Burzenie szóstej ściany. „Z miejsca, w którym stoisz” w Gdańskim Centrum Sztuki Współczesnej
Gdańsk, 2026. Miasto napuchnięte od deweloperskich fantazji, konkurencji na rynku usług i turystyki, ratuszowych strategii konserwowania i rekonstruowania przeszłości tak, aby nie drażniła polskiej dumy, nie uwłaczała dziedzictwu gdańskiego mieszczaństwa, przyciągała niemieckich turystów i nie odstraszała potencjalnych inwestorów. Wszystko wydaje się być na miejscu. Znam przecież to miasto. Może nie jakoś dobrze, nie w sensie specjalistycznym, ale przecież wiem, czego się spodziewać. Sezon letni pachnie transakcjami, ludzie wiedzą, która właśnie jest godzina i komu mają służyć budynki. Od pomnika do muzeum, od kawiarni do pijalni – mógłbym tam spędzić standardowy dzień osoby, która przyjechała do Gdańska, żeby trochę na niego popatrzeć, trochę sobie pokonsumować, a potem wrócić do siebie. Na szczęście wszystko ułożyło się zupełnie inaczej.
Redakcja „Szumu” poprosiła mnie bowiem, żebym zobaczył wystawę w Gdańskim Centrum Sztuki Współczesnej, a potem coś o niej napisał. Jeżeli ktoś traktuje takie zlecenia z należytą powagą, to wystawia się na nieoczekiwane spostrzeżenia, bycie miażdżonym przez nachodzące na siebie epoki czy interakcje ze złowrogimi widmami albo poczciwymi duszkami. I właśnie to wszystko przytrafiło mi się przy okazji łażenia między Piwną a Szeroką, bo to w budynkach stojących przy tych dwóch ulicach odbywa się kuratorowana przez Gabrielę Warzycką-Tutak wystawa Z miejsca, w którym stoisz.
Pierwsza z moich przygód miała miejsce jeszcze przed wejściem do galerii. Na ulicy Szerokiej przeszedłem jak gdyby nigdy nic obok tabliczki z napisem „W tym miejscu Fibonacci się przeliczył”. A potem zatrzymałem się i zmarszczyłem czoło albo zrobiłem inny gest manifestujący bycie zaskoczonym czy zbitym z tropu. „W tym miejscu Fibonacci się przeliczył” to przecież nie „W tym miejscu mieszkał znany gdański patriota” albo „W tym miejscu strzelano do niewinnych osób”, a to właśnie do takich tabliczek człowiek jest przyzwyczajony i umie przeczytać ich treść w marszu, a potem, też w marszu, szybko zdekodować i rozbroić, żeby móc iść dalej. Sprawdziłem o co chodzi z Fibonaccim, co się przeliczył, i okazało się, że tabliczka to artystyczna interwencja mająca korespondować z pracą Przemysława Garczyńskiego, który przywołał ducha słynnego matematyka, aby na zburzonej w 1945 roku, a potem odbudowanej poza historycznym wzorcem ulicy Szerokiej oddać hołd nieubłaganym prawom matematycznym, które wcale nie są jakąś wyrażaną cyframi abstrakcją, a siłą organizującą naturę, sztukę, historię. Jak to bywa z tabliczkami i interwencjami artystycznymi, Fibonacci przy ulicy Szerokiej szybko stał się dla mnie czymś innym niż zakładał twórca. Słynny ciąg Fibonacciego to nieskończony łańcuch liczb naturalnych, w których każda kolejna jest sumą dwóch poprzednich. Początek wygląda tak – 0, 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, 144, 233… i tak dalej, w imię prawideł zimnej jak lód królowej nauk. I wobec tej nieubłagalności zasygnalizowane na tabliczce „przeliczenie się” potraktowałem jako błąd, który otwiera możliwość wyjścia poza naturalną i ogólnie przyjętą prawidłowość. Nagle, na przykład, wypadamy z czasowości i jesteśmy gdzieś między epokami. Stajemy się kimś innym i rozglądamy po miejscu, które jeszcze przed chwilą znaliśmy i opisywaliśmy ze złośliwą ironią, a teraz – dezorientacja i błogie zagubienie. I właśnie taka wersja „przeliczenia się” Fibonacciego okazała się dla mnie świetnym wstępem do oglądania wystawy w GCSW.
