02.04.2021

Małpioczłekokształtność, czyli polskie malarstwo historyczne. Rozmowa z Pawłem Althamerem

Stach Szabłowski
Tytus jako Budda
Małpioczłekokształtność, czyli polskie malarstwo historyczne. Rozmowa z Pawłem Althamerem
Tytus jako Budda
Wyobraziłem sobie kolejny odcinek przygód Tytusa, który chciałbym zobaczyć. Byłby on poświęcony medytacji i New Age; jego bohater to medytujący Tytus, który został mistrzem – bo kimś takim on jednak dla mnie jest. Przez całą opowieść Papcia pozostaje uczniem, który z mojej perspektywy jest nauczycielem.

Pewnego zimowego wieczoru, już po śmierci Henryka Jerzego Chmielewskiego, odwiedziłem Pawła Althamera, żeby pogadać o Tytusie.

– Kiedy odszedł Papcio Chmiel – powiedziałem – zdałem sobie sprawę, że należymy do pokolenia, które pochodzi od małpy. I tą małpą jest Tytus. Ty nawiązywałeś nawet do tej postaci w swojej twórczości. Jaka była twoja osobista relacja z Tytusem?

– Byłem miłośnikiem tej książki, czytałem ją wiele razy – odparł Paweł. – Żaden inny komiks nie był przeze mnie tak chętnie i wielokrotnie czytany. Miałem swoje ulubione Księgi, kilka z nich jest naprawdę trafionych w punkt, na przykład Księga III, o kosmosie, w której Tytus, Romek i A’Tomek lecą na inne planety. Co ciekawe, spotykają na nich wspólnoty ludzików jakby jeszcze niżej rozwiniętych niż ludzie; przybywają jako przedstawiciele wyższej cywilizacji…

– Miałem kolegów, którzy mówili Tytusem, mieli cytat na każdą okazję, niczym Ewangelicy cytujący Biblię. Jak sądzisz, czym ten Tytus nas tak uwiódł?

– Myślę, że mnie dla ten fenomen polega między innymi na tym, że widzę w Tytusie archetyp artysty. On żyje w społeczeństwie, ale jest dziki, przez to trochę wykluczony, małpioczłekokoształtny – i to na swój sposób pokrywa się z tym, jak ja sam byłem postrzegany w różnych społecznych grupach.

„Tytus, Romek i A'Tomek”, Księga III
„Tytus, Romek i A'Tomek”, Księga III
„Tytus, Romek i A'Tomek”, Księga III
„Tytus, Romek i A'Tomek”, Księga III

– A jak byłeś postrzegany?

– Jako nie do końca zrozumiała i zrozumiana małpia istota, która niezupełnie przystaje, nie jest wyrobiona obyczajowo, nie do końca podziela zainteresowania większości, choć przypatruje im się i chce je poznać, bierze udział, ale w roli outsidera. Ja się wpisałem w taki model funkcjonowania, i to w sposób bardzo trwały. Spójrz, dziś zrobiłem taki rysunek.

Paweł otworzył szkicownik. Tytus niczym małpi Bodhisattwa medytuje w pozycji lotosu na skraju miasta; w tle rozciąga się panorama bloków na Bródnie.

– Próbowałem zapisać moje ostatnie fascynacje Tytusem – mówił Paweł. – Wyobraziłem sobie kolejny odcinek jego przygód, który chciałbym zobaczyć. Byłby on poświęcony medytacji i New Age; jego bohater to medytujący Tytus, który został mistrzem – bo kimś takim on jednak dla mnie jest. Przez całą opowieść Papcia pozostaje uczniem, który z mojej perspektywy jest nauczycielem.

Niezwykłość albo, mówiąc twoim językiem, oświecenie Tytusa polega chyba również na tym, że uprawia rodzaj sztuki walki bez walki, pozostaje sobą bez wchodzenia z tego powodu w konflikt z rzeczywistością. To odróżnia go zdecydowanie od klasycznych bohaterów komiksowych, którzy w pojedynkę walczą z całym złem tego świata.

– Osiągnął oświecenie, a jednocześnie wciąż jest małpą.

