22.11.2019

„Pole cudów” Lwa Powznera w Galerii Dawid Radziszewski

Lew Powzner, „Artist and his model”, 2019
„Pole cudów” Lwa Powznera w Galerii Dawid Radziszewski
Lew Powzner, „Artist and his model”, 2019

SURPRIZ

Szkice ze spotkania z Lwem Powznerem. Moskwa, wrzesień 2019
Małgorzata Smagorowicz-Chojnowska

Wiem już o Lwie trochę. Ale to początek. Zdecydowanie za mało. Lew ma maila, ale Lew nie ma komputera. Jego świat to rzeczywistość i Jego Świat. W pełni niezależny. Ani były Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, ani dzisiejsza Rosja nie zmieniły jego podejścia do samego siebie i do świata. Lew Powzner buduje własną ekscentryczną galaktykę pełną powzneryzmu. Pełną parodii. Składa się ona z nożyczek na stole, drzew na osiedlu, karaluchów, domina, zapałek, ludzi, psów i ich braku, twarzy, a także odbić w lustrze. Nietraktowanych zbyt poważnie. Ale świat ten bierze się z profesjonalnej, chłodnej, wieloletniej pracy malarskiej. Chodźmy tam!

I. Przeczucie

Odkrycie dla szerokiej międzynarodowej publiczności osiemdziesięcioletniego rosyjskiego malarza z Moskwy to sprawa niebywała. Ale odkrycie dla moskiewskiej publiczności osiemdziesięcioletniego moskiewskiego malarza to jest rzecz przewrotna! Lew, gdyby miał coś o niej powiedzieć, być może powiedziałby: „absurdalna”.

Tym niemniej historia ta wydarzyła się naprawdę. Swój początek miała w marcu 2019 roku, kiedy Łukasz Gorczyca i Dawid Radziszewski postanowili rozejrzeć się po moskiewskich zaułkach. I nagle, choć nieprzypadkowo, poznali Lwa Powznera − malarza urodzonego 8 listopada 1939 roku w Moskwie. Przeżył w niej całe życie i osiągnął dyskretną sławę artysty awangardowego, zachowując nieustającą niezależność i anonimowość w szerokich kręgach moskiewskiej publiczności. Czy przeczuwał, że rok 2019 zmieni ten stan?

II. Spotkanie

Nigdy nie sądziłam, że spotkam Lwa Powznera. Ale ze spotkaniami tak bywa.

Zdarzyło się kiedyś, że pewien człowiek poszedł do pracy, a po drodze spotkał innego człowieka, który kupił polską bułkę i szedł z powrotem do domu.

No, to już właściwie wszystko.[1]

Daniel Charms

Osiem godzin rozmów, trzy spotkania w Gościnnym Dworze, jedno śniadanie. To dłużej niż chwila. Ale z każdą chwilą za mało. Wiem już, kiedy zaczął malować (w połowie lat 60.), i że pierwszy cykl był bardzo erotyczny. Wiem też, że polskie czasopisma, takie jak „Ekran” czy „Szpilki” były dla niego bardzo ważnym elementem poznawania twórczości innych krajów i odkrywania niesowieckiego świata tamtych czasów. I polskie kino. Od wtedy ważne do dziś. Poznaję kolejne szczegóły. Trochę się boję, bo przecież spotkaliśmy się tak nagle. Na targach sztuki Cosmoscow.

Czasami milczymy, czasami patrzymy na prace Lwa. Czasami Lew patrzy na innych. Patrzy, jak patrzą. Patrzy też, jak patrzą na jego prace. I mówi:

− Zobacz, jak patrzą, przez smartfony.

Ale chyba nie użył tego słowa. Ma zwykły telefon. Ja też mam po prostu telefon. Być może jako jedyni mamy w tej chwili po prostu telefony. To, jak i na co się patrzy, jest dla niego bardzo ważne. Zatem patrzymy. Również na jego prace.

− Nigdy nie namalowałem niczego poważnego – mówi Lew i się uśmiecha.

Wtedy jeszcze w to nie wierzę, nie rozumiem. Śledzimy wzrokiem pracę za pracą.

