20.08.2021

Wieczny sen. „Obudziłem się zmęczony” Jana Porczyńskiego w Galerii Komputer

Janek Owczarek
Jan Porczyński, „Pejzaż oniryczny”, fot. Łukasz Radziszewski
Wieczny sen. „Obudziłem się zmęczony” Jana Porczyńskiego w Galerii Komputer
Jan Porczyński, „Pejzaż oniryczny”, fot. Łukasz Radziszewski
Impreza trwa w najlepsze, satyrzy przygrywają, powyginane robotyczne i ludzkie postaci tańcują, ale jest to raczej dekadencki taniec kończącego się świata – potężne gwiazdy o złowieszczych obliczach nieprzerwanie plują ogniem oraz ciskają piorunami, bestia z blond irokezem zabija zielonego potwora, a groźne ptaszory wypatrują ofiar.

Bardzo rzadko zapamiętuję swoje sny. Nawet jeśli mi się to udaje, nie mam specjalnie czym się pochwalić – wypadanie zębów i latanie z pewnością nie są oryginalnymi i zajmującymi historiami. Nie lubię również wysłuchiwać cudzych snów, nawet tych najbardziej niestworzonych, rozbudowanych i podniecających – nie było mnie w nich, a poza tym myślę, że własne sekrety należy zachowywać dla siebie. Co innego, artyści i artystki – z tematyką i przedstawieniami snu doskonale radzą sobie od stuleci. Mają łatwo, ponieważ wyśnione światy, sceny i sytuacje mogą lepiej bądź gorzej przedstawiać wizualnie. Nawet dzisiejsza sztuka – wydawać by się mogło, że skoncentrowana głównie na społeczno-politycznym zaangażowaniu, pouczaniu i świecie zewnętrznym – nie odpuszcza sennej tematyki, jej nośnikiem czyniąc przede wszystkim niezwykle modne w ostatnim czasie (i częściowo coraz bardziej przebrzmiałe) malarstwo figuratywne.

Niektórym malarzom i malarkom zależy na oddaniu logiki i poetyki sennej percepcji, inni bazują na „podświadomym” malarskim flow, kolejni okraszają prace „atmosferą oniryzmu”. W końcu można własne sny po prostu zilustrować, co z pozoru wydaje się najprostszą i najbardziej ryzykowną strategią. Właśnie tą ostatnią drogą podąża w swojej twórczości Jan Porczyński, którego pierwszą solową wystawę Obudziłem się zmęczony można oglądać w pop-upowej przestrzeni Galerii Komputer zlokalizowanej w dawnym warszawskim Domu Partii. Z jakim efektem?

Obrazy Jana Porczyńskiego na podstawowym poziomie funkcjonują po prostu jako przedstawienia snów, przy czym artysta nie wydaje się być specjalnie zainteresowany ich poetycką i percepcyjna warstwą.

Przygotowana przez Łukasza Radziszewskiego wystawa prezentuje kilkanaście kolorowych gwaszy na papierze powstałych w przeciągu dwóch ostatnich lat. Porczyński jest studentem grafiki, co w żaden sposób nie umniejsza i nie przeszkadza jego malarstwu, chociaż z pewnością pozostawia na nim wyrazisty ślad, dla niektórych być może uwierający. Momentalnie rzuca się w oczy zamknięty i dosyć wąski zestaw form i elementów tworzących przedstawione na obrazach światy: co i rusz pojawiają się muzykanci grający na trąbkach i fletach, tancerze, spersonifikowane słońca i gwiazdy, latające z wywalonymi jęzorami stwory. Niezmienny pozostaje również pomysł na kompozycję tych prac: panoramiczną i bardzo scenograficzną, z nisko umieszczoną linią horyzontu, umownym krajobrazem i mocno wyeksponowanym pierwszym planem, nad którym dominują złowrogo oraz zawadiacko uśmiechnięte gwiazdy i ciała astralne – niczym kosmiczna sceneria w renesansowych obrazach typu Weltlandschaft lub apokaliptyczno-biblijnych płótnach Johna Martina.

