16.11.2018

Popsarmackość. „Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju” w BWA Tarnów

Katarzyna Oczkowska
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
Popsarmackość. „Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju” w BWA Tarnów
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju” to wystawa poprawna, ładna, edukacyjna. Ale czy dla wielkosarmackiego mitu i konieczności jego rozbicia to nie za mało? Gdzie te szaleńcze jazdy, gdzie słowiańska fantazja, gdzie chochoł sarmackiej melancholii?

Słynne Nowe Ateny, czyli XVIII-wieczne dzieło jezuickiego księdza Benedykta Chmielowskiego, które określane jest mianem pierwszej polskiej encyklopedii, zaczyna się od precyzyjnego określenia przez autora grupy odbiorców − „mądrym dla memoryjału, idiotom dla nauki, politykom dla praktyki, melankolikom dla rozrywki”. W zasadzie jest to dobry punkt wyjścia dla wystawy Wielcy sarmaci tego kraju / wielkie sarmatki tego kraju w tarnowskim BWA. Jej kurator − Marcin Różyc − podobnie jak twórca czołowego kompendium wiedzy doby baroku sarmackiego, zamierza trafić ze swoim przekazem do szerokiego grona odbiorców. Co więcej, stawka toczy się również o to, żeby, podobnie jak Chmielowski, przedstawić „cały świat pisany z gruntu w słów krótkości”. Wystawa Różyca jest jak popsarmacki mem, zawiera w sobie wszystko, ale robi to w formie skrótowej. Jest tu wielowarstwowy kontekst, rozbudowana narracja, są i dobrzy artyści i dobre prace, zobaczymy też niezłe dzieła i artefakty ze zbiorów muzealnych w Tarnowie i Krakowie. Coś starego i nowego, coś swojego i pożyczonego. Odnajdziemy tu sztukę, modę, poezję, performans. Ale to czego brakuje w memowym sarmatyzmie Różyca, to świadoma tandeta, przegięta siermiężność, skrzywienia, które momentami są nie do przejścia, a więc kwintesencja sarmackiego sznytu.

Brak ten można było odczuć choć by podczas wernisażu. Salonowe przechadzki, stłumione szepty, kuluarowe rozmowy czy wreszcie bardzo oficjalna przemowa oraz prezentacja artystek i artystów nijak się miały do przekłucia napompowanego sarmackiego fantazmatu i wzięcia za bety naprężonej sarmackiej męskości, który to cel przyświecał kuratorowi. Na otwarciu wystawy można było poczuć się bardziej jak we foyer mieszczańskiego teatru niż w miejscu, gdzie „sarmacka tożsamość została rozbita, albo znacznie poszerzona, przemyślana na nowo” − jak przeczytamy w tekście kuratorskim. Niemniej jednak ta osobliwa atmosfera – dość wykraczała poza zwyczajową wernisażową kurtuazję – była w pewnym stopniu fascynująca. A to dlatego, że nasuwała myśl, że być może nawet mając najlepsze intencje, dobre narzędzia, współpracując z grupą świetnych twórców, gest przekroczenia jest nie tyle niemożliwy, co niezwykle trudny do osiągnięcia. Świetnym podsumowaniem tego stanu rzeczy było wyważone, nieinwazyjne działanie Rafała Pierzyńskiego wraz z grupą performerów, którzy mieli na sobie ubrania z kolekcji Swoi Uty Sienkiewicz. Na wzór żywych manekinów przechadzali się po wystawie, przyjmując różnego rodzaju pozy. Z kolei szczytem nieuważności, jeśli mówimy o rozbijaniu czy poszerzaniu nie tylko sarmackiej tożsamości, ale i tożsamości opartej na strukturze patriarchalnej, była sytuacja, kiedy dziewczyna ubrana w hidżab rozdawała gościom wódeczkę.

Na wystawie brakuje przegięcia. W końcu mówimy o sarmatach, a nie słodkich, małych pieskach. Fantazmacie, który nadal bywa na wskroś niebezpieczny i szkodliwy. Żeby móc go przekroczyć i wypracować na nowo, trzeba go najpierw radykalnie zdekonstruować.