− Zobacz, tej dałem tytuł Wytwarzanie energii potrzebnej do wysuszenia prania − uśmiecha się. − Tu w ogóle nie ma seksu! Tak chciałem.

Uśmiech − nieco ironiczny?

− A ta, palenie papierosa, jest bardzo w stylu glamour (Waza z kwiatami, 2011). A ta? Zobacz, już zupełnie surrelana! W lesie jakaś dziwna staruszka macha rękoma (Pozdrowienia z Kratowa, 2010). Albo ten: para pochylona nad szkiełkiem, ona się uśmiecha, a on? Nie wiadomo… (Legalny interes, 2010).

− A ta? Ta jest bardzo smutna… (Bluesowo, 2011)zagaduję.

− No tak. Niemożliwość spotkania. To jest zawsze smutny temat… Ale wiesz, tu nie mogłem inaczej. Nie miałem wyjścia. Poddałem się i namalowałem to tak, jak prowadziła mnie ręka.

III. Gra

Rozmowa to też trochę gra. Grając, łatwiej się poznać. Zaczęliśmy grę w Który malarz jest najważniejszy?. Jest ich trzech.

− Ekscentrycy – mówi zdecydowanie Lew. − Masaccio, bo w syntetyczny sposób przedstawił pełnię człowieczeństwa; takich twarzy nikt już później nie namalował. El Greco − mocny malarz – mistrz koloru i wirtuoz religijnej ekstazy, a do tego malował naprawdę szybko… Rembrandt – widzący tajemnice… Patrzymy na jego prace i tylko nam się wydaje, że wszystko wiemy… A ponad nimi najważniejszy: Da Vinci – po prostu, najlepszy.

Zatem jest ich czterech. Ekscentrycy. To oni są dla Lwa interesujący. Ale są też Wielkie Nazwiska. Z dawnych lat. To znaczy z XX wieku. Dziś takich nazwisk już nie ma… Wielkie Nazwiska zmieniają malarstwo. Tak właśnie jak Malewicz, Kandinsky… Ale dziś − dziś Wielkich Nazwisk już nie ma.

A jakim malarzem jest Lew Powzner? Sam uważa się za malarza w stylu post. Post, post, post. Teraz wszyscy są post i on również. Bo wszystko już odkryto. Odkryła to wielka czwórka i jeszcze kilku innych, i w XXI wieku nie ma już zupełnie Wielkich Nazwisk. O tym już mówiliśmy. No, ale jeszcze nie mówiliśmy o literaturze. A zatem…

Lew Powzner, „He left!”, 2018
Lew Powzner, „Find Turgenev!”, 2018
Lew Powzner, „Colomba”, 2019

IV. Literatura

Nic o Rosji się nie wie, żeby ją zjechać wzdłuż i wszerz, jak się nie sięgnie po jej literaturę, bo Rosja jest cała w literaturze, a Szwajcaria, na przykład, nie.[2]

Eustachy Rylski

Lew to malarz profesjonalny. Profesjonalny w swoim stosunku do procesu malowania obrazów. Malowanie to sytuacja wymagająca pełnej koncentracji i spokoju. Bez emocji. Tak maluje Lew.

− A jak u pana z natchnieniem do pracy? – pytam.

− O natchnieniu możemy mówić w dwóch przypadkach. Przed rozpoczęciem pracy i w trakcie pracy, ale tu odnosi się to tylko do poczucia zadowolenia z rozwiązania wybranego przez siebie tematu, ze zwycięstwa nad sobą. Jednak to nie jest praca pod wpływem emocji. Emocje to literatura, a literatura to życie. A malowanie to profesjonalna sytuacja.