Dziękczynne piosenki. Rozmowa z Wojciechem Bąkowskim O snach i wpływie snów na sztukę Wojciech Bąkowski opowiada Jankowi Owczarkowi CZYTAJ!

Ufając artyście, że wszystkie obrazy stanowią efekt przyśnionych zdarzeń, stwierdzam, że są to sny mocno powtarzalne i regularnie nawracające. Nic dziwnego, że Porczyński wybudza się po nich zmęczony. Oglądając te prace nie odczuwam jednak znudzenia i monotonii. Wręcz przeciwnie, przyjemność z patrzenia i poznawania tego świata oraz wypełniających go motywów i postaci jest duża, trochę tak jak w słynnych scenach z kantyn w filmowej sadze Gwiezdnych Wojen. Generalnie wiemy, że będzie muzyczny zespół, cwaniaki, najróżniejsze typy i ryjce, a jednak przyglądanie się nim za każdym razem cieszy oraz zaciekawia w podobnym stopniu. Należy pochwalić twórców wystawy, że nie próbowali kombinować, na siłę poszerzając dość jednorodnej serii prac o jakieś stylistyczne i treściowe efekciarstwo (wzbogacenie wystawy o dwie wczesne, niewielkie litografie z wizerunkiem słońca zdradza wyłącznie graficzny rodowód Porczyńskiego). Twórczość młodego artysty została zaprezentowana szczerze i na poważnie, bez żadnego niepotrzebnego handicapu.

Jan Porczyński, „Ogień”, fot. Łukasz Radziszewski
Jan Porczyński, „Obudziłem się zmęczony”, widok wystawy, fot. Łukasz Radziszewski
Jan Porczyński, „Obudziłem się zmęczony”, fragment wystawy, fot. Łukasz Radziszewski
Jan Porczyński, „Obudziłem się zmęczony”, widok wystawy, fot. Łukasz Radziszewski

Obrazy Jana Porczyńskiego na podstawowym poziomie funkcjonują po prostu jako przedstawienia snów, przy czym artysta nie wydaje się być specjalnie zainteresowany ich poetycką i percepcyjna warstwą. To, jak wspomniałem na początku, może być ryzykowna strategia, prowadząca twórczość w koleiny nudnej ilustracyjności i anegdoty. Na szczęście Porczyński swoje senne wizje traktuje raczej jako przepastny rezerwuar inspiracji (świadczą o tym również zebrane na wystawie szkicowniki i notesy), z których swobodnie wyciąga określone motywy, formy, postacie czy zjawiska, zestawiając je ze sobą w dowolnych konfiguracjach. To malarstwo na wskroś uniwersalne i swobodne w odbiorze, co wcale nie oznacza, że urokliwe. Impreza trwa w najlepsze, satyrzy przygrywają, powyginane robotyczne i ludzkie postaci tańcują, ale jest to raczej dekadencki taniec kończącego się świata – potężne gwiazdy o złowieszczych obliczach nieprzerwanie plują ogniem oraz ciskają piorunami, bestia z blond irokezem zabija zielonego potwora, a groźne ptaszory wypatrują ofiar. Dominuje atmosfera schyłkowości i fatalistycznego niepokoju. Chociaż przedstawione sceny mogą kojarzyć się z baśniami czy legendami, nie uświadczymy w nich morałów, heroicznych czynów czy odważnych bohaterów. Nawet wydawałoby się dzielny jeździec, pojawiający w dwóch pracach, po prostu ucieka.

Porczyński mądrze i z pożytkiem dla swoich prac rezygnuje z wszelkich post-cyfrowych trików, remakowania klasycznych malarskich motywów oraz instagramowej „filtrowości” charakterystycznych dla sporej części współczesnego malarstwa figuratywnego.