– Jest sobą w procesie – odparł Paweł. – Stawanie się sobą nie wyklucza jego dzikości, śmieszności, nieprzystawalności do ludzkich norm zachowań i stereotypów. A przecież on się cały czas rozwija, przyswaja, stara się. W jego zaangażowaniu, żeby się uczłowieczyć, zrozumieć tych swoich przemądrzałych kolegów, Romka i A’Tomka, widzę rys figury młodego adepta, kogoś na podobieństwo mnicha.

– Romek i A’Tomek, życiowi przewodnicy Tytusa, są przemądrzali, ale mądrości bliżej jest ich podopieczny – zgodziłem się. – Tej przewrotności w przesłaniu Papcia Chmiela nie odczytywało się może świadomie, ale intuicyjnie była ona chyba jasna nawet dla dzieci – i może dlatego ta opowieść wydawała się taka prawdziwa i przekonująca? Motywem przewodnim wszystkich Ksiąg jest przecież wielki projekt uczłowieczenia Tytusa. A on nie stawia oporu, przeciwnie, entuzjastycznie godzi się brać udział w procesie uczłowieczenia, i jednocześnie mu nie ulega…

„Tytus, Romek i A'Tomek”, Księga XVIII
„Tytus, Romek i A'Tomek”, Księga XVIII
„Tytus, Romek i A'Tomek”, Księga XVIII
„Tytus, Romek i A'Tomek”, Księga XVIII

– Dlatego narysowałem go jako postać oświeconą, Buddę. Buddystów jest mnóstwo, Budda jest jeden, co w zasadzie podważa sensowność całej religii – zaśmiał się Paweł. – Tytus też jest jeden; wokół niego toczy się dramat ludzi, którzy wzywają, aby się stale zmieniać, osiągać coraz to nowe cele. A on podąża za tym wezwaniem pozostając niezmiennym. Czytam sobie teraz Prostaczka Woltera. Tytus jest postacią podobną do Prostaczka, który ciągle się dziwi: dlaczego mówicie jedno, a robicie drugie? Dlaczego ciągle jesteście niezaspokojeni, nienasyceni, wasze umysły nie potrafią się radować? Przesłanie Papcia jest takie, że trzeba się uczyć, ale trzeba się też cieszyć i jeszcze ważniejsza od nauki jest umiejętność radowania się, humor, wewnętrzna pogoda ducha. Z trójki przyjaciół Tytus tę pogodę posiada w największym stopniu, bo jego koledzy za bardzo są zajęci udoskonalaniem świata i udoskonalaniem Tytusa. Zajmuje ich wykonywanie zadań, jako harcerze są jednak trochę żołnierzami, misjonarzami. A on jest szczęśliwy, że ich spotkał, że ich ma, choć czasem nie rozumie do końca sensu wyzwań, które przed nim stawiają. Wydaje mi się głębokie i prawdziwe to, co stworzył nasz Papcio. Papcio, czyli ojciec – Bóg-ojciec, który stworzył w swojej opowieści tę trójcę; gdyby tych trzech bohaterów przypisać innej triadzie, na przykład pojęciom świadomości, nadświadomości i podświadomości, to najbardziej świadomy, najbliżej Tu i Teraz, jest właśnie Tytus; to on jest wierzchołkiem tego trójkąta.

W pandemii żyłem jak eremita. Rozmowa z Pawłem Althamerem Z Pawłem Althamerem rozmawia Rafał Żwirek CZYTAJ!

– Zawsze w towarzystwie dwóch kolegów, a jednak nie tyle nawet samotny w ścisłym sensie, ile zawsze osobny.

Tytus, Romek i A’Tomek to jest opowieść o pogodności samotnej istoty…

– Niezwykłość albo, mówiąc twoim językiem, oświecenie Tytusa polega chyba również na tym, że uprawia rodzaj sztuki walki bez walki, pozostaje sobą bez wchodzenia z tego powodu w konflikt z rzeczywistością. To odróżnia go zdecydowanie od klasycznych bohaterów komiksowych, którzy w pojedynkę walczą z całym złem tego świata, wojowników pokroju Batmana, neurotycznych, samotnych, zamaskowanych, skazanych na prowadzenie podwójnego życia.

