16.12.2020

Nowe zasady dla (wypędzonej) Królewny Śnieżki

Anna Markowska
Tekst opublikowany w magazynie Szum 31/2020
Jerzy Kosałka, Tomasz Opania, „Entropolux”, działanie performatywne dzięki uprzejmości Galerii Entropia we Wrocławiu
Nowe zasady dla (wypędzonej) Królewny Śnieżki
Jerzy Kosałka, Tomasz Opania, „Entropolux”, działanie performatywne dzięki uprzejmości Galerii Entropia we Wrocławiu
Sympozjum było miastotwórczym wydarzeniem. Podjęło kwestie zamieszkiwania i uczestniczenia w przestrzeni, otwierania się na ludzi w codziennej niewspółmiernej potoczności. Było to wbrew wymyślonej sprytnie przez Złą Macochę „ugodzie”, by każdy sobie rzepkę skrobał osobno, w swoim domku.

Macocha, Śnieżka, artyści, sztuka (i miasto)

Dawno, dawno temu wypędzona przez Złą Macochę z rodzinnego domu Królewna Śnieżka wdarła się na cudzą posesję. Szczęśliwie olśniła mieszkających tam krasnoludków swoją urodą. Gdy jeszcze im posprzątała i dała jeść, obiecując dodatkowo prać, szyć oraz – ponoć – nawet dziergać, krasnoludki pozwoliły jej u siebie zamieszkać. Po 1945 roku, dokładnie jak w baśni braci Grimm, wypędzone ze swych domów polskie królewny (i polscy królewicze) obiecały Myśliwemu – za cenę życia – że pójdą w głąb dzikiego lasu i nigdy nie wrócą do domu. Jednak na tym podobieństwa się kończą: w swych odnalezionych po straszliwej tułaczce nowych mieszkaniach, z niepasującymi łóżeczkami, znaleźli trupy krasnoludków z powykrzywianymi gębusiami oraz złośliwie porozbijane talerzyki, by nikt nic już z nich nie mógł zjeść. W zburzonym mieście przestrzeń gęstniała od przekleństw, strachu i nienawiści. Unosił się duszący swąd wojny. Powojenny polski Wrocław, niedawno jeszcze niemiecki Breslau, był monstrualną kupą gruzu pod rządami Złej Macochy, która – poszerzając granice swego królestwa – podążyła wraz z Myśliwym za Królewną. Ćwierć wieku później, gdy odbudowa katastrofalnie zrujnowanego miasta przyspieszyła, powstał pomysł pomalowania ścian zawalonych budynków, by nieco rozweselić ponurą aurę ulic. Pomysł rozrósł się w Sympozjum Plastyczne Wrocław ’70 – nastawione na codzienność mieszkańców estetyczne uzdatnienie tego, co mija się w codziennych wędrówkach. Skromny pomysł szybko zmienił się w refleksję nad zamieszkiwaniem w mieście, sposobami wyrażania swej indywidualności i wspólnotowości.

W zburzonym mieście przestrzeń gęstniała od przekleństw, strachu i nienawiści. Unosił się duszący swąd wojny. Powojenny polski Wrocław, niedawno jeszcze niemiecki Breslau, był monstrualną kupą gruzu pod rządami Złej Macochy.

Kolejne pół wieku później zrodziła się w Muzeum Współczesnym Wrocław chęć podsumowania tego, co się wówczas działo. Tak jak poprzednio oprócz wystawy zaplanowano spotkania i debaty. Główne przesłanie wystawy Nowa normatywność. Sympozjum Plastyczne Wrocław ’70 streszcza umieszczony na początku neon Rafała Jakubowicza z 2010 roku SP/PS (Sztuka pojęciowa / Post scriptum). Neon odtwarza ośmiokrotny zapis w pionowej kolumnie słowa „sztuka” nakreślony na kartce papieru przez Jerzego Ludwińskiego – od wyraźnych liter do linii nieczytelnego bazgrołu o miękkim i nieregularnym przebiegu. I otóż właśnie ta miękka linia, coś jakby słowo wyrażone w języku, którego (jeszcze?) nie znamy i którego sens właściwie ciągle mutuje, ma symbolizować integrację nowej sztuki (postsztuki) z rzeczywistością. Neon – nazwany kiedyś „zanikającym” – sugeruje więc znikanie sztuki (takiej, jak ją rozumieliśmy dotychczas), a jednocześnie jej wnikanie w przestrzeń i nasze ciała.

Żywy Pomnik ARENA, akcja w przestrzeni miejskiej, malowanie drzewa – rzeźby plenerowej Jerzego Beresia, dzięki uprzejmości Galerii Entropia we Wrocławiu
Ścieżki do interpretacji, widok wystawy, fot. Małgorzata Kujda dzięki uprzejmości Fundacji Art Transparent we Wrocław