Ogólny nastrój malarstwa Porczyńskiego nie ogranicza się wyłącznie do tematyki. Artysta skutecznie podbija go rozwiązaniami formalnymi i stylistycznymi. Porczyński kładzie farbę płasko, operując, jak na grafika przystało, bardziej linią niż plamą. Wykorzystując kolory lokalne oraz aluzyjny światłocień momentami niebezpiecznie zbliża się do atrakcyjnych wizualnie stylizacji czy wręcz ornamentalistyki w duchu Zofii Stryjeńskiej albo wczesnego Witkacego. Jest to widoczne zwłaszcza w niewielkich pracach skupionych na statycznych i frontalnych przedstawieniach pojedynczych twarzy czy postaci. Artysta zdecydowanie najlepiej wypada w większych i rozbudowanych kompozycjach, w których po prostu „coś się dzieje”. To właśnie w nich uwidacznia się ekspresjonistyczny wymiar tej twórczości oraz indywidualny styl artysty. Porczyński mądrze i z pożytkiem dla swoich prac rezygnuje z wszelkich post-cyfrowych trików, remakowania klasycznych malarskich motywów oraz instagramowej „filtrowości” charakterystycznych dla sporej części współczesnego malarstwa figuratywnego. Z całą pewnością nie jest to sztuka inspirowana scrollowaniem profili koleżanek i kolegów malarzy – bliżej jej raczej do niemieckiego ekspresjonizmu, wczesnych disneyowskich animacji czy nawet greckiego malarstwa wazowego, choć należy pamiętać, że podobny artystyczny idiom łatwo odnajdziemy dzisiaj u szeregu innych artystów i artystek, na przykład w rysunkach i obrazach Maren Karlson czy twórczości prezentowanej na wystawach przygotowywanych przez Christinę Giglotti, kuratorkę w galeriach Polansky oraz Kraupa Tuskany.

Jan Porczyński, „Słońce II”, fot. Łukasz Radziszewski
Jan Porczyński, „Obudziłem się zmęczony”, fragment wystawy, fot. Łukasz Radziszewski
Jan Porczyński, „Obudziłem się zmęczony”, widok wystawy z zewnątrz, fot. Łukasz Radziszewski

Odpowiadając na obydwa postawione we wstępie pytania – jak wypada malarstwo Jana Porczyńskiego i czy ilustrowanie własnych snów to na pewno dobry pomysł – przywołam naukę z podręczników do plastyki, że w sztuce forma wyraża treść. To banał nad banały, a jednak śledząc współczesne malarstwo figuratywne, coraz częściej odnoszę wrażenie, że ten związek przestaje być taki oczywisty. Niedobory treściowe oraz niedowład w proponowaniu nowych idei rekompensowane są malarskimi trikami polegającymi na nowoczesnym kopiowaniu dawnych mistrzów, popisach warsztatowych czy w końcu pielęgnowaniu w obrazach wyłącznie swojego malarskiego brandu. Kreskówkowa estetyka staje się często synonimem szczerości. Tymczasem szczerość nie zastępuje braku wyobraźni. Oglądając subtelne w formie i gęste w nastroju gwasze Jana Porczyńskiego jestem przekonany, że artyście nie brakuje obydwu tych cech. Póki co maluje atrakcyjne i wciągające sceny ze snów, co zawsze będzie kuszącym i ryzykownym wyborem. Mam jedynie nadzieję, że nie doczekamy się momentu, w którym zmęczenie artysty własnymi snami zacznie udzielać się również widzom.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Artystka / ArtystaJan Porczyński
WystawaObudziłem się zmęczony
MiejsceGaleria Komputer, Warszawa
Czas trwania16.07–19.08.2021
Kuratorka / KuratorŁukasz Radziszewski

Fotografiedzięki uprzejmości Galerii Komputer
Strona internetowafacebook.com/komputergallery
Indeks

Zobacz też