17.12.2021

Atmosfera niehierarchiczna. Rozmowa z Anetą Szyłak

Jakub Banasiak; fotografie: Alina Żemojdzin
Tekst opublikowany w magazynie Szum 35/2021
Aneta Szyłak, fot. Alina Żemojdzin
Atmosfera niehierarchiczna. Rozmowa z Anetą Szyłak
Aneta Szyłak, fot. Alina Żemojdzin
Uważam, że najbardziej wartościową rzeczą w instytucji kultury jest niehierarchiczna atmosfera. Nawet jeżeli za sprawą programu dzielimy się z publicznością naszą wiedzą, to ona nie spływa z katedry; to sytuacja bezpośrednia, każdy może przyjść i porozmawiać na każdy temat.

Jakub Banasiak: Ile czasu minęło od powstania idei NOMUS do otwarcia drzwi dla publiczności?

Aneta Szyłak: Jeżeli chodzi o naprawdę pierwszy moment, to minęła już dekada, bo mniej więcej w 2011 roku prezydent Gdańska Paweł Adamowicz zakochał się w stoczniowej hali B90 i zaczął mówić, że może już czas na muzeum sztuki współczesnej w Gdańsku. Rozmawialiśmy o tym, ale szybko wróciliśmy do swoich spraw – ja oczywiście do pracy jako dyrektorka Instytutu Sztuki Wyspa.

To wcale nie tak dawno, tymczasem wydaje się, że o NOMUS mówi się od zawsze.

Też mam takie wrażenie, ale to był bardzo złożony proces i doprowadzenie go do finału wielokrotnie wydawało mi się niemożliwe. A na serio zaczęło się kilka lat temu – sześć.

W 2011 roku prezydent Gdańska Paweł Adamowicz zakochał się w stoczniowej hali B90 i zaczął mówić, że może już czas na muzeum sztuki współczesnej w Gdańsku. Tak powstała idea NOMUS.

Co się wtedy stało?

Pod koniec 2014 roku odeszłam z Instytutu Sztuki Wyspa. Zrobiłam to po tym, jak udało mi się sfinalizować proces wykupu przez miasto budynku, w którym mieściła się nasza siedziba. Po odejściu dostałam propozycję pracy w Muzeum Narodowym w Gdańsku jako pełnomocniczka ówczesnego dyrektora Wojciecha Bonisławskiego do spraw powstania muzeum sztuki współczesnej. W 2015 roku został podpisany odpowiedni dokument – porozumienie prezydenta Adamowicza, marszałka województwa pomorskiego Mieczysława Struka oraz ministry kultury Małgorzaty Omilanowskiej o podjęciu wspólnych starań w celu powołania takiego działu lub oddziału. Naszym głównym celem było w.wczas zakupienie hali B90. Był nawet taki pomysł – i nadarzyła się okazja – żeby kupić wszystkie hale po prawej stronie ulicy Elektryków, była też gotowość ze strony ministerstwa. Jednak to się nie udało. Prywatny właściciel nagle drastycznie podniósł cenę i zakup ze środków publicznych okazał się niemożliwy.

Prezydent Paweł Adamowicz oprowadzany
w 2014 roku przez lokalną zielarkę po Ogrodzie Społecznym Alternativa, fot. Piotr Połoczański

Ostatecznie NOMUS mieści się w dawnym budynku Instytutu Sztuki Wyspa. Jak do tego doszło?

To był zaskakujący zwrot akcji. Rok po moim odejściu Wyspa straciła budynek. Fundacja Wyspa Progress nie poradziła sobie z jego użytkowaniem i podtrzymaniem prawidłowych relacji z miastem. Odchodziłam z instytutu wykończona zdrowotnie i emocjonalnie. Dla mnie było to raczej miejsce traumy niż pożądania – nie po to wychodziłam stąd z jedną torebką, żeby potem wrócić. Jednak w międzyczasie miasto nieodpłatnie udostępniło nasz dawny budynek Muzeum Narodowemu. I oto jestem.

Do Wyspy jeszcze wrócimy. Na razie powiedz, czym właściwie jest NOMUS. Na pewno nie jest samodzielnym organizmem.

Ma to swoje plusy i minusy. Jesteśmy działem Oddziału Sztuki Nowoczesnej Muzeum Narodowego w Gdańsku. Początkowo mieliśmy być odrębnym oddziałem, pełnowymiarowym, z wielkimi magazynami, pracownią konserwatorską i tak dalej. Oczywiście czas, ekonomia i polityka zweryfikowały te intencje. Musiałam pogodzić się z tą sytuacją; nie było widoków na inny budynek. Ale może w dzisiejszych czasach rozpoczęcie działalności w mniejszej skali jest bardziej zasadne? Wkład miasta jest jednak olbrzymi: miasto nie tylko kupiło budynek i przeznaczyło go na NOMUS, ale także sfinansowało remonty oraz zasila nasze zbiory corocznymi depozytami Gdańskiej Kolekcji Sztuki Współczesnej.

W naszej siedzibie mamy bardzo podstawowe magazyny, między innymi na archiwalia. Remonty, obsługa kolekcji, konserwacja i tak dalej – to wszystko zapewnia nam Muzeum Narodowe w swojej głównej siedzibie. Natomiast to dopiero początek historii NOMUS.

No właśnie, pieniądze. W 2019 roku, po pierwszym pokazie kolekcji, Stach Szabłowski wyzłośliwiał się na naszych łamach, że roczny budżet NOMUS na zakupy to mniej więcej cena dobrego niemieckiego samochodu: 400 tys. Teraz jest to 200 tys. Tyle kosztuje wcale nie największy obraz Marcina Maciejowskiego.