Paweł Althamer, Tytus i Stach Szabłowski
Tytus na grobie Papcia Chmiela

– Tak, w Tytusie nie leje się krew jak w klasycznych mitach, nie ma przemocy jak w amerykańskim komiksie – i za to powinniśmy być Papciowi wdzięczni. Jeżeli w jego opowieści pojawiają się akcenty krytyczne, to są wprowadzane z wielkim wdziękiem, żartobliwie; on nawet nie tyle kwestionuje pewne sytuacje, ile pokazuje ich śmieszność w konfrontacji z Prostaczkiem – z dzikim, wesołym małpiszonkiem.

– Czasem tylko Tytus da Romkowi w gębę, albo odwrotnie…

– No tak, ich relacja to jest przykład trudnej przyjaźni. To jest trudna sztuka, utrzymać przyjaźń przez te wszystkie odcinki, w których zostaje poddana tylu próbom…

– Tym bardziej, że Romek i A’Tomek, choć szczerze przyjaźnią się z Tytusem, to poczuwają się jednocześnie do obowiązku zarządzania nim; ciągle podejrzewają go o niedojrzałość.

– Łączy ich sojusz, żeby Tytusa obrabiać i wyginać.

– Kiedy tak o tym rozmawiamy, zaczyna do mnie docierać, że jako dziecko byłem A’Tomkiem! Wiesz, taki przemądrzały chłopiec w okularach, przekonany, że wie lepiej. Może nawet wciąż nim jestem!

– Ciekawe, nigdy by mi nie przyszło do głowy, że można być A’Tomkiem – dziwi się Paweł. – Że można się w tej historii utożsamić z kimkolwiek innym niż Tytus.

– Wiadomo, że każdy chciał być Tytusem, ale nie każdy nim przecież był. Tymczasem ty przeniosłeś poczucie bliskości z tą postacią również do twojej twórczości. Pierwszą pracę wprost odwołującą się do Tytusa zrobiłeś w Stanach, prawda?

– Tak, powołałem się na Tytusa na wystawie, którą miałem w Museum of Contemporary Art w Chicago w 2001 roku. Stwierdziłem, że nie ma co ukrywać; nauczyłem się tego od Artura Żmijewskiego, że należy ujawniać swoje źródła inspiracji. Pierwszy raz pojechałem wtedy do Stanów Zjednoczonych. I byłem Tytusem.

Paweł Althamer, „Untitled”, Museum of Contemporary Art, Chicago, 2001, dzięki uprzejmości artysty i Fundacji Galerii Foksal

– W jakim sensie?

– Miałem po drodze różne przygody. Źle mówiłem po angielsku, zaraz po wylocie z Polski uświadomiłem sobie, że zostawiałem w pokoiku na Krasnobrodzkiej list ze wszystkimi informacjami, gdzie mam mieszkać, do kogo się zgłosić; to nie była epoka komórek, ja w każdym razie jeszcze nie miałem komórki. Po różnych perypetiach udało mi się dotrzeć do hotelu, ale też w Tytusowej wersji, bo okazało się, że nie ma mnie na liście gości. Facet z recepcji coraz wyraźniej zaczynał widzieć we mnie lumpa, który chce się wprosić i przenocować, miałem niekonkretny płaszczyk i czapkę, czułem już na sobie to spojrzenie…

– Które rozpoznaje cię jako obce ciało w świecie prawdziwych klientów?

– Mało tego, zacząłem się łapać na tym, że sam to zaczynam kupować, że przecież rzeczywiście nie stać mnie na taki hotel; szykowałem się już na noc pod mostem. Kiedy wszystko się wyjaśniło, pokazali mi muzeum: oczywiście świetne prace, jak przystało na wielką instytucję, tu Sol LeWitt, tam Louise Bourgeois. Jadąc do Stanów nie wiedziałem, co tam zrobię, bo wierzę w Tytusową zdolność do improwizacji. No i poszedłem takim tropem, że mój kolega z dawnych lat, Artur Anczarski, zresztą pierwszy chłopak mojej ówczesnej żony, wyemigrował do Stanów.

– Artysta?

