18.12.2013

Handelek

Wiadomo, święta. Ludzie szukają prezentów, więc artyści i właściciele galerii sztuki współczesnej organizują targi. Popyt, podaż, kapitalizm, norma. Artysta nie żre gruzu, więc potrzebuje nieco hajsu na własne prezenty. Oczywiście może namalować obraz, nakręcić jednosekundowy film, zrobić kolaż albo instalację – i podarować takie artefakty swoim najbliższym wmawiając im, że za kilka lat będą warte miliardy dolarów. Kiedy już to zrobi, musi jednak jeszcze kupić butelkę wódki, śledzia, opłatek i inne nieodłączne elementy życia rodzinnego. A jak pokazują wszystkie znane badania i opinie ekspertów – polski artysta jest biedny, nie dojada, musi pracować w agencji reklamowej, trzecim sektorze, produkować książki i, co gorsza, wykonywać inne czynności uwłaczające talentowi. Dlatego polskie środowisko sztuk wizualnych, pewnie na wzór tych zagranicznych, postanowiło zorganizować takie wydarzenia jak Salon Zimowy w Warszawie czy Targi Taniej Sztuki w Katowicach. Nie wspomnę o innych wydarzeniach tego typu, których pewnie było mnóstwo, ponieważ byłem tylko na tych dwóch.

Intercity do Katowic nie pokonało mojego kaca, którego już nawet nie pamiętam, dlaczego miałem. Wyleczyłem się dopiero piwem Gniewosz zakupionym za pięć złotych w barze KATO. Była 11.30, piękna pogoda, na katowickim deptaku zielony święty Mikołaj i pani siedząca w beczce po winie. A przed wspomnianym KATO dyskretna kolejka – lud czekał na otwarcie drzwi, za którymi znajduje się sztuka. Kilka minut po 12.00 Szymon Kobylarz, pomysłodawca Targów Taniej Sztuki (warto przypomnieć, że koledzy z Rastra też kiedyś coś takiego robili), otwiera KATO – i w kilka sekund znikają prawie wszystkie karteczki spod wystawionych prac, każda po 200 (słownie: dwieście) złotych! Ludzie się przepychają, biegają, wypatrują te najpiękniejsze, podpisane znanymi nazwiskami, znajomymi inicjałami; obrazy i zdjęcia rozchodzą się lepiej niż książki, które próbujemy razem z koleżanką Roszkowską sprzedać. O 13.00 jest tylko kilka wyjątkowo złych obrazów, kasetka pełna pieniędzy i nasze książki. Idziemy na dworzec, robimy sobie zdjęcie pod choinką, pod Częstochową stoimy godzinę na peronie. Elżbieta Bieńkowska pozdrawia naród.

Tydzień później pojawiłem się na Salonie Zimowym w Pałacu Branickich w Warszawie. Znowu 12.00, tym razem bez kaca, otwierają się bramy, prawie nikogo nie ma. Idę na pierwsze piętro zobaczyć, które „najciekawsze galerie” biorą udział w tej imprezce. Nic nowego. Po staremu (w myśl zasady WARPÓŁ: „Nie spodziewajcie się niczego nadzwyczajnego”). No może oprócz galerii Sandra – pewnie dlatego była tak schowana, gdzieś daleko, w kącie, żeby przypadkiem się nie wyróżniała. Ponieważ przy okazji Warsaw Gallery Weekend naśmiewałem się na Fejsie ze zdań o „najdynamiczniejszym” regionie, najciekawszych artystach i bzdurach o wielkich nakładach przeznaczanych na kulturę, byłem raczej chłodno witany na Salonach. Do tego stopnia, że pewien Znany Galerzysta zapytał: ty tutaj? Nie zważając jednak na przerażająco niską temperaturę, która panowała w murach Pałacu Branickich (jaki kraj, takie targi sztuki), wytrwałem kilka godzin, sprzedałem kilka książek, wszyscy byli jakby szczęśliwi.

Po co organizuje się takie targi jak Salon Zimowy? Prestiż, tak cenny dla galerii komercyjnych, nie wzrasta. Kasetki nie zapełniają się petrodolarami. Kolekcjonerzy z Berlina jakoś chyba tłumnie nie zlatują do stolicy. A może chodzi o zbudowanie wspólnoty galerzystów? Tylko po co wtedy ta cała otoczka wynajmowania pustostanów, ogłaszania targów, siedemdziesięciorga artystów różnego pokolenia, ściągania wydawnictw artystycznych i kawiarni, skoro wystarczy się spotkać w Barze Studio? Czy chodzi może o silniejszą identyfikację z Warszawą? Nie wiem. Pewne jest, że chodzi o hajs. I nie ma w tym nic złego. Gruz nie jest dobry. Salon Zimowy, o czym trzeba napisać, jest otwarty dla wielu grup. Można było tam kupić książkę za dwadzieścia złotych, pracę za 400 i obraz za kilka tysięcy. Mocną stroną Salonu jest to, że niedostępna do tej pory sztuka możne znaleźć się w mieszkaniu wielu warszawiaków. Marika Zamojska, pomysłodawczyni SZ, konsekwentnie kreuje zwyczaj kolekcjonowania sztuki współczesnej, budowania silnej sceny artystycznej stolicy. Warto przypomnieć, że podczas spotkania „Moje słuszne poglądy na wszystko” z nowym dyrektorem Biura Kultury Tomaszem Thun-Janowskim zwrócono uwagę na obecność wielu galerii komercyjnych w stolicy. Wydaje się, że galerie komercyjne mogą się stać świetną wizytówką Warszawy – nie tylko w zewnętrznych działaniach promocyjnych, do których powinno włączyć się Miasto, ale również tych skierowanych wewnątrz – do mieszkańców. Część z tej pracy już teraz wykonuje Zamojska.

Katowice natomiast, w swojej spontaniczności, bezpretensjonalności i błogiej łatwości wymyślania najprostszych rozwiązań, niech chwalą się na całą Polskę Tanimi Targami Sztuki! Obraz dla każdego mieszkańca aglomeracji śląskiej! Zdjęcie w ramie jako prezent na pierwszą komunię i ślub! Tania sztuka dzisiaj, tania sztuka jutro! (Boję się, że tanią sztuką biedni polscy artyści mogą sprzedawać do swojej śmierci. Pewnie możne to wszystko jakoś zrównoważyć, co nie?)

Dobra, ale gdzie są inne miasta? Centralizacja galerii komercyjnych w Warszawie nie wpływa pozytywnie na dystrybucję kapitału. Zapatrzona w siebie stolica kusi kolejne galerie i artystów, w zamian oferując – no właśnie, co?

Autor jest członkiem zespołu Fundacji Bęc Zmiana

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też