02.11.2018

Nowe pożytki ze starych bogów. Nagroda im. Leszka Knaflewskiego KNAF

Marek S. Bochniarz
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
Nowe pożytki ze starych bogów. Nagroda im. Leszka Knaflewskiego KNAF
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
Nagrodą im. Leszka Knaflewskiego miasto Poznań wraz z Uniwersytetem Artystycznym i Galerią Miejską Arsenał nie angażują się w prostolinijne procesy pomnikotwórcze. Miast tego, przypominają o artyście nadal fascynującym i stwarzają nowy, ogólnopolski konkurs, czyli miejsce dla prezentacji twórczości młodych artystów z pola sztuk wizualnych.

Idea nagrody KNAF zrodziła się w Katedrze Intermediów UAP kilka lat temu. – Rozmawialiśmy o tym, że powinniśmy spróbować zrobić coś, co by utrwaliło imię Leszka Knaflewskiego. Był bardzo ważnym artystą w Poznaniu i charyzmatycznym pedagogiem, który prowadził pracownię Audiosfery. Miał też wielu wybitnych uczniów, jak Wojciech Bąkowski, Konrad Smoleński, czy Piotr Bosacki. Dla wszystkich było szokiem, że tak przedwcześnie odszedł. Uważaliśmy, że to niesprawiedliwe, żeby to nazwisko i tradycja, którą stworzył Knaflewski, zniknęły – wyjaśnia Marek Wasilewski, który jako dyrektor Galerii Miejskiej Arsenał zabiegał o utworzenie konkursu.

Rodzajem drobnego przedsmaku wystawy laureatów pierwszej edycji była obecność dwóch archiwalnych prac Knaflewskiego na jesiennej wystawie „Anti-Static”, prezentującej w Muzeum Narodowym w Poznaniu działalność osób związanych z Katedrą Intermediów UAP. Miasto wraz z uczelnią artystyczną postanowiły w końcu zawalczyć o kapitał kulturowy pozostawiony w spadku po artyście – pierwsza edycja konkursu odbyła się w trzy lata po stołecznej wystawie Przestrajanie. Leszek Knaflewski i audiosfera w CSW Zamek Ujazdowski. Przywrócić kulturze w Poznaniu to, co niegdyś było poznańskie?

„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski

– Rozmowy na temat nagrody były stosunkowo proste. Wiceprezydent ds. kultury i Wydział Kultury zdawali sobie sprawę, jak ważną osobą był Leszek Knaflewski. KNAF wpisuje się też w politykę Poznania: jest częścią konstelacji nagród, które miasto obecnie przyznaje i przy pomocy których stara się polepszyć swą wizualność w polu kultury – tłumaczy Wasilewski.

Na konkurs napłynęło siedemdziesiąt zgłoszeń z całej Polski, spośród których jury nominujące do nagrody wybrało siedem prac. Samych osób było jednak znacznie więcej, co przełożyło się na autorstwo dzieł nominowanych, wśród których znalazła się grupa artystyczna AEEI_VD, a także dwa duety: Belter/Wronecka i Duda/Soja. – Myślę, że tych prac mogłoby być więcej, ale była to dopiero pierwsza edycja, a prace przygotowawcze opóźniły ogłoszenie konkursu i skróciły czas na nadsyłanie prac. Myślę, że w kolejnej edycji tych zgłoszeń będzie o wiele więcej – stwierdza Marek Wasilewski.

Rzeczy wydające dźwięki

Dość ironiczną krytykę ekonomicznych marzeń zaproponowała Magdalena Lazar w immersyjnej animacji 3D Venus. Warstwa obrazu jest dość ograniczona i składa się z różnych kompozycji demonstrujących hipnotyczne ruchy monet w metalowym leju. „Witaj nieznajomy. Miło cię widzieć. W porządku. Możemy zajrzeć do środka. Podoba cię się ten ciemny otwór, który zrobiłam? Tak ciężko jest robić te wszystkie rzeczy… wiesz? To wymaga tyle energii” – szeptem mówi artystka, czemu towarzyszy jednorodna ścieżka dźwiękowa. – Zależało mi na dźwiękach, które będą uwodzące i kuszące, a zarazem mechaniczne i techniczne. Coś, co jest nieludzkie, lecz bardzo pociągające – wyjaśnia artystka.