Czy galerie są w stanie wpuścić do swoich sterylnych wnętrz brud życia, Realne, obcych i tak dalej? Dlaczego często się przed nimi bronią?
Na początku ekspozycji zderzam się z pracą Marianny Marszałkowskiej słodzić, to nie wypada. Przy pomocy znalezionych tu i tam przedmiotów artystka tworzy instalację kinetyczną, w której nad dwiema niepozornymi filiżankami wirują podwieszone jakimiś żyłkami dwie kostki cukru. Nigdy nie wpadną do środka, bo Marszałkowska uznała, że to chyba nie wypada. Ale najważniejszy jest tu wirujący ruch. Coś, co sprawia wrażenie, że nigdy się nie zatrzyma. I jeśli uda się skupić na wirowaniu, dokona się przeliczenie Fibonacciego – wtedy człowiek wypada ze swoich codziennych orbit i już jest gdzie indziej. Na przykład w modernistycznej kawiarni Marysieńka, która kiedyś mieściła się w miejscu siedziby GCSW i do której nawiązuje nie tylko praca Marszałkowskiej, ale cała wystawa. Kawiarnia została otwarta w 1955 roku jako miejsce przeznaczone do kulturowego rozwoju młodzieży, a jej koniec przypada na czasy transformacji ustrojowej, kiedy o kulturze, rozwoju, młodzieży, a przede wszystkim o przestrzeni miejskiej zaczęto myśleć zupełnie inaczej i nikt już Marysieńki z jej naiwną misją nie potrzebował. O jej dawnym wystroju przypomina zawieszone na ścianie zdjęcie w ramce. Kobiecina w fartuchu pośrodku dwóch rzędów pustych stolików – uwieczniona chwila tuż przed otwarciem albo tuż po zamknięciu lokalu. Świat, którego już nie ma, a my możemy się na niego gapić. Wskrzeszanie i pokazywanie światów, których już nie ma, to jedna z ważnych funkcji sztuki. Ale ważniejsza rzecz dzieje się jednak poza wytyczającą przestrzeń zdjęcia ramką. Stoi na niej bowiem wykonany z aluminium po napojach energetycznych ludzik autorstwa Mai Demskiej. Zamiast głowy ma serduszko i nie jest jedyną tego rodzaju postacią w przestrzeni wystawy. W głębi pomieszczenia znajdziemy bowiem jeszcze prace Aktorzy oraz Sylvia, Margot i Darling. Pierwsza z nich to dwie istotki sklecone z papierowych opakowań, plastikowych sztućców, serwetki, piłeczki pingpongowej, papierosa i pinezki. Druga praca pokazuje natomiast podmiotki podobne do tej, która towarzyszyła zdjęciu z Marysieńki – oto trzy roztańczone, aluminiowe bohaterki z głowami w kształcie serduszek, w kreacjach typu disco, sexy, wakacyjny girl-swag. Znajdują się między sączącym muzykę magnetofonem a walizką, w której umieszczony jest mechanizm, dzięki któremu ludziki fikuśnie sobie tańczą – podczas trwania wystawy są w nieustannym ruchu i tuptaniu. Ich podróżno-niespokojna kondycja odsyła mnie do właściwości sztuki, która jest w stanie dokonywać zamachów na czasowość. Jak dla mnie, te ludziki są jednym z kluczowych elementów ekspozycji. To turyści pomiędzy licznymi przestrzeniami czasowymi. Awatary poczciwych duszków stworzone z przedmiotów nadających się do wyrzucenia. Zrecyklingowane, aby odbywać swoje podróże. Raz są tu, a raz tam, a my musimy się od nich uczyć.