Oprócz projektów Uty Sienkiewicz, która w Swoich odwołuje się do tradycyjnych strojów szlacheckich, podrasowanych ludowym sznytem i z nawiązaniami do malarstwa Zalipia przefiltrowanego przez dresiarską estetykę, ważne miejsce na wystawie zajmują ubrania Tomasza Armady. Zresztą Różyc, który jest krytykiem mody, za punkt wyjścia dla całej wystawy obrał właśnie te dwie kolekcje młodych projektantów, którzy w różnej formie nawiązują do sarmackiego dziedzictwa. Jednak o ile pomysł pokazania ubrań Sienkiewicz na żywych ludziach, którzy momentami byli nieodróżnialni od stojących nieopodal manekinów, mógł się bronić, o tyle prezentacja ciuchów Armady już nie. Zamiast pozostać szmaciurami z łódzkich lumpeksów i bazarów, odzyskanymi resztkami fabrycznymi oraz próbnikami tkanin − jak chciałby sam projektant − stały się raczej eleganckimi kreacjami. Burka uszyta z koca z wizerunkiem tygrysa czy ubrania z sadżadży i firanek, pokazane zostały na stylowych manekinach w towarzystwie oryginalnych sarmackich portretów. W takim wydaniu punkowość Armady staje się tylko ładną dekoracją. Natomiast punkowość Siksy, która śpiewa w znajdującym się również na wystawie zapisie pokazu projektanta z 2017 roku, zostaje zawłaszczona jako interesujący soundtrack, który można usłyszeć na słuchawkach. Poliestrowe ścierwo, kawałek śpiewany przez Siksę w husarskich skrzydłach autorstwa Kacpra Szaleckiego staje się tu raczej bawełnianą szmatką, którą można sobie wytrzeć salonowy nosek. Żeby szmaty Armady i lansowana przez niego figura Tutejszego Nietutejszego nie straciły na wyrazie, trzeba by je zamiast na ładnych manekinach, w ładnym otoczeniu, pokazywać raczej na plastikowych krzesłach w jakimś kebabie. Albo jakiegoś kebaba przenieść do galerii sztuki. W końcu projekty Armady to kombo lęków, wyparć i pragnień statystycznego Polaka, który hejtuje pedałów, boi się uchodźców, zwyzywa ciapatych, ale kebaba chętnie opierdoli. I właśnie takiego przegięcia brakuje na wystawie. W końcu mówimy o sarmatach, a nie słodkich, małych pieskach. Fantazmacie, który nadal bywa na wskroś niebezpieczny i szkodliwy. Żeby móc go przekroczyć i wypracować na nowo, trzeba go najpierw radykalnie zdekonstruować.

„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy

Sama przestrzeń wystawy jest mocno naładowana dziełami, eklektyczna i zróżnicowana, bo obok kontuszy oraz sarmackich portretów zobaczymy tu autoportret Jacka Malczewskiego czy odwołania do poezji Elżbiety Drużbackiej, nazywanej „słowiańską Safoną”, albo Trans-Atlantyku Witolda Gombrowicza. Mimo tego nawarstwienia wszystko wydaje się być bardzo bezpieczne i pod kontrolą. W wielkosarmackim wydaniu można byłoby oczekiwać wizualnego oraz znaczeniowego rozbrojenia, a obydwa otrzymujemy połowicznie. Jak pisał klasyk: „Tak, by nam się serce śmiało do ogromnych, wielkich rzeczy. A tu pospolitość skrzeczy”. Nie chodzi nawet o to, że na wystawie w tarnowskim BWA nie ma dobrych prac i precyzyjnie dobranych kontekstów. Są. Nawet bardzo dobre. Na przykład świetna, obleśno-popowo-rytualna Istota Najwyższa − praca Hyon Gyon, która oparła się na wrażeniu dotyczącym sarmatyzmu, a nie na reprodukowaniu kolejnych kalek. W efekcie otrzymujemy olbrzymi, uśmiechnięty, ale za to pięknie udekorowany niby-sarmacki fallus. Albo nieoczywiste malarstwo Agaty Bogackiej, która nie musi wprost opowiadać o tym, co kojarzy jej się z sarmatyzmem, żeby powstała z tego mocna, uniwersalna wypowiedź. Świetny jest też plakat, który wprowadza nas na całą wystawę oraz oprawa graficzna Magdy Burdzyńskiej. Gdyby popsarmackość w takim wydaniu rozciągnęła się na całość, można byłoby z dreszczem podniecenia owinąć się nią jak pasem kontuszowym. Ciekawą oraz ironiczną wypowiedzią na temat barokowej spuścizny jest też wideo Julie Chovin, która przyglądając się architektonicznej okazałości Pałacu Branickich w Białymstoku (nazywanego polskim Wersalem), ustawia się w pozycji trochę outsiderki, a trochę insiderki. Zdystansowana konwencja filmu dokumentalno-przyrodniczego miesza się tu z surrealistyczną, groteskową formułą.