KNAF wpisuje się w politykę Poznania: jest częścią konstelacji nagród, które miasto obecnie przyznaje i przy pomocy których stara się polepszyć swą wizualność w polu kultury – tłumaczy Marek Wasilewski.

Lazar jest zainteresowana utopijnymi wizjami, w tym Projektem Venus: organizacją, której celem jest poprawa warunków bytowania społeczeństwa. – W tym celu jednak chcą użyć środków zupełnie moim zdaniem nierealistycznych: zlikwidować na świecie system monetarny i wprowadzić gospodarkę opartą na zrównoważonym rozwoju. Wiąże się z tym duża automatyzacja pracy. Drugim punktem odniesienia była moja praca zarobkowa. Pracowałam przy tworzeniu czołówek telewizyjnych. Środki formalne, które były przy nich używane i frustracja z tym związana przełożyły się na inspiracje – relacjonuje Lazar.

W swojej animacji stworzyła obiekt na wzór leja grawitacyjnego, który jest stosowany w muzeach do demonstrowania działania siły ciążenia. Monety są obiektem, który najlepiej sprawdza się podczas prezentacji. Dlatego na bazie tego urządzenia powstała skarbonka. – Ludzie wrzucają monety i oglądają hipnotyzujący ruch, z jakim znikają w leju. Dlatego pomyślałam: a co by było, gdyby odwrócić lej na drugą stronę? – tłumaczy artystka.

Nieludzki wymiar pracy Magdaleny Lazar, wraz z obecną w niej utopijnych wizji przyszłości sprawia, że Venus wpisuje się w refleksje obecne w światowym filmie animowanym pokroju belgijskiego ZOOks braci Leue, czy równie bezdusznych, idealnie zaprojektowanych powieściach graficznych typu Megalex Jodorowsky’ego i Beltrana, wieszczących zwrot przeciw naturze i pokazujących, że idealistyczne projekty przyszłości oznaczają koniec życia bio.

Z pola filmu eksperymentalnego wywodzi się z kolei półgodzinne wideo Róży Dudy i Michała Soi Jestem synem górnika, prezentowane na ekranie otoczonym przez ramę i obiekty udające węgiel. To doskonała, sugestywna przestrzeń do oglądania pracy wielowarstwowej i niezwykle misternej. Obrazy z zatopionej kopalni na Dolnym Śląsku, opuszczonego hotelu i sztucznie wykreowane przez artystów światy przyszłości są zestawione, często na zasadzie antynomii, z nagraniami archiwalnymi, przefiltrowanymi przez różne zabiegi, zanieczyszczające, czy wręcz zakłócające nasz odbiór tych wypowiedzi. Sporo też umieszczają w obrazie haseł i pytań pokroju „Czy jesteśmy skutkiem ubocznym optymizmu?” czy „Siłą woli wszyscy staniemy się bogaci”.

Duda i Soja igrają z naszą zdolnością skupienia uwagi, umieszczając w zarejestrowanych obrazach obiekty, jakie nie powinny się w nich znajdować. I tak w zatopionej kopalni oglądamy luksusowy samochód, znak autobusowy z programem jazdy, czy monstrualny język badający szyb niczym dziurę po zębie. Do hotelu trafia z kolei na przykład wielka głowa Lenina, a na jego dach samolot z II wojny światowej, zbudowany z materii organicznej (rośliny, drzewo). Decyzja Dudy i Soi aby eksperymentować z przewidywalną poetyką filmu dokumentalnego, negując proste zależności konotowane przez obrazy, wpisuje się w szersze zjawisko artystów poszukujących dróg do splatania kina faktów i sztuk wizualnych w osobliwy węzeł, za pomocą którego da się podejmować tematy, jakich nie sposób wyrazić dotąd stosowanymi, a być może już skompromitowanymi środkami wyrazu. Stąd odruchowo pomyślałem o Natalii Marin, która w Domu Julio Iglesiasa, prezentowanym na TIFF, opowiada w formie tekstowej o nieudanej próbie zbudowania repliki Hiszpanii pod Szanghajem w ramach absurdalnej, architektonicznej utopii, co zderzyła z abstrakcyjnymi, filigranowymi kompozycjami abstrakcyjnymi na białym tle i anonimowym field recordingiem (Hiszpanii czy Chin?).