Wiemy, jak wieloma dodatkowymi kosztami zostały w ostatnich latach obciążone samorządy. Pandemia pokrzyżowała nam szyki, środki na kulturę się zmniejszyły, ale planujemy dodatkowe rozwiązania dla rozszerzania kolekcji. Nasza „zdolność nabywcza” nie może być porównywana z najlepiej dofinansowanymi muzeami sztuki współczesnej w Polsce, ale zrobimy co w naszej mocy, aby zbiory były ciekawe.

NOMUS, fot. Dominik Werner

To gdzie macie te magazyny i pracownię konserwatorską?

W naszej siedzibie mamy bardzo podstawowe magazyny, między innymi na archiwalia. Remonty, obsługa kolekcji, konserwacja i tak dalej – to wszystko zapewnia nam Muzeum Narodowe w swojej głównej siedzibie. Natomiast to dopiero początek historii NOMUS. Na czele nadrzędnego wobec nas Oddziału Sztuki Nowoczesnej stanęła teraz Małgorzata Ludwisiak, więc mam nadzieję na dynamiczny rozwój całego oddziału. Reforma jest bez wątpienia konieczna.

Jaką funkcję budynek pełnił historycznie?

Szkoły. Została otwarta w 1939 roku; są jeszcze zdjęcia ze swastykami na placu apelowym. Stocznia pracowała wówczas na zlecenie niemieckiej armii. To był budynek do szkolenia pracowników stoczniowych i taką też funkcję pełnił po wojnie. Tu były prowadzone warsztaty Szkoły Zawodowej Budowy Okrętów. Potem, jak robiliśmy projekty z udziałem stoczniowców, to większość z nich mówiła, że chodzili tutaj do szkoły.

A ty pochodzisz z Gdańska?

Nie, jestem z Pucka, małej miejscowości niedaleko Gdańska. Ale w Gdańsku studiowałam i tutaj później wróciłam, bo przez pięć lat po studiach pracowałam w muzeum etnograficznym w Pucku, od 1984 do 1989 roku. Zostałam tam zatrudniona jako – jak to się wówczas nazywało – pracownik naukowo-oświatowy, prowadziłam bibliotekę i robiłam wystawy sztuki współczesnej, co nazywało się „Spotkaniami ze Sztuką Współczesną”. Prowadziłam też lekcje muzealne z różnych dziedzin – także historyczne i etnograficzne. Ściągałam artystów, którzy robili specjalne zajęcia, byłam wtedy zaabsorbowana ideą żywego muzeum, która wyszła właśnie z muzeów etnograficznych i skansenów. Byliśmy pierwszym muzeum w województwie gdańskim, które miało odtwarzacz wideo – przywiozłam go aż z Częstochowy, bo tam był importer. Jako pierwsi używaliśmy filmów animowanych w edukacji muzealnej. Wprowadziłam do naszego muzeum możliwość dotykania przedmiotów, podjęłam też współpracę z twórcami ludowymi, czyli na przykład z kowalem, tkaczką, malarką na szkle, rzeźbiarzami i tak dalej. Potem dostałam nawet nagrodę za najlepszą działalność edukacyjną – wtedy mówiło się „oświatową”. Zatem oświecaliśmy dzieci z wiejskich szkół, które przyjeżdżały do nas z nauczycielami. W międzyczasie skończyłam studia podyplomowe z etnografii na UMK w Toruniu. Bardzo dużo zawdzięczam Teresie Lasowej, która była szefową działu etnografii w naszym muzeum, a potem przez 20 lat z górą szefową Kaszubskiego Parku Etnograficznego we Wdzydzach Kiszewskich. Mogę powiedzieć, że to jedna z osób, od których nauczyłam się najwięcej na temat tego, czym jest muzeum i jakie ma funkcje wobec widza. Myślę, że to było najbardziej rozwojowe; tamte pięć lat mnie ukształtowało.

Aneta Szyłak, fot. Alina Żemojdzin

Zatem czym jest muzeum i jakie ma funkcje wobec widza?

Praca w Pucku nauczyła mnie znoszenia barier i stosowania prostego języka. Oprowadzałam tam po wystawach – i do dzisiaj z przyjemnością to robię. Nauczyłam się kontaktu z widzem, tego, że ten kontakt musi być bezpośredni i autentyczny. To też robię i dzisiaj – rozmawiam z sąsiadami NOMUS, kiedy wyprowadzam psa, pytam ich o rozmaite rozwiązania, dyskutujemy o organizacji otoczenia muzeum. Robiłam to jeszcze w czasach Wyspy i Alternativy. Znamy się. Uważam, że najbardziej wartościową rzeczą w instytucji kultury jest niehierarchiczna atmosfera. Nawet jeżeli za sprawą programu dzielimy się z publicznością naszą wiedzą, to ona nie spływa z katedry; to sytuacja bezpośrednia, każdy może przyjść i porozmawiać na każdy temat. Dlatego też bardzo interesowały mnie takie rzeczy jak założenie Łaźni na Dolnym Mieście, a potem tworzenie Instytutu Sztuki Wyspa tutaj, w Stoczni – to dawało mi poczucie, że jestem w prawdziwym miejscu, a nie w jakiejś „strefie prestiżu”.

[…]

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 35. numerze Magazynu „Szum”.

 

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 35/2021

Zobacz też