Obok mocnych, przemyślanych i nieoczywistych prac, są też realizacje, które raczej w prosty sposób reinterpretują spuściznę doby baroku i jej współczesne przejawy. Tak jest w przypadku Wojciecha Ireneusza Sobczyka, który, nawiązując do motywu danse macabre, przedstawia jego uwspółcześnioną wersję w postaci kolaży i wielkiego baldachimu. Dość łatwe skojarzenia widać też u Zofii Krawiec, która sfotografowała się w sarmackim anturażu, kreując tym samym wizerunek współczesnej sarmatki, wywłaszczonej z pierwotnego, patriarchalnego kontekstu. Intencja oczywiście jest jak najbardziej trafna, niemniej jednak finalny efekt pozostawia sporo do życzenia. Ale w przypadku prezentacji dzieł Krawiec całkiem niezły okazał się gest kuratorski i zestawienie jej autoportretów z oryginalnym kobiecym portretem sarmackim. Natomiast zupełnie nietrafiony zdaje się pomysł z pokazaniem na ścianie przeskalowanego tekstu wiersza Zuzanny Bartoszek, która inspirowała się poezją Drużbackiej – w takim wydaniu przypominał on trochę prezentację na szkolnej akademii.

„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy
„Wielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju”, widok wystawy

Wracając do dedykacji Chmielowskiego z Nowych Aten − „mądrym dla memoryjału, idiotom dla nauki, politykom dla praktyki, melankolikom dla rozrywki”. I mądrość, i naukę, i praktykę, a nawet rozrywkę odnajdziemy na wystawie Wielcy sarmaci tego kraju / wielkie sarmatki tego kraju. To czego natomiast na niej nie znajdziemy, to zaskoczenie i wychodzenie ze swojej strefy komfortu. Jest poprawnie, ładnie, edukacyjnie. Ale czy dla wielkosarmackiego mitu i konieczności jego rozbicia to nie za mało? Gdzie te szaleńcze jazdy, gdzie słowiańska fantazja, gdzie chochoł sarmackiej melancholii? Brakuje tutaj zwłaszcza tego ostatniego, bo przecież w tym kontekście przymiotnik „sarmacki” odróżnia ten rodzaj melancholii od jej form pokrewnych. Różnica polega na pewnym niepowtarzalnym kolorycie, utożsamianym ze swojskością i zadzierżystością, a więc specyficzną odmianą odwagi. Być może tę zadzierżystość można byłoby oddać w tarnowskim BWA, gdyby przed przystąpieniem do prac nad wystawą kurator udał się w miasto wieczorową porą. I tak jak ja wraz z towarzyszami po wernisażu napotkał w jednej z bram tarnowskiej kamienicy grupę wygadanych młodzieńców wyposażonych w cegłę i tasak.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaTomasz Armada, Zuzanna Bartoszek, Agata Bogacka, Julie Chovin, Zuzanna Czebatul, Martyna Czech, Elżbieta Drużbacka, Kuba Falkowski, Krzysztof Gil, Hyon Gyon, Zofia Krawiec, Kamil Kukla, Jacek Malczewski, Rafał Pierzyński, Karol Radziszewski, Uta Sienkiewicz, Mikołaj Sobczak, Wojciech Ireneusz Sobczyk, Piotr Urbaniec, Łukasz Wojtanowski; oprawa graficzna Magda Burdzyńska
WystawaWielcy sarmaci tego kraju / Wielkie sarmatki tego kraju
MiejsceBWA Tarnów
Czas trwania28.10.2018-13.01.2019
KuratorMarcin Różyc
FotografieJolanta Więcław
Strona internetowabwa.tarnow.pl
Indeks

Zobacz też