17.09.2021

Nie opuszczam rąk. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem

Małgorzata Czyńska
fot. Grzegorz Dąbrowski
Nie opuszczam rąk. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem
fot. Grzegorz Dąbrowski
Mam to szczęście, że od kilku lat mieszka ze mną siostra. Gienia lubi gotować, lubi nasze tradycyjne jedzenie. Ma przy domu ogródek, uprawia warzywa. No i żyjemy rytmem pór roku. Jak siostra mówi „ciepło”, to wiem, że przerzucamy się na chłodnik.

Urodziłeś się w Stacji Waliły w gminie Gródek. Jesteś chłopak ze wsi.

Stacja Waliły to miejscowość robotnicza, coś takiego jak podwarszawski Rembertów, tylko że mniejsza. W jednej wsi prawosławni i katolicy. Paru sąsiadów miało gospodarstwa rolne, ale większość już wyszła z roli, ludzie pracowali w przemyśle, na budowie, na kolei. Mój ojciec w czasie wojny uczył się na szewca, w domu zostały mu narzędzia. Jako dzieciak bawiłem się z nim w rzeźbienie. Szewcem jednak nie został, robił na budowach w Białostock im Przedsiębiorstwie Budownictwa Miejskiego. Mama była szwaczką w Zakładach Przemysłu Dziewiarskiego „Karo” w Gródku.

To w podaniach miałeś słuszne pochodzenie, robotniczo-chłopskie.

No tak. Oboje rodzice byli ze wsi, z naszych okolic. Ojciec ze Słuczanki, matka z Mieleszek. Wszyscyśmy z terenów Wielkiego Księstwa Litewskiego.

W 2007 roku napisałeś o tych Mieleszkach piękny tekst do albumu fotograficznego Pawła Grzesia. Tak piękny, że, proszę, zacytujmy: „Mieleszki – arkadio naszego dzieciństwa – już nigdy nimi nie będziecie. Na zawsze pozostaniecie jedynie idyllą. Idyllą dzieciństwa, które niczego złego nie zapamiętuje. Ach, ten zapach w sieniach chaty dziadka Michała! Minęło już tyle lat, a on wciąż mnie nie opuszcza. Doszło do mnie całkiem niedawno, że to przecież zapach rozlanego sfermentowanego mleka, przesiąknięty aromatem świeżo zebranego siana ze stodoły. Identyczny zapach czuło się od watówki – kufajki dziadka, kiedy przytulony jeździłem z nim na żeleźniaku na pole do Rabinouki. Na prawo i na lewo mijaliśmy antyczne szczyty mieleszkowskich chat i kolorowe georginie w ogródkach. Za krzyżami, wygonem, Setami, wynosiło nas latem w górę ku skowronkom na horyzoncie, a nisko uwijali się w skwarnym słońcu chłopi, przemieniający żyto w chleb. A chleb miał u mej babci swe święte miejsce – leżał na stole, przykryty białym ręcznikiem, jak jeszcze jedna ikona. Ikona wiejskiej chaty, sens życia. Bo ikonostas świętych rozświecał swymi złotymi promieniami tylko w niedziele i święta, ale to za bagnami – w gródeckiej cerkwi. A tu, w żniwnym polu, w przerwie na posiłek wszyscy siadali w cieniu rabinouskiej jabłoni wokół rozesłanego na trawie obrusa – jak na Ostatniej Wieczerzy. Ziemia dzieliła się z nami tym, co mogła, a nie tym, co namalowano na ikonie”.

Napisałem to po białorusku. Kiedy Gienia, moja siostra, przeczytała przekład, stwierdziła: „Wiesz, po polsku to już nie to…”.

fot. Grzegorz Dąbrowski

I jeszcze ta mowa, która dźwięczała wszędzie wokół. Wydawało się, cały świat tak rozmawia, nawet Matka Boska z Chrystusem. Pod jastrzębimi skrzydłami »Arła« prosta mowa z Mieleszek stała się antyczna na równi z innymi… Tak jak proste może stać się wielkim, a wielkie prostym”. Kim był „Aroł”?

Ściapan Piatelski, pseudonim „Aroł”, był białoruskim poetą, który w latach 1909–1918 drukował swoje wiersze w wileńskiej „Naszej Niwie”.

„Zastygły w czasie i »letaś«, i »łoni«, i »lizyny«”. Co znaczą te słowa?

„Letaś” znaczy „tego lata, w tym roku”; „łoni” – „w ubiegłym”. „Lizyny” to jęzory śniegu nawiane na drogę.

