15.09.2021

Trzecia droga. Rozmowa z Magdaleną Ujmą

Jakub Banasiak; fotografie: Ewa Pasternak
Tekst opublikowany w magazynie Szum 34/2021
Miejsce: Cricoteka, Galeria-Pracownia Tadeusza Kantora, ul. Sienna 7/5 w Krakowie
Trzecia droga. Rozmowa z Magdaleną Ujmą
Miejsce: Cricoteka, Galeria-Pracownia Tadeusza Kantora, ul. Sienna 7/5 w Krakowie
W liceum czytaliśmy Rimbauda, ale też Becketta, bitników, Kerouaca, no i „Skowyt” Ginsberga. Pamiętam, że byłyśmy z koleżankami bardzo zajawione na późnego Lennona i zawzięcie go tłumaczyłyśmy. A że w szkole mieliśmy francuski zamiast angielskiego, to strasznie go kaleczyłyśmy.

Jakub Banasiak: Pochodzisz z Lublina. Zainteresowałaś się sztuką współczesną przez BWA Andrzeja Mroczka?

Magdalena Ujma: Nie, od zawsze miałam takie ciągoty. Wyrosłam w domu inteligenckim, mieliśmy albumy z malarstwem, które pasjami oglądałam. Pamiętam, jak któregoś razu moja mama powiedziała: „Słuchaj, ty będziesz krytyczką sztuki, bo masz bardzo zdecydowane poglądy na to, czy coś jest dobre, czy złe”. Nie pamiętam, kiedy to było, ale raczej wcześnie, jeszcze w podstawówce. Potem poszłam do plastyka. Liceum plastyczne było dla mnie cholernie ważnym czasem. Rodzice lamentowali, że im się dziecko zmarnuje, tymczasem dziecko bardzo mocno wkręciło się w humanistykę. Był tam bardzo dobry język polski i świetna historia sztuki.

Pamiętasz, kto ją prowadził?

Jerzy Żywicki, wtedy młody historyk sztuki po Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, robił wtedy doktorat. Jego działką była architektura i neogotyckie nagrobki na cmentarzu w Lublinie. Miał pasję. Przerabialiśmy program nie z nieśmiertelnego podręcznika Sztuka i czas, tylko według jego autorskiego programu. Właśnie wtedy zafascynowałam się historią sztuki. Wyglądało to tak, że Żywicki rysował nam na tablicy „reprodukcje” i myśmy je przerysowywali. Miałam tak szczegółowe notatki, że potem właściwie nie musiałam się już uczyć do egzaminów na historię sztuki. To były lata 80., chodziłam do liceum w czasie największej smuty po stanie wojennym. Ta szkoła mnie uformowała. Dopiero później dowiedziałam się, że w tym czasie wiele działo się w lubelskim BWA. Po Żywickim uczył nas jeszcze Krzysztof Dąbek, który do tej pory pracuje w plastyku i jest jego dyrektorem. I to właśnie Dąbek zaprowadził nas do BWA przy Bramie Grodzkiej. Pamiętam, że zobaczyłam tam jakieś potworne, kretyńskie obrazy, kompletne patologie… Tak mi się wtedy zdawało. A to były po prostu obrazy Gruppy. Jednak wtedy było to dla mnie czymś niewyobrażalnie złym. Innym bardzo dobrym nauczycielem był Stanisław Bałdyga, grafik, brat Janusza Bałdygi. Z dzieciakami z pierwszej–drugiej klasy robił superfajne ćwiczenia. Tworzyliśmy farbami i cienkim pędzelkiem prace op-artowe, oparte na geometrii, rozmaitych modyfikacjach, wariacjach.

Studenckie praktyki inwentaryzacyjne, koniec l. 80. Lubaczów, archiwum prywatne
Jako jurorka w 8. Konkursie Malarskim im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu, 2007, archiwum prywatne

Czyli sztukę aktualną postrzegałaś jako kuriozalną. A co cię interesowało?

Jako zdolne dziecko, przechodziłam grzecznie kolejne fascynacje: wczesnym modernizmem, impresjonizmem, postimpresjonizmem… Wtedy byłam chyba właśnie na etapie postimpresjonizmu. Ale muszę zaznaczyć, że nigdy, ale to nigdy nie fascynowałam się Beksińskim ani Starowieyskim! A w moim środowisku były to wtedy fascynacje klasyczne.

Skoro byłaś w plastyku, to sama też musiałaś malować.