A literatura? Najbliżsi są mu Oberiuci. Czterech najważniejszych dla niego poetów to: Daniel Charms, Mikołaj Zabłocki, Mikołaj Olejnikow i Aleksander Wwiedienski. A zatem klasyczna szkoła absurdu z przełomu lat 20. i 30. XX wieku. OBERIU – Objedinienije Riealnogo Isskustwa – czyli Stowarzyszenie Sztuki Realnej[3]. Kiedy o nich mówi, zaczynam powoli rozumieć, skąd u Lwa Powznera tak niesamowita precyzja odpowiedzi na pytania, skąd ekscentrycy w połączeniu z rygorystycznym podejściem do procesu malowania, no i skąd same obrazy o tak niejednoznacznej tożsamości.

Początek ma miejsce w Leningradzie. Właśnie tam, w 1928 roku, Oberiuci ogłaszają manifest, w którym o poezji piszą tak:

Kim jesteśmy? I dlaczego jesteśmy? My, oberiuci, jesteśmy uczciwymi pracownikami swej sztuki. Jesteśmy poetami nowego odczuwania świata i nowej sztuki. Nie tylko tworzymy język poetycki, ale również nowe odczucie życia i jego elementów. Nasza wola twórczości jest uniwersalna: przelewa się przez bariery gatunków i wdziera w życie, otaczając je ze wszystkich stron. I oto świat, zanieczyszczony językami wielu głupców, ugrzęzły w szlamie „przeżyć” i „emocji” odradza się w całej czystości swych konkretnych mężnych form.[4]

„Pejzaże” Stefana Słockiego w Galerii Dawid Radziszewski Fotorelacja z wystawy przemysłowych pejzaży Stefana Słockiego CZYTAJ!

Oberiuci wdzierają się w życie, Oberiuci giną też młodo – co wielokrotnie podkreśla Lew. Represjonowani za swą twórczość literacką, za artystyczną niezależność, aresztowani w końcu lat 30. umierają na początku lat 40. Z wymienionej czwórki jedynie Mikołaj Zabłocki przeżywa aresztowanie, łagier i wojnę. Umiera w Moskwie w 1958 roku – zrehabilitowany[5]. Zatem język absurdu był zbyt blisko rzeczywistości i okazał się tworzyć zbyt dużą przestrzeń niezależności. O roli języka w 1987 roku inny leningradczyk, Josif Brodski, mówił tak:

Język i prawdopodobnie literatura są bytami znacznie starszymi, bardziej trwałymi i długowiecznymi niż jakakolwiek forma organizacji społecznej. Oburzenie, ironia czy obojętność użyta w literaturze w odniesieniu do państwa jest przede wszystkim reakcją stałości – czy, lepiej ujmując, nieskończoności − w odniesieniu do czegoś chwilowego, zdefiniowanego. (…) Filozofia państwa, jego etyka – nie mówiąc już o jego estetyce – to zawsze „wczoraj”. Język i literatura to „dzisiaj, teraz”, a często – szczególnie w okresach dominacji ortodoksyjnych systemów politycznych – może oznaczać nawet „jutro”[6].

Oberiuci stworzyli język jutra. Na tyle niebezpieczny, że ich utworów − za wyjątkiem twórczości dla dzieci − nie publikowano oficjalnie w ZSRR aż do nadejścia pierestrojki[7]. Część ich zakazanej twórczości krążyła w formie samizdatów. To właśnie ich językiem komunikuje się z nami Lew Powzner. Językiem absurdu. Językiem niezależności. Językiem parodii.

V. Niezależny

Umysł ludzki lubi porządkować, nazywać, segregować. Lubi rozumieć wprost. Nawet jeżeli zjawisko nie daje się klasyfikować przy użyciu znanych kategorii. Ale takie próby uspokajają. Tylko czy prace Lwa Powznera dają się czemukolwiek znanemu przyporządkować? Czy nie są jak poezja Charmsa – zrywająca relacje pomiędzy pojęciami „istotny” i „bez znaczenia”, stanowiącymi sedno realizmu[8]. Prace Lwa Powznera są od realizmu niezależne – zarówno radzieckiego, jak i rosyjskiego. Przez tyle lat. Są zależne tylko od niego. A my nawet wiedząc, jakim językiem posługuje się jego wyobraźnia, jesteśmy wciąż zaskakiwani. Próbę zbliżenia się do nich zacznijmy od fragmentu wiersza zawsze niezależnego oberiuty Daniela Charmsa[9]:

Nieteraz[10]

To jest Tym.
Tamto jest Tamtym.
To nie jest Tamtym.
To nie jest Tym.
Reszta to albo to, albo nie to.
Wszystko jest albo tamtym, albo nie tamtym.
To, co nie jest tamtym i nie jest tym, jest nie tym i nie tamtym.
To, co jest tamtym i tym, jest zarazem Samo przez się.
To, co jest Samo przez się, może być tamtym, ale nie tym, lub tym, ale nie tamtym.
(…)

Lew maluje seriami. Tak już jest. Seria Ukryte twarze (Cпрятанныe лица).

Opowiem, jak się w nowe kształty przemieniały ciała. Natchnijcie mnie, bogowie, bo za waszą sprawą działy się te przemiany, a snujcie pieśń odwieczną od początku świata do naszych czasów.[11]

Owidiusz

O działaniach bogów w przypadku Lwa trudno coś powiedzieć. Ale o działaniu samego Lwa można nieco więcej. Kiedy rozmawiamy, pada słowo „niespodzianka”, po rosyjsku „surpriz” (сюрприз). Sur… Lew ucieszony:

− Wiesz, przedrostek sur- dużo obiecuje. Od razu sam coś przekształca.

Lew też przekształca. Ciałom nadaje nowe kształty, a twarzom nowe wymiary i detale. Konstruuje twarz, ale jednocześnie ją dekonstruuje. Tworząc syntezę, pisze całe opowiadania. Opowiadania o rzeczywistej nierzeczywistości. O ukrytych twarzach. O sobie? O nas? O nich? O tych i o tamtych? Ukrytych.

Seria Szpigel (Шпигель).

Lustro. W tej serii Lew gra nie tylko z widzami, ale przede wszystkim sam ze sobą. Do swoich prac przykłada lustro (w połowie obrazu czy rysunku) i maluje kolejny obraz, który staje się symetryczny. Widzimy zatem scenę podwójnie, ale też wiemy, że widzimy mniej. Choć w pierwszej chwili zmysły, dostając zdwojoną dawkę obrazu, nie odczuwają żadnego braku. Przecież obraz jest pełny! To, że coś przed nami ukryto, a może nawet nam odebrano, staje się zrozumiałe dopiero po chwili refleksji. Ale nawet wtedy nie wiemy, czy naprawdę chcielibyśmy zobaczyć inny obraz? To przekształcenie poszerza nasze postrzeganie rzeczywistości. Poszerza nasz świat, bo oczywistym się staje, że ten, który widzimy, jest taki, jaki jest, ale jest też zupełnie inny. A wiec jest tak, że… „To jest Tym. Tamto jest Tamtym. To nie jest Tamtym. To nie jest Tym” A śniadanie jest śniadaniem i nieśniadaniem jednocześnie.

Lew Powzner, „Pole cudów”, widok wystawy, fot. Michał Kaczyński
Lew Powzner, „Pole cudów”, widok wystawy, fot. Michał Kaczyński
Lew Powzner, „Pole cudów”, widok wystawy, fot. Michał Kaczyński
Lew Powzner, „Pole cudów”, widok wystawy, fot. Michał Kaczyński

VI. Śniadanie

Zaklęcie[12]

Przez wysokie wrota,
Przez moczary, błota,
Drogą nie chodzoną,
Łąką nie koszoną,
Wielkanocne dzwony,
Nie wzywany,
Nie mnie sądzony,
Na wieczerzę do mnie przyjdź!

Anna Achmatowa

Ale to nie nasz przypadek. Bo ani Achmatowa nie należy do bliskich mu poetek, ani my nie pojawiamy się na odległym od centrum osiedlu przez zbieg okoliczności. Umówieni i, niestety, spóźnieni, nie zaklęci, choć oczarowani – i zaproszeni – przychodzimy na śniadanie.

Nostalgiczne. Siadamy w kuchni jak domownicy. Wokół stołu. Trojka. Ja pośrodku.