Piękne słowo, zapomniane. No właśnie, śnieg i wspomnienia. A Boże Narodzenie?

U nas to Kalada, święto zimowego przesilenia, od dwudziestego czwartego grudnia do szóstego stycznia. Chrześcijanie nam w tę datę weszli. Jak widać, w Kościele rzymskokatolickim nadał się dwudziesty czwarty grudnia, a prawosławiu przypasował szósty stycznia.

„Godzina Szumu” w Radiu Kapitał: Ilona Derdach, Andrej Durejka, Leon Tarasewicz O ostatniej edycji Trialogu w Krynkach i realiach na granicy polsko-białoruskiej z Iloną Derdach, Andrejem Durejką i Leonem Tarasewiczem rozmawia w audycji "Godzina Szumu" Karolina Plinta CZYTAJ!

Jak się świętuje w twojej okolicy?

Standard: przyjeżdża rodzina. Teraz telewizja ma przeogromny wpływ na przebieg świąt. Kiedy nie było telewizji, jako dzieciaki drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia chodziliśmy po sąsiadach z gwiazdą. Zbierały się grupy biznesowe, każdy miał przydzielony rejon, starał się zebrać jak najwięcej pieniędzy. To, cośmy uzbierali, dzieliliśmy między sobą. Gwiazda musiała się kręcić. Sami ją robiliśmy: sito na drewnianym bębnie, wszystko oklejone bibułką. I ten bęben się kręcił. W środku była świeca, jeszcze nawet nie żarówka.

Byliśmy zgraną grupą. Razem kradliśmy jabłka, paliliśmy papierosy. Razem kolędowaliśmy, chodząc od domu do domu. Czasami dostawaliśmy nie pieniądze, a trunek. I nasze kolędowanie kończyło się tak, że ledwo szliśmy. Nawet mróz nie trzeźwił, choć zwykle było gdzieś minus trzydzieści stopni.

Później, nawet nie wiem kiedy, spopularyzowała się szopka. Wcześniej nikt u nas nie wiedział, co to szopka. Telewizja to wprowadziła. Szopka wyparła gwiazdę; zaczęliśmy chodzić z szopką. Telewizja przyniosła bardzo dużo takich zmian. To dzięki niej na stół wjechał nam karp.

Teraz ludzie się wzdragają, tego nie jedzą, tamtego nie… Na wsi nic się nie marnowało, ani ze świni, ani z innego zwierzęcia. Bo to nie tylko chłopska oszczędność i zaradność, ale też szacunek dla zwierzęcia.

Wcześniej nie było u was karpia?

A skąd! Karp to był, ale we dworze przed wojną. U nas – smażony śledź. Wiele tradycyjnych biednych potraw poznikało z naszych stołów, bo konkurencja smaku z telewizora okazała się zbyt wielka. Tradycyjnie jedliśmy kisiel z owsa, lecz z czasem znajdowało się na niego coraz mniej chętnych i zaniknął. Kisiel z żurawin został. Zawsze była kutia, barszcz grzybowy (mama mówiła „kwas hrybowy”, bo u nas „kwas” to „barszcz”), grzyby smażone w cieście, no i śledzie smażone w cieście. Śledź – symbol biedoty, można powiedzieć.

Na drzewku i na świątecznym stole paliły się woskowe świeczki. I zawsze gdzieś tam po włosach anielskich ogień poszedł i u kogoś wybuchał pożar. Nie było świąt bez pożaru. Siano pod obrusem – to też wtórne, z telewizji przyszło. Zresztą choinka to dziewiętnastowieczny wymysł, wcześniej wystarczał snopek stawiany w rogu izby. Na drzewku obowiązkowo wisiały jakieś cukierki. Wtedy atrakcją było spanie w pokoju, gdzie stała choinka, żeby po kryjomu je zajadać. A w miejsce cukierka wsadzić do celofanu czy w papierek jakiś wypełniacz ze skrawka gazety, kawałka drewna, żeby wyglądało, że nieruszone. Każdy miał jakieś sposoby. Tylko głupio było potem samemu trafić na kawałek zwiniętej gazety zamiast słodkości. Czasami padało się ofiarą własnego sprytu.

W czasach mojego dzieciństwa słodycze nie były tak powszechne jak dziś, kiedy dzieci już nawet nie chcą ich jeść, bo mają przesyt. Czekało się na choinkę. Siostra mi przypomniała, jak stawaliśmy w trójkę – mam dwie siostry, Gienię i Halinę – przed choinką, ja na stołku, i śpiewaliśmy do drzewka jakąś piosenkę. Akurat to mi się na „twardym dysku” nie zapisało. I tak wyglądały te święta Bożego Narodzenia w naszej Stacji Waliły.