Pracą, która pomimo wycięcia ze swojego oryginalnego kontekstu ekspozycyjnego wciąż zachowuje wyjątkowy ciężar oddziaływania, a przede wszystkim wymusza wielokrotny ogląd ze względu na enigmatyczność obecnych w niej symbolicznych obrazów, jest Tchouri Yana Tomaszewskiego. Oglądamy mężczyznę przy zagadkowej pracy, z uwagą tropiącego różne materiały. Artysta zarejestrował przy pracy francuskiego astrochemika Louisa Le Sergeant d’Hendecourta.

Duda i Soja igrają z naszą zdolnością skupienia uwagi, umieszczając w zarejestrowanych obrazach obiekty, jakie nie powinny się w nich znajdować. I tak w zatopionej kopalni oglądamy luksusowy samochód, znak autobusowy z programem jazdy, czy monstrualny język badający szyb niczym dziurę po zębie.

– Pracuje on nad próbą odtworzenia hipotetycznych warunków powstania życia na ziemi według teorii, że to komety sprowadziły na ziemię materiały organiczne, umożliwiające proces chemiczny przejścia z materii martwej na materię żywą. Filmowałem, głównie w skali makro, maszyny, w których d’Hendecourt próbuje syntetycznie stworzyć elementarne cząstki życia. Jest on poważnym uczonym, ale jego badania maja aspekt prawie że magiczny i ocierają się o pewne demiurgiczne archetypy i mitologie. Zafascynował mnie on jako postać współczesnego naukowca, ale zarazem jako postać nakierowana metafizycznymi poszukiwaniami – wyjaśnia Tomaszewski.

Sceny tajemniczej pracy astrofizyka przeplatają się w Tchouri z obrazami stworzonych przez artystę obiektów i inscenizacji, za pomocą których odwołuje się do symboliki alchemicznej. – W alchemii zawsze chodzi o przeistaczanie materii (siarki, rtęci, soli, itd.). Tyle, że sam ten proces jest skodyfikowany. Magnus Opus dzieli się na poszczególne etapy, z których każdy jest naznaczony danym kolorem (czarny, biały, zielony, żółty, czerwony), a zwłaszcza licznymi symbolami, często w postaci zwierząt (żaba, wąż, kruk, itd.) – wylicza Tomaszewski.

Stąd Tchouri to film z ducha modernistyczny, w jakim naszym zadaniem jest zrozumienie symboliki i za jej pomocą „odkluczenie” znaczenia pracy. Konieczność wielokrotnego oglądania coraz bardziej czytelnych symboli ułatwia noise’owa ścieżka dźwiękowa. – Potrzebny mi był dźwięk, który oscylowałby miedzy konkretnością a abstrakcją. Pracowałem z „noise’ami” (white noise, brown noise, pink noise, itd.), które są nawarstwieniami częstotliwości, a często używana się ich jako podkładu medytacyjnego. To dźwięki, które nie odsyłają do niczego konkretnego, ale mają konkretne oddziaływanie na mózg. Pozwoliły mi one podkreślić magiczny aspekt materialnych transformacji odbywających się w filmie – wyjaśnia artysta.

„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski

Oryginalnie projekcja Tchouri odbywała się wewnątrz obiektu mającego przywodzić na myśl kometę, w środku której umieszczono szklane rzeźby, przywodzące na myśl probówki wzięte jakby z laboratorium szalonego naukowca. Instalacja była zlokalizowana na terenie Muzeum Lotnictwa i Astronautyki Le Bourget pod Paryżem.

