawsze tak tu robiłem. W tym sensie to jest trudna przestrzeń, bo to zdanie nie może być niedopowiedziane, musi udźwignąć przekaz. Ale też Foksal to jest dla artysty mały raj.

Dlaczego?

Przestrzeń jest bardzo świetna, osiem metrów na pięć i trzy wysokości. Można w niej zrealizować projekty, które w żadnym innym miejscu nie będą miały znaczenia. W takim kubiku człowiek czuje się bardzo luksusowo, a forma plastyczna ma odpowiednią skalę. Foksal to jest miejsce tylko sztuki, jej dyskursu, nie ma tu innych kontekstów. Dlatego ta wypowiedź, to jedno zdanie, musi być tak precyzyjne.

Co mówi to jedno zdanie teraz?

Teraz to będzie kompozycja z lamp pulsacyjnych, ostrzegawczych, jak przy drodze. Będą pulsowały w całej przestrzeni. Pulsowały tym kolorem, który jest dla nas tu, w Polsce, zupełnie obcy.

Ludzie boją się koloru żółtego. On u nas prawie nie występuje w malarstwie. On prawie nie występuje w ubiorach ludzi. O, czasami, na estradzie czy w zapomnieniu ubioru weselnego… Ale to wszystko.

Jakim?

Żółtym. Ludzie boją się tego koloru. On u nas prawie nie występuje w malarstwie. On prawie nie występuje w ubiorach ludzi. O, czasami, na estradzie czy w zapomnieniu ubioru weselnego… Ale to wszystko. Ten kolor występuje w tradycji malarstwa niemieckiego, ale w sąsiedztwie czerni, która separuje żółć od innych kolorów. Dobrze widać to w ekspresjonizmie niemieckim, u Noldego. Kolor żółty funkcjonuje za to w malarstwie żydowskim. Nawet w abstrakcji żydowskiej, z lat pięćdziesiątych, u Rothko, u Newmana. A u nas, nawet jak pojawi się pomarańcz u tej Żydówki z pomarańczami, to i tak to jest nokturn, szary, zgaszony. Nawet w heraldyce nie mamy żółtego, przeważają czerwienie, biele, z jakimś tam zieleniami. Za to w przyrodzie żółć występuje jako kolor ostrzegawczy. Różne trujące rzeczy mają żółty kolor, osa ma żółty kolor.

Dlaczego Polacy nie lubią żółtego?

Bo ta żółta, pulsująca energia to jest mistycyzm. Jak w Jerozolimie, gdzie pulsuje życie, gdzie życie zostawia ślady warstwa po warstwie. Jak tam byłem, to czułem się oszukany przez propagandę obu kościołów, rzymskokatolickiego i prawosławnego. Chrystus siedzący na Górze Synaj, albo idący przez zboże z apostołami – te wszystkie obrazy mają zachodni realizm, rzymski. To widać w przestrzeni, tonacji, w niebiesko-granatowych cieniach. Które tam, na miejscu, w ogóle nie istnieją. Tam masz pomarańcze, aż do fioletów, duszną przestrzeń, powietrze, które ma własną, zupełnie inną wartość. Tego nie ma też w ikonach prawosławnych, które wręcz mają być niepodobne do rzeczywistości, które mają dawać sygnał do myślenia, mają pośredniczyć, mówić, że rzeczywistość boska nie może być tylko tak piękna jak ta ziemska. Przez tyle lat byłem karmiony obrazami, które w ogóle nie oddają tamtej rzeczywistości! W Jerozolimie przez dwa tygodnie nie byłem w stanie nic zrobić. Nic. Czułem się obnażony. Mieszkałem na Górze Synaj – Gehenna na dole, naprzeciwko Ogród Oliwny, gdzie Chrystus nauczał, czterysta metrów do Golgoty. To paraliżuje. Powoduje, że niemożliwe jest wyprodukowanie czegokolwiek. Więc żółć – mistyczna, z czasem pulsującym przez tyle stuleci. I dzisiaj on też pulsuje, nawet tam. W sposób niebezpieczny, dzielący. Z drugiej strony, to ciągle jest tak energetyczne… Na ulicy Foksal też będzie pulsujące, mistyczne wnętrze. Odnoszące się do tego słowa, do tej nazwy miasta, ale ono, to słowo, nie jest ilustracyjne – że jak je rzucisz, to widzisz panoramę miasta. Nie, jak je wypowiesz, to czujesz energię, mistycyzm. To ważniejsze niż ten jeden konkretny dzień, bieżące wydarzenia, którymi żyjemy. Może nie trzeba malować całego pejzażu miasta, może wystarczy światło…?