– Grał na puzonie, jako pierwszy wprowadzał mnie w ezoterykę; pierwsze książki o medytacji, eksterioryzacji, ziołach, szamanizmie – to od niego. Zdał na akademię, ale studia go rozczarowały, na drugim roku wyjechał do Stanów, ożenił się z czarnoskórą pięknością, stworzyli sobie trójkę dzieci, nie mieli pieniędzy, mieszkali w samochodzie, na squatach; to barwna historia. Na tym etapie, kiedy przyjechałem robić wystawę, prowadził firmę malującą mieszkania. Pomyślałem, że to idealnie i postanowiłem ściągnąć go do Chicago.

– Przez ten czas, który minął od jego wyjazdu z Polski, utrzymywaliście kontakt?

– Nie, nie widzieliśmy się kilkanaście lat, nawet nie korespondowaliśmy. Ale umówiliśmy się na lotnisku w Chicago, to już była moja druga podróż, bo ta pierwsza, o której ci mówiłem, to był rekonesans, a teraz przyszedł czas na realizację projektu. Chodzę więc po tym lotnisku, czas mija, i wiesz co się dzieje z umysłem: jak wygląda twój kolega po tylu latach? Wyobraźnia zaczyna go powiększać, pogrubiać, zmieniać mu kolor skóry; na lotnisku są setki ludzi, wszyscy w których dostrzegłem jakieś zwątpienie, wahanie, byli potencjalnymi kandydatami, pochodziłem i pytałem: czy ty jesteś Arturem? Myślałem, że może coś pomyliłem, może to nie chodziło o Chicago i gdzieś indziej mieliśmy się spotkać. Czułem się jak Tytus: pewnie coś znowu poknociłem i zaraz powiedzą mi jaki błąd popełniłem – i nagle patrzę: Artur! Stoi, nic się nie zmienił, może trochę przytył, ale poza tym jakbyśmy się widzieli wczoraj. No i to był wspaniały czas razem; przez tydzień malowaliśmy razem ściany w galerii!

– Jak w I Księdze, w której Tytus, Romek i A’Tomek zakładają spółdzielnię remontową Odnawianko? A’Tomek zarządza, że cała trójka ma zbierać pieniądze na obóz harcerski, spółdzielnia powstaje właśnie w tym celu. Pierwsze zlecenie dotyczy odmalowania mieszkania. „Najpierw bez zwłoki zmyć stare powłoki, zatrzeć gipsem, wyszpachlować, mydła, mazi nie żałować, dobrać kolor i malować” – powiada kierownik A’Tomek. Chłopcy malują pokój na zielono, ale właścicielka jest niezadowolona, więc przemalowują go na niebiesko. Znowu coś jest nie tak; harcerze nakładają kolejne warstwy, aż z obszernego pomieszczenia zostaje tylko wąziutkie przejście. „Chłopaki, przestańmy zmieniać kolory, farba nie mieści się już w pokoju” – alarmuje Tytus.

– Przedstawiłem Arturowi wizję spółdzielni remontowej „Odnawianko” – opowiadał dalej Paweł. – To go rozbawiło, wziął urlop i przejechał na miesiąc do Chicago. Mieliśmy do dyspozycji dużą muzealną salę, najpierw malowaliśmy ją razem, co dzień nakładaliśmy nową warstwę. Po moim wyjeździe Artur pracował dalej i dokończył projekt, czyli nakładanie wszystkich trzydziestu warstw. Ja w tej sali powiesiłem jeszcze reprodukcję odpowiedniego fragmentu Tytusa, do którego Adam Szymczyk zrobił mi tłumaczenie, a także portret Artura, który mu zrobiłem jeszcze w latach 80., jak się przygotowaliśmy na ASP. Mówiłem, że to jest polskie malarstwo historyczne, bo dotyczy naszej bardzo osobistej i bardzo polskiej historii o artystach, przyjaźni, emigracji i malowaniu, jednocześnie bazując i odwołując się do historii napisanej przez Papcia Chmiela, w której z kolei jest wiele odniesień do idei odświeżania wnętrza, nakładania nowych warstw, czyli bycia w tym samym, a jednocześnie ciągle nowym miejscu.