Lew zmienia Łukaszowi ozdobną filiżankę na zwykły szary kubek. Mówi: „To dla kobiet” i stawia ją przede mną. Cały Lew: poczucie humoru i precyzja.

VII. Siedem teczek

Oglądanie rysunków to moja słabość. Są trochę jak pamiętniki, jak rękopisy znalezione w Saragossie. Zawsze znajdzie się w nich więcej, niż można oczekiwać. Rysunki zastawiają też emocjonalne pułapki. Cóż z tego, że wiem o tym? I cóż z tego, że w teczkach są nie tylko rysunki… Lew przygotował siedem teczek. Wpadliśmy w sidła. Uważnie przeglądam teczkę za teczką, pracę za pracą. Mogę to zrobić tylko raz, bo jest za mało czasu… Za mało, za mało, za mało. Nigdy podczas spotkań z Lwem nie było go tak niewiele. A może nie czuliśmy, że jest jeszcze tyle do opowiedzenia? Łukasz przegląda prace jeszcze szybciej niż ja i też wpada w sidła powzneryzmu. Nawet nie ma czasu na uwagi, jęczy tylko: „Zobacz! A to? To nie?! Aaa, nie teraz!!!”.

Spokojnie. Lew patrzy na nas z ironicznym uśmiechem i powoli zaczyna wyliczać: drzewa, cienie, nożyczki, obcęgi, owady − szybko pytam które, choć to prawie widać… karaluchy i muchy, domino, papierosy. To jest mi bliskie, to wszystko tam jest.

I nagle jego wzrok pada na półkę nad stołem w pracowni. Z przerażeniem rozumiem to nagłe zastygnięcie Lwa. Dwa tomy poezji. Gdyby nie spojrzał w górę, zapomniałby. Nie pamiętałam i ja. Książki. Obiecał mi dać swoje wiersze. Dwa tomy: Parabellum (Парабеллум), wydany w 2013 roku, i Mop o imieniu Lena (Швабра Лена) z 2017. Lew zaczął pisać poezje w wieku 72 lat. Do tego momentu literatura była częścią jego życia. Od tej chwili poezja to też część jego twórczości. Lew wpisuje dedykacje. Dziękujemy. Żegnamy się. Wychodzimy. Koniec.

Mikołaj Olejnikow

KARALUCH[13]

W szklanym słoju tkwi karaluch,
Ssąc powoli rudą łapkę.
Na kaźń czeka, pełen żalu,
Że dał złapać się w pułapkę.

Patrzy wzrokiem dość ponurym,
Bo ma stale przed oczyma
Tłum wiwisektorów, z których
Każdy nóż lub topór trzyma.

Felczer bierze instrumenty,
Czyści je z niezwykłą wprawą.
Nucąc przy tym jak najęty
„Hajda trojka” – piosnkę żwawą.

Małpa myśli niezbyt składnie,
Zamiast myśleć – śpiewać woli,
A karaluch w słoju, na dnie
Rudą łapkę ssie powoli.

Teraz oczy wzniósł do nieba
I ze strachu się nie rusza.
Śmierci wcale by się nie bał,
Gdyby wiedział, że jest dusza.

Lecz nauka nam powiada,
Że to wszystko zabobony,
Cała dusza zaś się składa
Z kości, sadła i śledziony.

To są tylko stawy liczne
I substancje organiczne.
Praw nauki wszak nie zmienią
Żadne płacze ani jęki,

Więc karaluch w przerażeniu
Czeka na okrutne męki.
Kat się już do niego zbliża,
Cały korpus obmacuje,

Potem gdzieś powyżej krzyża
Zręcznym ruchem go przekłuje.
Niby świnię przed zarżnięciem
Z nóg go wali, jak należy;

Niczym szkapa rży zawzięcie
I zębiska żółte szczerzy.
Wnet wiwisektorów tłuszcza
Rzuca się nań bez litości,

W ruch lancety, szczypce puszcza
I wypruwa zeń wnętrzności.
Setka instrumentów chrzęści
I pacjenta rwie na części.