Warto wspomnieć jeszcze, że święta poprzedzał rytuał bicia świni. Dwa razy do roku to się odbywało, przed Bożym Narodzeniem i przed Wielkanocą.

Brzmi jak z Hrabala.

No tak. Jako dzieci z fascynacją obserwowaliśmy to morderstwo, uchodzące za rytuał. Ale morderstwo to morderstwo. Trzeba było świnię zabić, potem osmalić słomą. Teraz się parzy wrzątkiem – kiedyś nie do pomyślenia. Dla nas to była wielka atrakcja. Świńskie uszy zastępowały nam gumę do żucia.

Surowe uszy?

Takie przysmalone. Smakołyk. Nie znasz? Mogę ci takie przywieźć, popróbujesz. W Białymstoku w litewskim sklepie sprzedają przywędzone uszy zapakowane próżniowo.

Raczej podziękuję. Co dalej z tym świniobiciem?

Z przysmaków na szybko to oczywiście był móżdżek z jajkiem. Jadłaś kiedyś móżdżek?

fot. Grzegorz Dąbrowski

Raz w życiu, w dzieciństwie, nad rzeczką pod Krakowem. Po pływaniu miejscowe dzieci poczęstowały mnie pyszną kanapką. Chleb przełożony był masą, którą wzięłam za jajecznicę. A to był móżdżek. Do dzisiaj pamiętam ten smak.

Teraz ludzie się wzdragają, tego nie jedzą, tamtego nie… Na wsi nic się nie marnowało, ani ze świni, ani z innego zwierzęcia. Bo to nie tylko chłopska oszczędność i zaradność, ale też szacunek dla zwierzęcia. Wracając do świniobicia: przetwarzanie prosiaka trwało dwa, trzy dni. Istny terroryzm, życie było ustawione tylko pod to. W domu wszystko przeorganizowane, pozbierane potrzebne naczynia. Jeden kawałek się topiło na smalec, drugi kroiło – na kaszankę, na podgardlaną. Oczy wykorzystywano, żołądek szedł do salcesonu. Masa na kiełbasę nie była mielona przez maszynkę, tylko cięło się mięso, doprawiało czosnkiem i czarną gorczycą. A potem dwa tygodnie czekania, aż wisząca nad piecem kiełbasa się podsuszy i będzie gotowa do jedzenia. Odkrawało się kawałek – delicje… Co ci będę opowiadał, w sklepie takiej się nie znajdzie.

Siostra czasami ma ochotę na powrót do przeszłości i własnoręcznie robi kiełbasę. Ja też raz, w stanie wojennym, urządziłem kuchenny poligon. Zdobyłem dwie szynki, dwa kilogramy boczku, czosnek był w domu. Tylko czarnej gorczycy nie mogliśmy dostać, ale mój kolega Grzesio Jarosz przeszedł się po sąsiadach i wspomogli. Rozpoczęliśmy produkcję. Trzech nas było, na trzy deski do krojenia działaliśmy. Wódka na stół, od razu smażyliśmy pod nią skwarki.

Miałeś przepis na kiełbasę?

Wszystko odbyło się pod uważnym okiem instruktorki. Pytam: „Mama, ile tego czosnku?”. „Tak, kab raboje było” (tak, żeby było pstre). No dobra, dużo to dużo. Pytam: „Ile soli?”. „Żmieńka”. Ja na to: „Twoja garść a moja garść to jest różnica”. Jakoś poszło. Soli się masę, trzeba przemacerować i zostawić na noc. Dopiero na drugi dzień wpycha się ją w kiszkę. Nigdy już nie powtórzyłem robienia kiełbasy, ale gdyby zaszła potrzeba, to mogę.

Ja jestem Tarasewicz potrójnie skrócony, bo mam tylko sto siedemdziesiąt pięć centymetrów. Praprababka była krótka, babka niska i moja mama też. Króciaczki. Czasami jeszcze się zdarzy w rodzinie niespodzianka i ktoś mocno wyskoczy. Ludzie się dziwią, skąd to nagle takie wysokie, a to geny wybiły.

Powrót do smaków dzieciństwa.

Mam to szczęście, że od kilku lat mieszka ze mną siostra. Gienia lubi gotować, lubi nasze tradycyjne jedzenie. Ma przy domu ogródek, uprawia warzywa. No i żyjemy rytmem pór roku. Jak siostra mówi „ciepło”, to wiem, że przerzucamy się na chłodnik. Tylko nie taki kolorowy jak ten w Warszawie – niektórzy mówią, że litewski…

A to nie litewski?