Paweł Althamer, „Untitled”, Museum of Contemporary Art, Chicago, 2001, dzięki uprzejmości artysty i Fundacji Galerii Foksal

– Później zajmowałeś się również innym bohaterem, który, tak jak Tytus, wpisany jest w polską historię; wcielałeś się w Koziołka Matołka. To postać Tytusowi w jakiś sposób pokrewna, zwierzę wśród ludzi, w wędrówce ku samopoznaniu – choć w odróżnieniu od Tytusa, Koziołkowi nie postawiono zadania uczłowieczenia się…

– I nie było przy nim dwóch harcerzy – zauważył Paweł. – Jego partnerem był świat, przez który podróżował.

– Ale, podobnie jak Tytus, wędruje przez ten świat w krótkich spodenkach; szorty to kolejny emblemat, który łączy tych dwóch.

– I mały rozumek, czy raczej podejrzenie o nieogarnianie świata, brak biegłości.

– W obu historiach nad bohaterami wisi też groźba zakwestionowania ich podmiotowości. Tytusa różne osoby ciągle chcą zamknąć w Zoo, mówiąc: no, koniec tych ludzkich aspiracji, wracasz do świata zwierząt, gdzie twoje miejsce. Z kolei Koziołka, mimo że nosi te czerwone krótkie spodnie, chodzi na dwóch nogach i mówi ludzkim głosem, w pewnym momencie planowano zarżnąć i zjeść, jak każdą inną kozę.

– Obcięli mu też głowę, chociaż na szczęście udało się ją przyszyć z powrotem.

– To prawda, choć akurat w tym wypadku został potraktowany jak człowiek, bo głowę obcięto mu z wyroku sądowego, za naruszenie prawa obowiązującego ludzi.

– Fakt, ścięli go za noszenie brody!

– Odbyłeś wiele podróży w kostiumie Koziołka. Ale była też podróż do Bangladeszu, w którą ty i inne osoby biorące udział w twoim przedsięwzięciu wyruszyliście w strojach wziętych ze świata Tytusa. Chodzi mi o projekt, który zrobiłeś z Sąsiadami w Samdani Art Center; pojechaliście tam jako harcerze.

Paweł Althamer i sąsiedzi, ‘Rokeya’, Samdani Sculpture Park and Art Center, Sylhet, Bangladesz, 2017, dzięki uprzejmości artysty i Fundacji Galerii Foksal w Warszawie
Paweł Althamer i sąsiedzi, ‘Rokeya’, Samdani Sculpture Park and Art Center, Sylhet, Bangladesz, 2017, dzięki uprzejmości artysty i Fundacji Galerii Foksal w Warszawie
Paweł Althamer i sąsiedzi, ‘Rokeya’, Samdani Sculpture Park and Art Center, Sylhet, Bangladesz, 2017, dzięki uprzejmości artysty i Fundacji Galerii Foksal w Warszawie
Paweł Althamer i sąsiedzi, ‘Rokeya’, Samdani Sculpture Park and Art Center, Sylhet, Bangladesz, 2017, dzięki uprzejmości artysty i Fundacji Galerii Foksal w Warszawie

– Był to trochę żart z tej organizacji. Harcerstwo, jak pewnie wiesz, przechodzi teraz swego rodzaju kryzys, jest z nim trochę jak z religią, zaczyna służyć jako narzędzie propagandy, staje się manipulowaną grupą młodych ludzi…

– A ty w dzieciństwie byłeś harcerzem?

– Przetrzymałem jeden obóz harcerski, potem nasze drogi, moja i harcerstwa, się rozeszły.

– Co poszło nie tak?

– W największym skrócie: zostałem rozpoznany jako niesubordynowana, niepasująca postać. Miałem dziewięć lat, byłem najmłodszym harcerzem na całym kilkusetosobowym obozie. Uczestnictwo w nim było zresztą jednym z moich najbardziej doniosłych dziecięcych przeżyć dotyczących wspólnoty.

– Co robiłeś na tym obozie?

