03.10.2015

Widzisz synku? Tak wygląda salceson. „Morfologia podłogi” w Galerii Sztuki im. Jana Tarasina

Anna Batko
Widzisz synku? Tak wygląda salceson. „Morfologia podłogi” w Galerii Sztuki im. Jana Tarasina
Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Podłoga. Pierwsze skojarzenie, jakie pojawia się w mojej głowie, kiedy słyszę tytuł wystawy Poli Dwurnik związane jest z wierszem Mirona Białoszewskiego, który właśnie o podłodze pisał: „leżąca strona boga naszego powszedniego zwyczajnych dni”, czy „buraka burota i buraka bliskie profile skrojone”. I może to nie przypadek, że wystawa Morfologia podłogi otwiera się właśnie w Kaliszu, jakby nie było na prowincji, instytucjonalnych rubieżach obiegu sztuki.

Dwurnik bierze na warsztat galeryjną posadzkę, relikt PRL-u, ale i późniejszej transformacji lat 90., mozaikę mozaik, postołówkową strukturę złożoną z trzech różnych modułów, wszystkich mięsno-salcesenowartych, rozbijających się na tysiące mniejszych kawałków, rozbrajajaco nierównych, rujnujących jakiekolwiek wysiłki aranżacyjne. To niezdrowe zainteresowanie podłożem i obsesyjna wręcz fascynacja rodzi się nie gdzie indziej, ale na plenerze BWA, który Dwurnik ilustrowała, i gdzie jak się okazało Kalisz jest nie tylko jedną z nielicznych instytucji gdzie niewiele się zmieniło od czasu jej powołania, ale też jedną z trzech, która może się jeszcze pochwalić popularnym w latach 70. i cieszącym się nieszczególnie dobrą sławą „salcesonem”.

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Na ścianach (ale i na podłodze, a nawet parapetach) widzimy przede wszystkim abstrakcje, olejne obrazy, zatracające kształty kamiennych skorup i kolorystycznie zmanipulowane fotografie, w tym również te stanowiące niejako ukłon w stronę Tarasina, patrona galerii, kilka rysunków i pstrokate atakujące swym rozpadem, dosztukowywane tak zdjęciami, jak i rysunkami, kolaże. A wszystko to konstruowane na kanwie opowieści wyciągniętej na żywca z kaliskiej posadzki. Dosłownie, bo wśród obiektów zawieszonych na ścianie odnajduje też kopię artykułu z 1976 roku, który opublikowany został w „Ekspresie Wieczornym”, mimo że historia ciąży raczej w kierunku „Faktu”, czy „Super Ekspresu” właśnie. Mowa tu o sfingowanej na potrzeby wystawy historii o odnalezieniu pod kaliską posadzką szkieletu celtyckiej dziewczyny, zamordowanej Calisi, której czaszka wybiła się ponad powierzchnię zlewając z salcesonowatym kamieniem. To miejsce, podobnie jak depresja, najniższy punkt kaliskiej posadzki, dodatkowo zostało wydzielone specjalną ramą. Dziewczyna drewnianą, depresja czarną.

Jest też piosenka śpiewana przez Polę Dwurnik, muzyczny debiut Cosmic Parrot, i teledysk, w którym główną rolę gra właśnie podłoga, skonstruowany w taki sposób, że mamy wrażenie, iż kamera mknie wzdłuż jakichś nieznanych lądów obserwowanych z lotu ptaka. W przestrzeni galerii rozrzucono kilka, niby muzealnych, bo na takie właśnie stylizowanych, gablot. Jedna z nich zawiera publikacje poświęcone budownictwu i technologii tworzenia podłóg, trochę piasku, kamieni i kserówek z encyklopedii. Moją uwagę przykuwa jednak książka Rumaki Lizypa – zbiór mitów i opowieści dotyczących archeologicznych odkryć i legend, z przeklejoną tu celtycko(?!) – kaliską mozaiką podłogową, która jak się zdaje przyplątała się tutaj nie do końca przypadkiem. I kolejna zbierająca zdjęcia podłóg, które tę kaliską gdzieś tam przypominają, ale też spękanej ziemi, salcesonu, ciastka z zatopionymi w ptasim mleczku kolorowymi kawałkami galaretki, oraz chyba nigdzie do tej pory nieprezentowanej, mozaiki Teresy Gierzyńskiej. Z kolei trzecia, ostatnia z gablot, będąca kontynuacją tych ikonograficznych poszukiwań, zawiera w sobie głównie rzeczy datowane na II dekadę XXI wieku: kobiece drobiazgi, chustka z Kappahl, kolczyki, klipsy, chińska spinka do włosów. Artefakty, których wzór rzekomo inspirowany był właśnie kaliską posadzką.

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Najciekawszym jednak eksponatem, a poniekąd kluczem do całej wystawy, jest obraz w złotej ramie, nawiązujący do Alegorii Malarstwa Vermeera. Rzecz typowo dwurnikowska, bardzo w jej stylu. Coś do czego artystka zdążyła nas już przyzwyczaić, malarstwo narracyjne z elementami symboliki. Mamy przed sobą obraz rozkoszy. Jej metaforę i sublimację ewokowanego napięcia, ale też powrót do proporcjonalności. Podłoga jest tu bowiem dokładnie tym, czym jest. Podłożem. Bohaterem jeśli nie drugo-, to trzecioplanowym. Niemym świadkiem zaprzeszłych historii. I tu już pojawia się alchemia, gdzieś między niedźwiedziem żywym, a niedźwiedziem martwym, w uścisku, pocałunku, odchyleniu pstrokatej zasłony. W rozdźwięku ujawniającym tkaninę Barthesowską. To, co rodzi się poprzez nieustanne splatanie. Zaplatanie i rozplatanie.