Poraniony tak obficie
Nasz karaluch kończy życie.
Nic w ogóle już nie czuje,
Nie poruszy nawet rzęsą,

Więc się wycofują zbóje,
Ręce im się trochę trzęsą.
On zaś leży na kształt kłody.
Już po bólu. Już po smutku.

Teraz zeń podskórne wody
Wypływają pomalutku.
Syn się chowa pod ceratą.
Sam pozostał na tym świecie.

Mamle tylko: „Tato, tato!”.
Biedne dziecię.
Ojciec słyszeć go nie może.
Bo nie żyje już, niebożę.

Wiwisektor zuchowaty,
Nóż i piłę dzierżąc w dłoni,
Potargany i brodaty
Nad biedakiem głowę kłoni.

Nosisz spodnie, ty brutalu,
A czyś pojął należycie,
Że niezwykły to karaluch?
Że dla wiedzy oddał życie!?

Już niedługo go pochwycą
Ordynarne łapska stróża.
Żeby na dół mózgownicą
Cisnął z okna w głąb podwórza.

Będzie tam zadarłszy nóżki,
Gołąbeczku, w blasku słońca,
Leżał gdzieś pośrodku dróżki
I smętnego czekał końca.

Potem na kosteczki drobne
Deszczyk zacznie kapać z góry,
Jego oczka zaś nadobne
Będą dziobać zwykłe kury.

Tłum. Jerzy CzechMałgorzata Smagorowicz-Chojnowska

[1] Daniel Charms, Spotkanie, [w:] Pijcie ocet, panowie, tłum. Jerzy Czech, Kraków 1997, s. 247.
[2] Eustachy Rylski, Arina Timofiejewna, [w:] Po śniadaniu, Warszawa 2016, s. 45.
[3] Konstanty Waginow, Mikołaj Olejnikow, Danił Charms, Aleksander Wwiedienski, Mikołaj Zabłocki, Tragiczna zabawa. OBERIU, czyli inna Rosja poetycka, wstęp i wybór Andrzej Drawicz, Kraków 1991, s. 3.
[4] Tamże, s. 15.
[5] Tamże, s. 140.
[6] Tłumaczenie własne na podstawie wersji rosyjskiej, Joseph Brodsky, Nobel lecture, December 8, 1987, www.nobelprize.org/prizes/literature/1987/brodsky/lecture.
[7] Pierwszym czasopismem na świecie, które wydrukowało sztukę Charmsa Elżbieta Bam, był „Dialog” – w 1966 roku. Potem wystawił ją STS. Por. Daniel Charms, Pijcie…, dz. cyt., s. 4.
[8] Graham Roberts, The last Soviet avant-garde. OBERIU − fact, fiction, metafiction, Cambridge 1997, s. 86.
[9] Daniel Charms nie nazywał się w rzeczywistości Charms, tylko Juwaczow. Urodził się w 1905 roku w Petersburgu; podawał wiele fantastycznych wersji swoich narodzin. Kiedyś opowiadał, że urodził się pod postacią kawioru i omal nie zginął rozsmarowany na kanapce. Por. Daniel Charms, Pijcie…, dz. cyt., s. 4
[10] Daniel Charms, Nieteraz, [w:] Konstanty Waginow i in., Tragiczna zabawa…, dz. cyt., s. 65.
[11] Owidiusz, Metamorfozy, tłum. Anna Kamieńska, Wrocław 2004, s. 3.
[12] Anna Achmatowa, Zaklęcie, tłum. Gina Gieysztor, [w:] Anna Achmatowa, Poezje, Kraków 1986, s. 179.
[13] Mikołaj Olejnikow, Karaluch, [w:] Konstanty Waginow, Mikołaj Olejnikow, Danił Charms, Aleksander Wwiedienski, Mikołaj Zabłocki, Tragiczna…, dz. cyt., s. 30.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaLew Powzner
WystawaPole cudów
MiejsceGaleria Dawid Radziszewski, Warszawa; we współpracy z galerią Raster, Warszawa
Czas trwania8.10–7.12.2019
Strona internetowadawidradziszewski.com
Indeks

Zobacz też