– Zorientowałem się, że nie dam rady się najeść na regularnych posiłkach, więc zgłosiłem się do kuchni, do pomocy. Wstawałem o piątej, musiałem zbierać chrust, kroić chleb, smarować kromki. Pracowałem tam przez cały obóz w dość dużym reżymie, była to próba dyscypliny. A z drugiej strony nie bardzo chciałem się podporządkować rozkazom, robić rzeczy, na które nie miałem ochoty, uczyć się piosenek. Na tym obozie co kilka dni trzeba było nauczyć się nowej piosenki, najczęściej wojskowej, typu Nie grają nam surmy bojowe albo Piechota, ta szara piechota. Budzili cię w nocy, świecili latarką w oczy i mówili: dajesz, śpiewaj! Jak nie umiałeś, musiałeś iść na plac, niewyspany, zmarznięty, bez względu na pogodę, jeżeli lało, to trudno, i miałeś tam stać i uczyć się tej piosenki, dopóki jej nie opanujesz. Dopiero kiedy przyszedł druh, żeby cię odpytać, mogłeś się położyć dalej spać. Nigdy później, nawet na obozach sportowych, z tego rodzaju reżymem się nie spotkałem.

– Grubo…

– Tak, ale tam się zdarzyło też coś niezwykłego. W wieku dziewięciu lat, w patrolu trzyosobowym, z trzynastoletnim i może piętnastoletnim chłopcem, pojechałem autostopem do Gdańska

– Uciekliście?!

– Nie, wszyscy w ten sposób jechali, cały obóz w patrolach po trzy osoby ruszył w autostopową podróż z Mazur do Gdańska. To był element doświadczenia harcerskiego. Co wieczór spotykaliśmy się na wyznaczonych wcześniej kwaterach; każdy patrol musiał na własną rękę dotrzeć na te umówione miejsca. Wspominam to jako coś bardzo bliskiego ekspresji komiksów o Tytusie.

– No tak, znów trójca!

– Trójka harcerzy, przygody; jestem najmniejszy, więc to ja stoję na poboczu szosy i macham, bo wzbudzam litość i współczucie. W Gdańsku zostaję przechwycony przez miejscowych chuliganów, chłopców, którzy widząc harcerza z Warszawy, z naszywką, wciągają mnie na podwórko i chcą nastraszyć; i moi koledzy, którzy mnie odszukują i odbijają.

Prawdziwi harcerze zarzucali nam, że przyznaliśmy sobie jakieś sznury, różne odznaki i sprawności, które formalnie nam nie przysługiwały. Korzystaliśmy jednak z licencji poetyckiej i z tego, że w Bangladeszu nikogo nie będzie obchodziło kto sobie jaką odznakę przypiął. I udało się to z wielkim wdziękiem, ta wyprawa. Uważam, że to nadal świetna metoda, takie swatanie ludzi ze sobą, tworzenie drużyny, zastępu do wspólnej pracy.

– Czyli bycie w harcerstwie miało jednak fajne momenty.

– Powiedziałbym, że obóz to było bardzo barwne doświadczenie, choć ta barwność miała wpływ na to, że potem nie zaznałem już więcej harcerstwa. Wystąpiłem z szeregu, zdałem mundurek, powiedziałem: gites, dzięki, to nie dla mnie. Ale po latach, kiedy pojawił się projekt, żeby zrobić coś w Bangladeszu, rozmawiałem z braćmi, którzy też byli na tamtym obozie, i ktoś rzucił, nawet nie jestem pewien czy to byłem ja: a może harcerstwo? Będziemy fajnie wyglądać w mundurkach harcerskich, zwłaszcza, że mamy tam pracować z dziećmi i cały projekt ma wymiar społecznie zaangażowanej pracy u podstaw.

W 2017 roku grupa Paweł Althamer and the Neighbours przeprowadziła warsztat rzeźbiarski na terenie Samdani Art Centre and Sculpture Park w Sylhet, 250 kilometrów od stolicy Bangladeszu, Dhaki. W jego wyniku powstała rzeźbiarska struktura, pawilon w formie figury leżącej kobiety, mieszczący w swoim wnętrzu pracownię artystyczną, piec do wypalania ceramiki i przestrzeń twórczych aktywności. We wspólnej pracy nad budową rzeźbopawilonu oprócz Althamera i Sąsiadów wzięły udział dzieci i dorośli z okolicznych wsi oraz pensjonariusze pobliskiego ośrodka odwykowego dla osób uzależnionych od narkotyków. Figura nazwana została Rokeya na cześć Begum Rokeyi Sakhawat Hossain, działającej w pierwszej połowie XX wieku pisarki i pionierki walki o prawa kobiet i dostęp do edukacji dla dziewcząt w Bangladeszu.