Ta żółta, pulsująca energia to jest mistycyzm. Jak w Jerozolimie, gdzie pulsuje życie, gdzie życie zostawia ślady warstwa po warstwie. Jak tam byłem, to czułem się oszukany przez propagandę obu kościołów, rzymskokatolickiego i prawosławnego.

Dlaczego tutaj nie ma mistycyzmu, choć wszędzie jest religia?

Bo chrześcijańska idea Boga w Trójcy jedynego, tu, na tych bagnach, w tych puszczach, jest nie do zrozumienia. Jest natomiast wykorzystywana instrumentalnie – do różnych rzeczy, ale nie do wiary. Jak coś jednego może składać się z trzech? To zbyt abstrakcyjne. Aby móc dopuścić do siebie taką myśl, trzeba mocno powalczyć. Z samym sobą. Z filozofią. Dlatego robimy z Matek Boskich korporację. Jedna z moich studentek zebrała ich coś z 1200. Każda jest inna, każda jest od czego innego, każda z innego miasta, jak bożki od różnych spraw. Na dodatek ta z Radomia okazuje się nie rozmawiać z tą z Kielc. To jest pogańskie wykorzystywanie czegoś, co ma nie być pogańskie, a chrześcijańskie. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Chrystus urodził się w marcu, ale 24 grudnia też się nada, a w prawosławiu równie dobry jest 6 styczeń. W Nowym Jorku jeden patriarcha zarzucał mi: „Wy tam, na Białostocczyźnie, jesteście tacy mało wierzący”. Mówię mu na to: „Ty myślisz, że co, że tak łatwo zrozumieć trzech w jednym? Naprawdę trzeba być bardzo inteligentnym, żeby to pojąć”. Więc na naszych terenach to się niezbyt przyjęło.

Leon Tarasewicz, „Jerozolima”, fot. Bartosz Górka
Leon Tarasewicz, „Jerozolima”, fot. Bartosz Górka

Nie ma mistycyzmu, nie ma koloru żółtego?

Żółtego u nas nie ma nawet w przyrodzie. Rzepak, słoneczniki – to jest nowe, wrzucone nam gratis w latach sześćdziesiątych, my tutaj nigdy tego nie uprawialiśmy. Nie było pól rzepaku. Słoneczniki były przy ogródkach, ale nie jako roślina uprawiana przemysłowo – olej robiło się z lnu, a nie słonecznikowy. Żółtego u nas nie ma.

 W malarstwie Zwiastowanie od wczesnego renesansu malowano jako światło z góry na dół. Ja puściłem je z ziemi, ale z dużej odległości nikt nie wie, czy to jest z ziemi, czy z góry. Widać tylko blask.

Na dodatek żółty to kolor judaszowy.