Bardzo nieoczywistym, a wymagającym sporej uwagi okazało się wielokanałowe wideo Karoliny Belter i Weroniki Wroneckiej. Widzę tam, gdzie patrzysz rozpisały na symultaniczną projekcję, złożoną z głównego wideo i czterech dopełniających je obrazów o charakterze ożywionych martwych natur. To zatem nie do końca typowe kino rozszerzone, a raczej instalacja zaprojektowana z myślą o widzu, który znajdzie się w jej środku, otoczony przez obrazy o różnym charakterze (jeden z nich zresztą jest wyświetlany na podłodze). Artystki skonstruowały łamigłówkę-pułapkę, opartą na wymuszeniu w nas przeniesienia perspektywy z planu szerokiego na zbiór banalnych detali. Z premedytacją drażnią nas, wprowadzając do głównego filmu cienie postaci (kobiety, dziecka, muchy), które przypominają bohaterów filmu sylwetowego, a zasłaniają nam co i rusz poszczególne obrazy.

Oglądaniu Widzę tam, gdzie patrzysz towarzyszy myśl, że duet Belter/Wronecka doskonale kontroluje przez czas projekcji nasze postrzeżenia zmysłowe, wprawiając nas w osłupienie sugestią, że widzimy świat niepoprawnie i śmiesznie, bo nasze oczy są nazbyt ograniczonymi maszynami biologicznymi.

Pomniki to często sprawa przykra i zbyt nadęta, by wykonywać przed nimi gesty inne aniżeli ukłony, saluty czy wyrażać słowa niegórnolotne i niebzdurne, lecz w KNAFie nie o puste rytuały przecież chodzi.

Spory potencjał ukryty w jednorodnym procesie zademonstrował Osmo Nadir w instalacji kinetyczno-dźwiękowej Rytm 1 (czas życia jednego organizmu). W osobnym pomieszczeniu umieścił płaskie białe pudło z czarnym prostokątem. Jego liniowe przesuwanie się w poziomie uruchamia nasze wejście do sali, równocześnie zapala się światło i słyszymy ścieżkę dźwiękową o narastającym natężeniu. To ofensywna, przejmująca praca, która symbolicznie, wręcz lakonicznie ujmuje przebieg życia każdego organizmu żywego. Instalacja ilustruje, co ciekawego może się wydarzyć, jeśli muzyką zacznie zajmować się człowiek zainteresowany budową własnych mechanizmów. Wizualność tych obiektów narzuca się publiczności i konkretyzuje myśl artysty, jaką próbuje on zawrzeć w dość jednak zwykle niejednoznacznym w swej naturze dźwięku – podobnie jak ci, co w przeszłości parali się muzyką programową. Trumienny charakter obiektu sprawia, że praca Ostaszewskiego dobrze wpasowuje się w Halloween i Zaduszki.

Pomniki to często sprawa przykra i zbyt nadęta, by wykonywać przed nimi gesty inne aniżeli ukłony, saluty czy wyrażać słowa niegórnolotne i niebzdurne, lecz w KNAFie nie o puste rytuały przecież chodzi. Wystawa prac nominowanych do nagrody nie tylko pozwala zapoznać się w Poznaniu ze współczesną młodą polską sztuką z naciskiem na dzieła, których autorzy wykorzystują kreatywnie dźwięk. Jest też wciąż rzadka okazja do oglądania w tym mieście ekspozycji nowych prac audiowizualnych. Dużo, a może za dużo gapimy się w Poznaniu na rzeczy statyczne, klasyczne, czy wręcz staromodne. Z Knaflewskim jako symbolicznym sternikiem mamy szansę wyrwać się z marazmu i akademizmu w polu sztuk wizualnych, z tego, co prowincjonalne i w gruncie rzeczy przykre. Czego szczerze życzę temu miastu.