– Kto był w twoim „zastępie” w czasie realizacji tego projektu? – zapytałem.

– Mój brat Marcin, Tosiek, Benek, Brian Halloran z Nowego Jorku, a także siostry: Emily Dolan, no i Diana Betancourt, artystyczna szefowa fundacji Rajeeba Samdaniego. Jako jeden z druhów pojechał też z nami Sebastian Cichocki, choć w jego wypadku to nie było już takie klarowne, bo jako kurator trochę był w zastępie, a trochę jakby z boku. Starałem się jednak, żeby wszyscy byli umundurowani.

– Sebastian też miał mundur? – ucieszyłem się. – Harcerskie krótkie spodenki?

– Krótkich spodenek chyba nie, ale miał beret i bluzę. My mieliśmy wszystko, spodenki, getry, nawet finki. Prawdziwi harcerze zarzucali nam wprawdzie, że przyznaliśmy sobie jakieś sznury, różne odznaki i sprawności, które formalnie nam nie przysługiwały. Korzystaliśmy jednak z licencji poetyckiej i z tego, że w Bangladeszu nikogo nie będzie obchodziło kto sobie jaką odznakę przypiął. I udało się to z wielkim wdziękiem, ta wyprawa. Uważam, że to nadal świetna metoda, takie swatanie ludzi ze sobą, tworzenie drużyny, zastępu do wspólnej pracy. Była tam masa dzieci, zrobiliśmy też warsztaty dla ludzi uzależnionych od narkotyków, mieliśmy glinę, stół garncarski. Z osób, które były pierwotnie przypisane, żeby z nami pracować zainteresowała się garstka, pewnych rzeczy jednak nie da się zrobić z doskoku, potrzeba na nie więcej czasu. Za to ludzie z ulicy oblegali stół garncarski, wszyscy chcieli robić coś z tej gliny, był w tym głód tworzenia. To już było poza zasięgiem kuratorów, żeby coś z tym później zrobić, ale samo zdarzenie było naprawdę witalne, kobiety z sąsiedztwa, dzieci, wszyscy umazani gliną: święto. Czułem, że takie rzeczy mogę robić, że nie ma porównania między takim działaniem a wieszaniem obrazów na białych ścianach w galerii, czy ustawianiem rzeźb…

– A jak przyjmowane były wasze mundurki?

– Tłumaczyliśmy, że nie chodzi o jednostki paramilitarne, lecz o ruch survivalo-ekologiczny, powstały w trudnych czasach, który miał pomóc dzieciom odzyskać kreatywność, nauczyć radzenia sobie, przetrwania – tak przedstawialiśmy naszą konotację harcerską. Finki jednak polecono nam chować albo zasłaniać, wytłumaczono nam, że noszenie takich rzeczy jest nielegalne. Zwłaszcza, że istniało prawdziwe zagrożenie. Mieliśmy jechać do Bangladeszu już rok wcześniej, ale wtedy to się nie udało ze względu na zamach. Komando terrorystów napadało na restaurację w Dhace; kazali gościom recytować Koran, a tych, którzy nie umieli, czyli wszystkich cudzoziemców, zastrzelili. To mogliśmy być my. W czasie naszego pobytu mieliśmy ochronę, kiedy gdzieś się ruszaliśmy zawsze było z nami dwóch-trzech ludzi z rodziny Rajeeba Samdaniego.

– W tych mundurkach ktoś mógł was wziąć już nie tylko za turystów, lecz wręcz za jakiegoś rodzaju wojska kolonialne!