Przeliczenie się Fibonacciego, wirujące kostki cukru nad filiżankami z innej epoki i ludziki Mai Demskiej stają się w uniwersum tej wystawy urządzeniami, które pozwalają rozwalić szóstą ścianę, aby znów być gdzie indziej i utrzymywać się w ruchu między światami i epokami. Tak, przy chodzeniu między obiektami zgromadzonymi na wystawie wpadła mi do głowy koncepcja szóstej ściany. Już tłumaczę, o co chodzi. Pierwsza, druga i trzecia ściana są pojęciami architektonicznymi, niezmąconymi eksperymentami, subwersjami, metafizycznymi remontami. W przestrzeniach galeryjnych pomalowane są zazwyczaj na biało i to wokół tej wydestylowanej czystości toczą się rozmowy na temat trzech pierwszych ścian. Czy galerie są w stanie wpuścić do swoich sterylnych wnętrz brud życia, Realne, obcych i tak dalej? Dlaczego często się przed nimi bronią? Tego typu pytania wracają jak bumerang, a artystyczne odpowiedzi od czasu do czasu przynoszą odpowiedzi, które odświeżają instytucję sztuki. Białe ściany galerii są po to, aby wieszać na nich dzieła, ale też po to, aby podważać ich zamkniętą na świat strukturę. Czwarta ściana, jak wiadomo, została wynaleziona przez praktyki teatralne. Zburzyć ją znaczy mówić do publiczności, ponad umową społeczną, która wieki całe chciała podtrzymywać bezpieczną iluzję fikcji. Piąta ściana, na przykład w kinie, symbolizuje referencje do innych ról aktorów. Szósta powinna odnosić się do podłogi albo sufitu. Zburzyć ją to spaść do innego miejsca albo pozwolić, żeby coś na ciebie spadło. Kiedy więc ruchliwe istotki Mai Demskiej burzą szóstą ścianę, wpadamy w inną gęstość albo ta inna gęstość spada nam na łeb. Jesteśmy gdzie indziej i stajemy się kimś innym.
Jeśli uda się skupić na wirowaniu, dokona się przeliczenie Fibonacciego – wtedy człowiek wypada ze swoich codziennych orbit i już jest gdzie indziej. Na przykład w modernistycznej kawiarni Marysieńka, która kiedyś mieściła się w miejscu siedziby GCSW i do której nawiązuje nie tylko praca Marianny Marszałkowskiej, ale cała wystawa.
Gdy uświadamiam sobie, że w GCSW szósta ściana została zburzona, nagle znajduję się w starannie zaprojektowanym przez kuratorkę pejzażu czasoprzestrzennym. Z Szerokiej, tylko na chwilkę, idę na Piwną. I nagle jest rok 1937. Za dwa lata znowu będzie II wojna światowa. Ale póki co – wstępuję w świat Przygody człowieka poczciwego. Oto na samym końcu labiryntu Z miejsca, w którym stoisz odbywa się telewizorkowy pokaz przedwojennego filmu Franciszki i Stefana Themersonów. Na samym wstępie – napis z przestrogą: „Człowiek poczciwy prosi publiczność, by jego lirycznego odskoku od rzeczywistości nie brała za bezsensowną ekstrawagancję”. Prośba zostaje spełniona, choć ani myślałem zarzucać mu bezsensownej ekstrawagancji, bo pracę tę natychmiast traktuję jako awangardowy instruktaż patrzenia, postrzegania, poruszania się po świecie i między światami. Obserwujemy, jak urzędnik idzie tyłem, aby uchronić świat przed katastrofą „dziury w niebie”. Spotyka ludzi niosących szafę i nagle też ją niesie. Gubią się z szafą w lesie, a potem jest cięcie i oto urzędnik siedzi na kominie, gra na flecie i burzy czwartą ścianę. Jego zwrot w stronę publiczności wywołuje agorowe wzburzenie – na mieście pojawia się manifestacja z hasłami „Precz z chodzeniem tyłem” i „Na pewno będzie dziura w niebie!”. W końcu protestujący trafiają do lasu, gdzie odnajdują szafę pozbawioną tylnej ściany i traktując ją jako portal, przechodzą na drugą stronę. Koniec całkiem pouczającej fabuły. Ale instruktaż patrzenia oraz poruszania się po świecie i między światami zakodowany jest w formie. Themersonowie eksperymentują z relacją między kamerą a lustrem, szukają nowych perspektyw patrzenia, sięgają po środki filmu animowanego, zakrzywiają obraz. Po niecałych dziewięciu minutach projekcji człowiek patrzy na rzeczy zupełnie inaczej. I tylko ta potencjalność „dziury w niebie” zieje jakimś niepokojem.