Tak, ale nawet to jest oszustwo, bo to zostało przypisane Judaszowi później. A te bele ze złotego siana, jak piramidy na polach? To też wynik nowej technologii, kombajnów, dzięki nim siano łatwiej się ściska, układa, przewozi. Kiedyś były przecież stogi, które bardzo się od siebie różniły – u mnie stawiano je na czterech kołkach, tu na Mazowszu na jednym. Stogi były niewielkie, niewidoczne z szosy. Te bele są jak wieże Babel, gdzie żyją myszy i szczury, a pod spodem lisy, mała cywilizacja na polu. Jak je widzę z samochodu, tak równo rozłożone, to zawsze myślę: „Jeezu, jaka piękna Abakanowicz!”. Tymczasem to już jest dzisiejszy pejzaż, nic sztucznego, trzeba się do niego przyzwyczaić, nawet jak te bele są białe, kują w oczy, nie pasują. Jacek Bromski, który nakręcił kiedyś w Supraślu U pana Boga za piecem, żalił mi się: „Już nie ma tych płotów, ogrodzeń, szkoda”. Ja mówię: „Nie ma, bo nikt krów już nie ma. Więc nie ma ogrodzeń. A jak są, to jest to jedna biała taśma podłączona do prądu”. Pejzaże się zmieniają i te stare już nie wrócą, bo nie ma na nie zapotrzebowania. Chyba, że ktoś chce robić je dla turystów: to garnek, to płotek, o, a to jest świnia, i krowa, i koń. Dzieci nie wiedzą jak wygląda prawdziwa świnia. Miałem studentkę, która myślała, że makaron rośnie na drzewach. No więc stare odchodzi. Jak czytać dziś Chłopów Reymonta? Ile przypisów trzeba zrobić? Do wszystkiego. Elementarne rzeczy są już niezrozumiałe. Na przykład takie zdanie: „Poszedł, podpierając się cepem”. Po co się podpierać? A co to jest cep? Dzisiaj są kijki do nart, które służą do chodzenia. Ja jestem z takiego świata, że normalny człowiek kijkami do nart odpychał się, jak jechał na nartach – a oni chodzą z tym po asfalcie. Cała rzeczywistość się zmienia.

W Foksal nieobecność żółtego zostanie zrekompensowana.

Nie pierwszy raz pracuję ze światłem. Ostatnio w Supraślu, latem. Pokazałem tam obrazy z lightboxów, ale i szperacz, reflektor, który dawał światło wysokie na pięć kilometrów. Cerkiew, która tam jest, obok Akademii Supraskiej, jest pod wezwaniem Zwiastowania. A w malarstwie Zwiastowanie od wczesnego renesansu malowano jako światło z góry na dół. Ja puściłem je z ziemi, ale z dużej odległości nikt nie wie, czy to jest z ziemi, czy z góry. Widać tylko blask. W Supraślu, w liceum plastyczne, które kończyłem, pokazałem też prace szkolne z lat 1972–1977. Pejzaże. Sprzed akademii. Żeby być partnerem dla uczniów.

Sporo w tej rozmowie powrotów. Do szkoły. Do Jerozolimy. Do Foksalu.

Może to tak przy końcu? Życia.

No nie, bez przesady.

No dobrze, przy drugiej jego połowie. Zresztą nie wiem. W szpitalu byłem w sytuacji, w której nic nie mogłem zrobić… Takie refleksje. Czym by twórca nie operował, wszystko jest na zasadzie powrotu. Wystawa jest na wiosnę. Po wystawie wezmę rok urlopu, potem już tylko trzy lata do emerytury, do 65 roku życia. I koniec.

Leon Tarasewicz, „Jerozolima”, fot. Bartosz Górka
Leon Tarasewicz, „Jerozolima”, fot. Bartosz Górka

Nie zostanie profesor na akademii dłużej?

Już nie. Ani dnia. Teraz muszę oddawać pola innym. Dalie, które hodowałem pod murem wydziału – już odpuściłem. Niezbyt mogę kopać. Zdrowo się odżywiam. Piję tylko czerwone wino. Jak arystokrata.

Tylko cygaro, widzę, zostało.

Lekarze jakoś nie reagowali na wielokrotne wspomnienia o cygarze. Pytali, czy palę papierosy, bo to cały czas. Cygara tylko w dobrym towarzystwie i spokoju.

O, dziękuję.

No. Ale jeszcze zrobię ten cement, zobaczysz. Nabiorę sił i zrobię.

Warszawa, 12 grudnia 2017

Rozmowa pochodzi z książki Leon Tarasewicz, malarstwo. Galeria Foksal 1984 -2018, red. Milada Ślizińska, wyd. Galeria Foksal, Mazowiecki Instytut Kultury, Warszawa 2018.

[1] J.Banasiak, Oduczyć sztuki. Metoda pedagogiczna Leona Tarasewicza na tle tradycji dydaktycznej Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, Fundacja Kultura Miejsca, Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie, Warszawa 2016.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaLeon Tarasewicz
WystawaJerozolima
MiejsceGaleria Foksal, Warszawa
Czas trwania2.07–31.08.2018
Strona internetowagaleriafoksal.pl
Indeks

Zobacz też