Tak, oczywiście! Starałam się wzorować na Gauguinie. Strasznie mnie korciło, żeby zdawać na akademię, ale bardzo się bałam. W plastyku zawsze byłam tą, która wolała pisać niż malować. Dopiero na sam koniec, w piątej klasie, strasznie się rozszalałam i machałam niezłe obrazy. Miałam charyzmatycznego nauczyciela malarstwa, Macieja Bijasa, który powiedział mi, że jak ktoś jest bardzo zainteresowany sztuką, to nie musi iść na akademię, tylko może kontynuować tę drogę bardziej teoretycznie. Poczułam wtedy wielką ulgę. Z mojej klasy na studia za pierwszym razem dostały się tylko trzy osoby – jeden kolega zdał na grafikę w Warszawie, jeden na polonistykę na KUL, no i ja – na historię sztuki na KUL. Poszłam tam, dlatego że rodzice zapowiedzieli, że nie sfinansują mi studiów poza Lublinem. A przymierzałam się do studiów orientalistycznych w Krakowie. Może bym je wybrała, ale tego roku nie było egzaminów.

Na początku miałam zwyczaj, że jak jeździłam na wystawy, to każde dzieło oglądałam niezwykle dokładnie i drobiazgowo. Starałam się być przygotowana na 1000 procent. Teraz mówię studentom, żeby byli przygotowani na 90 procent, bo jednak pewien procent niewiedzy jest ważny.

Jak wspominasz studia?

Dostało się nas na pierwszy rok strasznie dużo i początkowo byłam bardzo rozczarowana. Nie było takiej atmosfery jak w plastyku, gdzie przeżyłam swoje lata formacyjne – dojrzewania w grupie, czytania poezji, wspólnych wyjazdów. Ale już w plastyku chodziłam do biblioteki KUL.

Bohema.

Bohemą bardzo się interesowaliśmy. Czytaliśmy Rimbauda, ale też Becketta, bitników, Kerouaca, no i Skowyt Ginsberga. Pamiętam, że byłyśmy z koleżankami strasznie zajawione na późnego Lennona i zawzięcie go tłumaczyłyśmy. A że w szkole mieliśmy francuski zamiast angielskiego, to strasznie go kaleczyłyśmy. A KUL szybko mnie rozczarował. Wykładowcy traktowali nas jak niedouczone dzieciaki, a myśmy naprawdę mieli niezłą wiedzę, bo egzaminy nie były proste. Wykładał tam Adam Zieliński, który ze złości, że nie znamy historii starożytnego Rzymu z właściwych, jego zdaniem, źródeł rzucał w nas książkami… No proszę, doszło do wyznania w stylu uniwersyteckiego #metoo [śmiech]. Więc pierwsze lata to były dla mnie nuda i eskapizm.

Żadnych mistrzów?

To później. Bardzo ważną postacią była dla mnie profesor Agata Wolicka, specjalistka od teologii ikony, tłumaczka Paula Evdokimova, prowadząca wspaniałe wykłady z historii doktryn artystycznych. Elżbieta Grabska, która dojeżdżała z Warszawy, a także dojeżdżający z Krakowa profesorowie Jacek Woźniakowski i Tadeusz Chrzanowski. Za moich czasów, a był to przełom lat 80. i 90., Woźniakowski był już na emeryturze i prowadził tylko wykłady monograficzne, ale jeszcze się z nim zetknęłam. No i Małgorzata Kitowska-Łysiak, która była wówczas adiunktką. Wokół Agaty Wolickiej i Małgosi Kitowskiej stworzyliśmy grupę studentów i studentek, w której znaleźli się Piotr Kosiewski, Ryszard Kasperowicz, i wiele innych osób, na przykład. Marcin Lachowski. Piotr z Rysiem byli wyżej ode mnie, ale potem spadli na mój rok, bo byli we Włoszech na dziekance. Tworzenie środowiska zaczęło się na drugim–trzecim roku, kiedy zaczęliśmy się spotykać w mieszkaniu Małgosi Kitowskiej. Do tej grupy należały też osoby ze środowiska lubelskiego, ale nie z uczelni. Na przykład Tomasz Pietrasiewicz, który wtedy prowadził Teatr NN. Teraz jest szefem dużego, ważnego miejsca: Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, ale wtedy to dopiero kiełkowało. To była era poszukiwania małych ojczyzn, zapełniania białych plam w lokalnych historiach. Jedną z instytucji, które wcześnie zaczęły pracować w tym kierunku, był właśnie Teatr NN. Łaziliśmy tam na spektakle. A spotkania w mieszkaniach były sytuacją trochę zawodową, a trochę towarzyską.

[…]

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 34. numerze Magazynu „Szum”.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 34/2021

Zobacz też