W innym pokoju siedziby przy Piwnej znów spadam w mętne obszary roku 2026. Do naszej współczesności artysta Igor Kubik przywlekł skądś swój Harmonograf. Oto stół kreślarski wsparty ruchomym mechanizmem. Kiedy wprawi się go w ruch i zgodnie z instrukcją podłoży kartkę w odpowiednim miejscu, obiekt zaczyna sam kreślić coraz szersze koła. Nie pozostaje nic innego jak cierpliwie czekać, aż z tych okręgów powstanie jakaś mapa, a potem po prostu wziąć ją jako mapę swojej nowej rzeczywistości i posługiwać się nią chociażby na czas trwania wystawy. Dzięki temu stoję nagle przed namalowanym przed rokiem obrazem Wars Zuzanny Bartoszek – oto pocztówka ze zbliżania się do wagonu restauracyjnego podczas jakiejś tajemniczej podróży. Świat, a jakżeby inaczej, rozmywa się. Jego warstwy nachodzą na siebie, a kolory są raczej złowrogie, jakby z porządku czekania na Themersonowską „dziurę w niebie” (czymkolwiek strasznym może ona być).
Na Piwnej patrzę na bez tytułu Antoniny Gugały, która tuszem na papierze stworzyła trzy bałaganiarsko zastawione stoły. Lekkość i niepozorność techniki składa tam hołd codziennym ludzkim praktykom życia przy stole i wokół stołu. Miliony gestów, przesuwanych filiżanek, odłożonych na całe tygodnie talerzy czy porzuconych notesów z nietrafionymi notatkami – wszystko to elektryzuje zamieszkiwaną przez nas przestrzeń, która stanie się niedługo czymś zupełnie innym, a lata albo wieki później ktoś tam wejdzie, żeby nasze niegdysiejsze ceremonie wokół stołu spadły mu na łeb jako wielce pożądany efekt zburzenia szóstej ściany.
I nagle znów jestem przy Szerokiej. Tam, gdzie niegdyś Marysieńka się znajdowała. Znowu intensywne kolory Bartoszek, dwa obrazy z 2026 roku. Olej na płótnie jako prosty sposób na portal do równoległych rzeczywistości albo wewnętrznych krain. Łapanie słońca zdaje mi się od razu obrazem o postaci, która przechowuje słońce w sobie i żyje w świecie, który tego słońca jest pozbawiony. Polski pejzaż uderza natomiast próbą przemalowania i przedefiniowania krajobrazu. A może to po prostu rzecz o doświadczaniu krajobrazu? Coś bardzo prostego, jakaś relacja z patrzenia. Drobnostka, nad którą można się pochylić, żeby poszukać w niej nieoczekiwanych wniosków. Niedaleko Bartoszek wisi natomiast Wilhelm Sasnal, który w 2023 roku przerobił okładkę The Smiths na obraz prawdopodobnie po to, aby sięgnąć mackami swojego malarstwa jednocześnie do czasów świetności zespołu i przyszłości, czyli roku 2026, kiedy wciąż nie wiemy, czym jeszcze może być Themersonowska „dziura w niebie”, a jego obraz wisi w GCSW, gdzie czasoprzestrzenie wdzięcznie na siebie nachodzą.