Zresztą, nagrodzenie Mateusza Kuli zapowiada na przyszły rok wystawę artysty, który potrafi niejednoznacznie i błyskotliwie komentować polską rzeczywistość, unikając trywialności. Choć sam artysta mieszka w Krakowie, to obiekt Komediowe aspekty faszyzmu doskonale wpasowuje się w kompleks cech poznańskich, choć może po prostu polskich, a typowych dla miast z długimi tradycjami mieszczańskimi, jakie zaludniają indywidua o pretensjach kolonizujących. Staromodny mebel artysta zapełnił zbiorem bibelotów, z których część budzi w nas myśl „nie wiem, do czego służy to stare żelastwo”, a inne „to jakieś żenujące, tandetne zabawki”. Patrzymy na wymięte czytadła i być może rozpoznajemy ze wstydem kiepskich autorów, których ogłupiające wytwory konsumowaliśmy z tępym wyrazem twarzy oglądacza telewizji śniadaniowej. To nagromadzenie rzeczy ma najpierw sprawiać wrażenie przypadkowego, a potem przynosić drugie i trzecie refleksje. Obiekty mogą pochodzić od jednej bądź kilku osób, są zresztą z różnych „epok”, nie wyróżniając się przy tym zbytnio niczym szczególnym. Część z nich mogła kiedyś należeć do wujka Zdziśka, który zwykł nas zasypywać swoimi rasistowskimi opiniami o świecie. Czuć w tych bibelotach małość „Wielkiej Polski” i, a sam mebel mimo swej staromodności wywołuje z tego powodu nie tyle nostalgiczne wzruszenia, co niesmak wywołany estetyczną stęchlizną.

„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski
„KNAF”, widok wystawy, fot. Tytus Szabelski

No i tak: z dolnych drzwiczek wydobywa się dźwiękowa magma, sygnalizująca literalną w tym przypadku obecność „trupa w szafie”. Nic dziwnego, że u prawicowych krytyków praca ta wywołuje irytację (którą zapewne pokrywa niepokój czy dezorientację) i prowadzi do tworzenia przez nich dość śmiesznego zarzutu „no gdzie tu jest niby ten faszyzm?”. Faszyzmu palcem nie da się niestety często wskazać, acz sprzyjające mu czynniki wyrastają jak grzybki po deszczu w różnych częściach Europy, gęsto zroszone toksycznymi działaniami nacjonalistycznych polityków. Geneza faszyzmu bywa tak śmieszno-straszna, jak frapująca jest praca Kuli.

Rzeczy na przyszłość

KNAF będzie organizowany w cyklu dwuletnim: w jednym roku odbędzie się konkurs i zostanie przyznawana nagroda w wysokości 20 tys. zł., a w kolejnym indywidualna wystawa laureata. – Ten cykl uzasadnia też to, że trzeba dać stosowny odstęp czasu, aby pojawiły się nowe osoby, które chciałyby zgłosić swoje prace do konkursu. Regulamin stanowi zresztą o tym, że można prezentować wyłącznie nowe dzieła – wyjaśnia Wasilewski, który wręcz z „premedytacją” nie oglądał zgłoszeń, aby nie mieć wpływu na przebieg konkursu.

Jury nominujące w pierwszej turze złożone było z osób, które bezpośrednio znały Knaflewskiego i z nim współpracowały, oraz reprezentują różne pokolenia (stąd Piotr Bosacki zasiadał w nim obok Izabelli Gustowskiej). Z kolei jury przyznające samą nagrodę składało się z kuratorów ważnych instytucji kulturalnych w Polsce, a także jednej artystki i jednej teoretyczki sztuki. – Chcieliśmy nadać nagrodzie bardziej ogólnopolski i obiektywny charakter. Żeby ci, którzy wybierają laureata, nie kierowali się względami lokalnymi i nie preferowali artystów z Poznania. A w przypadku, gdyby artystka czy artysta z Poznania otrzymali nagrodę: żeby nie pojawiła się wątpliwości, czy to aby obiektywny wybór – tłumaczy Marek Wasilewski.

Wystawa indywidualna pierwszego laureata nagrody KNAFa, Mateusza Kuli, jest zaplanowana na jesień 2019 roku.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Artystagrupa AEEI_VD (_Virtual Dreams): Aleksander Błaszkiewicz, Izabela Sitarska, Ewelina Cichocka, Łukasz Tomaszewski (Dj Elvira), Karolina Belter/Weronika Wronecka, Róża Duda/Michał Soja, Mateusz Kula, Magdalena Lazar, Osmo Nadir, Yan Tomaszewski
WystawaKNAF - Nagroda im. Leszka Knaflewskiego dla młodych twórców
MiejsceGaleria Miejska Arsenał w Poznaniu
Czas trwania21.09-4.11.2018
Strona internetowawww.arsenal.art.pl
Indeks

Zobacz też