Można powiedzieć, że rysunkowy zapis był uwodzącym proroctwem życia w stanie wieczystej łaski, gdy zamiast tylko siódmego dnia świętować będziemy codziennie – krocząc miejskimi ulicami, kupując w kiosku papierosy i oddając butelki do skupu. Ta cudowna idea ekstatycznej enklawy artystycznej codzienności na absolutnym marginesie państwa świetnie sprawdzała się do stanu wojennego, a nawet jeszcze w jego trakcie. To fakt, potem – w zmienionych warunkach – artyści zapłacili za swe nowe koncepty załamaniem nerwowym, wielu po prostu odeszło ze sztuki, nie mogąc związać końca z końcem. Ale – nie moralizujmy – choć były udary, zawały, odwyki, pretensje i pukanie się w czoło, warto było! Sztuka okazała się ofertą nowego modelu życia na lekkim rauszu i jeśli tylko zgadzałaś/zgadzałeś się na stan frugality, czyli daleko posuniętej gospodarczej moderacji, to po prostu dało się stworzyć świat na obrzeżach, azyl na peryferiach. W dekadzie Gierka oszukiwana przez dworaków Zła Macocha postarzała się i miewała spazmy miłościwego sentymentalizmu. Ciągle odbywały się wielkie propagandowe imprezy ku czci jej urody i rządów obliczonych na wieczność, ale na ich obrzeżach rozpościerał się teren negocjacji, obmyślony jako przestrzeń miłosierdzia i wspaniałomyślności. Kto ciekaw, jakie władza przygotowywała dla ludu igrzyska z okazji okrągłych rocznic zwycięstwa nad faszyzmem i „powrotu ziem piastowskich do Macierzy”, niech sięgnie po książki historyczne czy kroniki filmowe. Bo w publikacjach historyczno-artystycznych zamiast kiermaszów, stoisk, popisów, przemówień, baloników i lodów na patyku, jakie pojawiły z okazji kolosalnych, scentralizowanych obchodów dwudziestopięciolecia, wyłania się ściśle niematerialne i ascetyczne słowo „konceptualizm”, nieco mylące ze względu na zakładaną współmierność tego, co działo się po dwóch stronach żelaznej kurtyny odgradzającej władztwo Złej Macochy od reszty świata. Częściowo faktycznie tak było, nowe konceptualne myślenie przekraczało granice zwaśnionych państw; wskazuje na to na przykład wystawa Exhibition Galeries Pilotes (1970) w paryskim Musée d’Art Moderne, na której Galeria Foksal pokazywała tych samych co we Wrocławiu artystów. I tu, i tam pojawiła się nawet ta sama konceptualna praca – Zaczyna się we Wrocławiu Zbigniewa Gostomskiego. Zauważyć można, że również w nowojorskim MoMA odbywały się paralelne – podobne w najogólniejszym sensie do wrocławskiej imprezy – konceptualne wydarzenia i w tym sensie kontakt z tym, co było za żelazną kurtyną, został szczęśliwie podtrzymywany. Do marca trwała w MoMA wystawa Spaces (polskie sympozjum właściwie też było o produkcji przestrzeni), a od lipca ruszyła konceptualna Information. Jej kurator, Kynaston McShine, niezłomny w swej postawie introdukcji nowej sztuki, to postać równie ikoniczna jak pięć lat odeń starszy Jerzy Ludwiński, stojący za wieloma pomysłami Sympozjum. Jednak choć można snuć porównania formalne dotyczące nowatorskich pomysłów czy nawet relacji z rzeczywistością polityczną, to współmierność losu McShine’a i jego polskiego „odpowiednika” jest dość nikła. Ludwiński wkrótce po Sympozjum zostanie pozbawiony pracy pozwalającej mu na frugalną egzystencję na granicy nędzy. I być może dałoby się to odnieść do dawno minionej rzeczywistości, gdyby nie to, że dzisiaj to z kolei Jakubowicz kopie się z koniem na swej macierzystej uczelni, a wrocławskie muzeum mimo obietnic władz ciągle mieści się w poniemieckim bunkrze, jakby to wszystko, co robili artyści we Wrocławiu, było o zasiekach i militarnym izolatorium, a nie o otwieraniu się na ludzi i przestrzeń. Wszak Sympozjum było miastotwórczym wydarzeniem. Podjęło kwestie zamieszkiwania i uczestniczenia w przestrzeni, otwierania się na ludzi w codziennej niewspółmiernej potoczności. Było to wbrew wymyślonej sprytnie przez Złą Macochę „ugodzie”, by każdy sobie rzepkę skrobał osobno, w swoim domku, a wspólnotę z innymi odczuwał jedynie na wielkich imprezach propagandowych z wyidealizowanymi portretami władczyni, która chciała być najpiękniejsza na świecie. W 1970 roku dobitnie zapytano, do kogo właściwie należy miasto.

W kontekście sztuki w 1970 roku najwięcej mówiło się chyba jednak o cudem niemal wywiezionej z przywłaszczonego przez Złą Macochę Lwowa Panoramie Racławickiej (1884). Gigantyczny obraz, zwinięty w rulon, nie mógł się doczekać pozwolenia władz na publiczną ekspozycję. Sugerował bowiem, że przeszłość niekoniecznie wyglądała tak, jak zadekretowała niegodziwa Macocha. Stał się więc „dyżurną fatamorganą”, widmem przeszłości. Prace nad mającym go pomieścić budynkiem-rotundą były ciągle wstrzymywane. Stwarzało to sytuację zawieszenia, którą idealnie wyczuł Andrzej Żuławski, czyniąc kilka lat po Sympozjum z wnętrz pustego budynku Panoramy scenografię do filmu sci-fi Na srebrnym globie opowiadającego o tworzeniu cywilizacji nowego człowieka w kosmicznej pustce.

[…]

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 31. numerze Magazynu „Szum”.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 31/2020

Zobacz też