Chuj, nie litewski. My robimy tak: ogórki i cebulę kroi się w kostkę, dodaje się takie szorstkie liście chwastu, który rośnie w ogrodzie, a nazywa się ogórecznik, ewentualnie koper. Śmietanę rozcieńcza się przegotowaną wodą, do tego łyżka soli i ważna rzecz: łyżka octu. Takim chłodnikiem w Warszawie się nie uraczysz.

Czas się przesunął. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem Z Leonem Tarasewiczem rozmawia Jakub Banasiak CZYTAJ!

Żadnych buraków?

Broń cię Panie Boże. Więc latem ten chłodnik, ziemniaki gotowane, skwarka, zsiadłe mleko – i mógłbym tak ciągnąć aż do momentu, kiedy muszę zdjąć przewiewne buty, te siateczki za dwanaście czy czternaście złotych, bo okazuje się, że za oknem już listopad. Tylko teraz trudno kupić mięso na skwarki.

Dlaczego problem? Mało mięsa u rzeźnika?

Co to za mięso? Mięso jest tym, co zwierzę je. A wiesz, czym je karmią? Czasami tak się fatalnie trafi, tak w domu śmierdzi ta wędlina, że się jeść odechciewa. Chcesz skwarek, a skwarki skaczą po patelni.

Źle, jak skaczą?

Źle, wiadomo, że jeżeli coś skacze, to jest woda. Dobrze mieć dostawcę, który handluje pomiędzy mordercą a tobą, wtedy ta podstawowa potrzeba żywieniowa może zostać zaspokojona bez uszczerbku na zdrowiu. Pochodzimy z ubogiej rodziny, w której jedzenie dostosowywało się do stanu posiadania. Mama nawet raz spróbowała ugotować zupę, jak to się teraz nazywa – ekologiczną, z pokrzywy, ale tego ojciec już nie zdzierżył. Jego ojciec, a mój dziadek, kasę wprawdzie zarabiał, ale szybko ją zamieniał na płynny towar i babcia miała problem z wykarmieniem szóstki dzieci. Sześć otworów pokarmowych – wyobraź sobie, jak to wtedy na wsi bywało. Dawała im do jedzenia wynalazki na zielsku, więc mój ojciec miał uraz. Pamiętam, raz wrócił z pracy po południu i gdy tylko wszedł do domu, poczuł specyficzny zapach. Podniósł pokrywkę, a w garnku była właśnie zupa z pokrzywy. Powąchał, popatrzył i wykonał bardzo zdecydowany ruch: otworzył drzwi i szurnął na podwórko garnek z zawartością. Ekologiczna breja kojarzyła mu się z tym jego biednym dzieciństwem.

Ten dziadek, ojciec ojca, jest ważną postacią. Można powiedzieć, że on pierwszy w naszej rodzinie wykonał ruch w kierunku kariery zawodowej.

Awans społeczny?

Właśnie, awans społeczny. Dziadek zaczął pracować na kolei, był dróżnikiem. Jego ojciec miał gospodarstwo, ale on wolał kolej.

Jak dziadek miał na imię?

Po polsku Jan. A u nas Wańka. Postać romantyczna, że tak powiem. I wysoki był, gdzieś pod metr dziewięćdziesiąt. Bo ci Tarasewicze w ogóle nie mogli narzekać na wzrost. Jednego dziadka ciotecznego nazywali Wańka Douhi, czyli Janek Długi, miał dwa metry pięć centymetrów wzrostu.

Rzeczywiście, kawał chłopa.

Ja jestem Tarasewicz potrójnie skrócony, bo mam tylko sto siedemdziesiąt pięć centymetrów. Praprababka była krótka, babka niska i moja mama też. Króciaczki. Czasami jeszcze się zdarzy w rodzinie niespodzianka i ktoś mocno wyskoczy. Ludzie się dziwią, skąd to nagle takie wysokie, a to geny wybiły. Fizycznie jestem podobny do ojca. W latach licealnych wiele osób podchodziło do mnie na ulicy i pytało, czy ja czasami nie jestem Waśki synem. Waśka to Bazyl.

Tekst pochodzi z książki Nie opuszczam rąk. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem Małgorzaty Czyńskiej (wyd. Czarne).

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

AutorMałgorzata Czyńska
TytułNie opuszczam rąk. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem
WydawnictwoCzarne
Data i miejsce wydania2021, Warszawa
Strona internetowaczarne.com.pl
Indeks

Zobacz też