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Artystka każe nam zejść do poziomu podłogi. Rozbija jej semantyczność i autonomiczność, tylko po to by z tych kawałków nie tyle składać nową całość, co właśnie ten rozpad afirmować. Bawić się kruszeniem i składaniem na nowo puzzli, szukaniem punktów wspólnych, bliźniactwa, które zaraz okazuje się abstrahowaniem różnicy. Morfologia to nic innego jak nauka o kształcie i budowie. Ale to też słowo, które podświadomie odsyła nas do nomenklatury medycznej, morfologii krwi. I idąc dalej żył, tętnic, mięsa. Historii ciała. I tego tu trochę brakuje. Brakuje esencji, zdecydowania, decyzji w którym kierunku iść. Mięsa. Nie jest to ani kolejny ikonograficzny atlas, ani laboratorium nieszkodliwego psychopaty. Luminacja, a więc długofalowe, pseudofilozoficzne i pseudonaukowe, trudne, wręcz niemożliwe do przerwania „przeżuwanie jednego tematu”, zwieńczone porażką, niemożnością wysnucia jakichkolwiek wniosków, jest tu zaprogramowane. I to zaprogramowanie, czytaj wyważenie czy też idealne zbalansowanie proporcji, prezentowanych w przestrzeni eksponatów jest aż nazbyt czytelne. W tekście kuratorskim czytamy, że artystka jest po troszę naukowcem, po troszę archeologiem i twórczynią spiskowych teorii. Tylko tak naprawdę zajmując się wszystkim, nie zajmuje się niczym. Próbując wszystkiego skosztować, nie tyle nic nie jemy, co koniec końców nabawiamy się mdłości.

I chociaż cieszy to, że Dwurnik wychodzi poza swoje media, że ciągle szuka i widzi rzeczy w nowych kontekstach, nawet jeżeli są to rzeczy których nie ma, to sama wystawa pozostawia po sobie wrażenia trochę takie jak ten śmietanowiec z zatopionymi w nim kolorowymi galaretkami. Zupełnie niepotrzebnie udaje coś czym nie jest. Dużo obiecuje, ale żadnej z tych obietnic nie spełnia. Bo galaretka kolorowa i ładnie skomponowana, w ciekawej formie podana, zawsze jest tylko galaretką. I czasami samo jej dostrzeżenie wystarcza. Nie trzeba jej nawet próbować. Może wystarczyłoby samo pogrzebanie w historii galerii, Kalisza, czy salcesonu i potraktowanie mozaiki jako autonomicznego dzieła? Albo ironiczna, idąca w przesadę zabawa samym tylko pojęciem atlasu?

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

Pola Dwurnik, Morfologia podłogi, fragment wystawy

„Podłogo nasza, błogosław nam pod nami” – pisze Białoszewski, a ja z kaliskiej galerii wychodzę przed oczami mając już tylko wspomnianą wcześniej depresję. Nieckę starej, peerelowskiej podłogi. Kwadrat wykrojony czarną ramą. Depresję kaliską, która zdaje się wypływać wszystkimi porami i otworami miasta, atakując zarówno mieszkańców jak i przyjezdnych. Ta depresja zresztą doczekała się swojego fanpejdża na facebooku, quasidziennika, pełnego absurdów i sprzeczności, pisanego z przymrużeniem oka z perspektywy mieszkańca prowincjonalnej, acz ciągle gdzieś do czegoś aspirującej Calisi. Właśnie pojawił się na nim wpis o podróżujących po Krakowie Kaliszanach, który dla żartu przykleili do samochodowej szyby kartkę: „On nas porwał”.

Morfologia jest równie absurdalna, senna, obsesyjnie zafiksowana na samej sobie. I też domaga się uwagi. Pytanie tylko, czy jest jej warta? Czy gra, którą promuje nam Pola Dwurnik, pozwala jeszcze na snucie własnej opowieści? Czy nie jest ona czasem przegadana, choć jednocześnie niewiele mówi? I czy nie rozbija się, nie rozlewa, na kolejne kilkadziesiąt nic nieznaczących historii? Zupełnie tak jak podłogowy salceson. Raz bawi, innym razem śmiertelnie nudzi. I mimo wszystko sprawia wrażenie letniej.

***

– Popatrz, pochowali tutaj tę dziewczynę… Celci.

– Jezu, rzeczywiście. Z którego roku to jest gazeta?

– ’76, mieszkałaś wtedy w Kaliszu?

– Tak. Chyba tak, ale nie pamiętam jakoś tego odkrycia. Zobacz, tu wystaje ta czaszka, widzisz?

– Nie…

– No tu jest. Nie widzisz, Danka?

– Aaaa. Widzę, widzę już.

[sytuacja wernisażowa]

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaPola Dwurnik
WystawaMorfologia podłogi
MiejsceGaleria Sztuki im. Jana Tarasina w Kaliszu
Czas trwania03.09-11.10.2015
Strona internetowatarasin.pl
Indeks

Zobacz też