– No fakt, to możliwe! Jednak kiedy wymyślaliśmy tę akację, nie rozkminialiśmy, czy będzie to poprawne politycznie. To był spontan. I to jest fajne z moimi braćmi: po prostu robimy rzeczy – czasem chodzimy morsować, niedawno byliśmy na nocnej wyprawie w puszczy, chodziliśmy godzinami po skrzypiącym śniegu. Jest w nas więź i wspominaliśmy za czyją sprawą ona istnieje. Mieliśmy wujka, który wprowadzał nas w tego rodzaju wrażliwość niezależenie od harcerstwa: w fascynację lasem, przyrodą, wędrówką. A ten wujek też był trochę takim Tytusem w rodzinie, nie przystawał do wyobrażeń o tym, jak dorosły mężczyzna powinien funkcjonować, jaki rodzaj powagi reprezentować.

– Rodzinny Indianin?

– Indianin, traper, trochę szaman…

– Papcio Chmiel też w PRL-owskim pejzażu był swego rodzaju szamanem, opowiadaczem cudownych historii. Miałeś okazję go poznać?

– Niestety nie, bardzo tego żałuję, choć raz było blisko. Zgłosiłem się do Papcia Chmiela za pośrednictwem Fundacji Galerii Foksal. Chciałem mu zaproponować, żeby zinterpretował mój katalog swoją kreską, swoimi rysunkami. Rodzaj zlecenia; moje przygody w konwencji jego komiksu.

– I chciałeś żeby ciebie obsadził w roli Tytusa?

– Nie, chciałem żeby mnie obsadził jako mnie, ale żeby pojawił się tam także Tytus – żeby znalazł się ze mną w jednym wymiarze. I Papcio był wstępnie zainteresowany, ale przechodził wówczas kłopoty zdrowotne, leżał w szpitalu, dla niego to zupełnie nie był moment, żeby się tym zająć. A niestety dla nas to był właśnie ten moment, bo mieliśmy określony czas na zrobienie publikacji i ostatecznie nie udało się tego pomysłu zrealizować.

– Szkoda wielka.

– Dla mnie to by było kompletne, bo moje serce od dawna było przy Tytusie. Zdałem sobie sprawę jaką robotę pedagogiczną wykonał w moim życiorysie Papcio Chmiel, jak zaistniał, jak mnie zainspirował. Myślę, że wiele cech, a nawet moich strategii artystycznych, świadomości, kim jest artysta i co ma do zrobienia, bardzo dobrze opisuje Tytus Romek i A’Tomek, a właściwie sam Tytus w tych przygodach, bo to z nim się utożsamiam. Bardziej uczciwie mógłbym nawet utożsamić się z Tytusem w tych historiach, które go otaczają, niż z figurą artysty w kontekście świata sztuki. Zresztą jest przecież odcinek, w którym Tytus wchodzi w sztukę.

– Wiadomo, Księga XVIII. Świetna!

– Tak, w tym odcinku Tytus ma nawet kubistyczną dziewczynę, która nazywa się Asizo, co jest anagramem imienia Zosia, bo ona sama ma anagramiczną budowę: nos na czole, oko na nosie. Spotyka Rembrandta, odwiedza obraz Paula Klee. Moje postrzeganie tych książeczek nie odbiega daleko od sposobu, w jaki widzę przygody, w których sam uczestniczyłem, będąc w nich obsadzonym w roli artysty, wokół którego odbywają się różne prace, aby on zrealizował swój projekt.

– Czyli moja intuicja z A’Tomkiem, o której ci mówiłem, potwierdza się! Bo przecież Romek i A’Tomek są kimś w rodzaju kuratorów, i tu w podwójnym sensie; sprawują nad Tytusem rodzaj kurateli oświatowej, i zarazem mają pretensje do bycia kuratorami jego przygód, które traktują jak projekty.

– Można tak na nich spojrzeć, choć często są tak zinterioryzowani z działaniami, w których uczestniczą, że można w nich już widzieć grupę performerską.

– No i oczywiście jest kwestia podróży; każda Księga to kronika kolejnej wyprawy. Ty również lubisz figurę ekspedycji; twoje projekty bardzo często mają strukturę podróży.

– Stąd płynie moja oczywista afirmacja Tytusa jako jednego z życiowych inspiratorów; jak tak patrzę po sobie, myślę, że moja historia bardziej wpisuje się w poetykę jego przygód, niż w schemat kariery artysta-plastyka.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też