Jeśli ludziki Demskiej są dla mnie kluczem do burzenia szóstej ściany i odbywania podróży, to korespondujące ze sobą instalacje Ani Bąk i Przemka Branasa mają pozytywnie uziemiającą moc. To obiekty, które pozwalają zadomowić się w przestrzeni wystawy. Użyteczne z punktu widzenia galopującej wyobraźni. Bąk proponuje dwie konstrukcje Nieświadomego miasta. Pierwsza z nich, (szukając miejsca), to połączenie szkła akrylowego, drewna, metalu, tekstyliów, papieru i wydruku. Druga, (ton Sheparda), to szkło akrylowe, drewno, metal, tekstylia, papier, włókna naturalne, opiłki żelaza, wydruk na tkaninie, plastikowe pudełko i fragmenty roślin. Jej dyptyk stanowi uświęcenie drobnostek dnia codziennego, które w pewnej konstruktorskiej konfiguracji mogą nabierać kolejnych znaczeń. Natomiast obiekt Przemka Branasa, Brush Your Ancestor’s Teeth to szafka stalowa, lustro, akryl, srebro, światło, zboże – a wszystko po to, aby higienicznie obcować z raz za razem odwiedzającymi nas widmami. Piękne to wszystko i użyteczne.
Gdy jestem już nieźle wycieńczony hasaniem za zburzoną szóstą ścianą, coś zmusza mnie do powrotu na Piwną. Czy na pewno wszystko zobaczyłem, sprawdziłem, spróbowałem użyć do operacji na sobie albo rzeczywistości? Otóż nie! W pokoju, gdzie lecą zapętleni Themersonowie odnajduję jeszcze jednego ludzika Mai Demskiej. Podświetlony latarką, rzuca na ścianę majestatyczny cień. Oto jakaś pogodna Batmanka tej przestrzeni. Spoglądam raz na istotkę, a raz na jej cień i mam wrażenie, że ktoś nad tym całym zamieszaniem czuwa. Dzięki temu czuję spokój i mogę swobodnie rozglądać się po przestrzeni. I nagle, z miejsca, w którym stoję, widać przewalające się epoki, które można zobaczyć i zrozumieć nie przez monumentalne pomniki czy wielkie rozprawy, a szereg gestów, zabiegów, zaklęć wykonywanych nad tym, co drobne, nadające się do śmieci, nieważne, malutkie, głupiutkie, niepotrzebne i przez to wszystko – rozbrajające po prostu. Bardzo mi się ta wystawa podobała, warto było znowu przyjechać do Gdańska.
Mateusz Górniak – pisarz, dramaturg i krytyk filmowy. Autor książek Trash Story (Ha!art, 2022), Dwie powieści ruchu (Filtry, 2023), Ćpun i Głupek (Convivo, 2025) oraz Pięć adaptacji (Ha!art, 2025). Współrealizował projekty teatralne między innymi w Nowym Teatrze w Warszawie czy Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Jego eseje, opowiadania i teksty dla teatru były publikowane na przykład w “Dialogu”, “Kinie” czy “Małym Formacie”.
WięcejPrzypisy
Stopka
- Osoby artystyczne
- Ania Bąk, Zuzanna Bartoszek, Przemek Branas, Maja Demska, Antonina Gugała, Igor Kubik, Marianna Marszałkowska, Mikołaj Moskal, Wilhelm Sasnal, Anka Sasnal, Franciszka Themerson, Stefan Themerson
- Wystawa
- Z miejsca, w którym stoisz
- Miejsce
- Gdańskie Centrum Sztuki Współczesnej
- Czas trwania
- 29.05–27.09.2026
- Osoba kuratorska
- Gabriela Warzycka-Tutak
- Fotografie
- Tomasz Koszewnik



