13.10.2017

Doktrynerstwo à rebours

Piotr Policht
Gregor Różański, Praca zabija, baner
Doktrynerstwo à rebours
Gregor Różański, Praca zabija, baner
Podczas gdy większość artworldu spodziewała się po odświeżonym Triennale Młodych generacyjnej manifestacji, kuratorzy uciekali jak najdalej od jakichkolwiek deklaracji. Jeśli zamanifestowała się tu pokoleniowa wrażliwość, to tylko mimochodem, może nawet niechcący.

1.

Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku nie należy do instytucji często odwiedzanych przez widzów z innych miast, a wszystko wskazuje na to, że i okoliczni mieszkańcy nie zachodzą tu za często. Techniczne zaplecze placówki ściąga regularnie jedynie grupę rzeźbiarzy, którzy niewielkim kosztem i w sielskich okolicznościach przyrody mogą do woli korzystać z obszernych pracowni, specjalistycznego sprzętu i kilku par rąk do pomocy. Również orońskie Triennale Młodych w ostatnim czasie nie należy do imprez obserwowanych z taką samą uwagą, co inne przeglądy i konkursy młodej sztuki. W tych okolicznościach kuratorski tercet odpowiedzialny za tegoroczną odsłonę imprezy, która zyskała nazwę Otwartego Triennale, mógł sobie pozwolić na wiele – na faktyczny eksperyment w praktycznie niezakłóconych laboratoryjnych warunkach.

Choć kuratorzy nie starali się wpisać swojego projektu w kontekst historii kuratorstwa, koncepcja Otwartego Triennale w oczywisty sposób czerpie garściami z formuły sympozjów popularnych szczególnie w latach 60. i 70.

Aurelia Nowak, Romuald Demidenko i Tomek Pawłowski zaaranżowali w Orońsku rodzaj wakacyjnej kolonii, zapraszając grono wybranych artystów nie tyle do stworzenia czegokolwiek, co rozmowy i, chyba przede wszystkim, dobrej zabawy. Kolonii w teorii otwartej dla wszystkich, ale faktycznie przybyli na miejsce praktycznie tylko uczestnicy Triennale, atmosfera była więc tym swobodniejsza. Od samego początku tradycyjna wystawa miała być elementem najmniej ważnym, samo triennale miało zaś dziać się na żywo, przez pięć dni, przy okrągłym stole specjalnie zaprojektowanym na ten cel i ustawionym w pustym jeszcze muzeum. Hasło przewodnie Muzealnego Biura Wycieczkowego, inicjatywy jednego z kuratorów Triennale Tomka Pawłowskiego, brzmiące „sztuka, relaks, przygoda” wydawało się przyświecać również orońskiej imprezie, przy czym sztuka akurat była najmniej ważnym spośród trzech elementów.

Choć kuratorzy nie starali się wpisać swojego projektu w kontekst historii kuratorstwa, koncepcja Otwartego Triennale w oczywisty sposób czerpie garściami z formuły sympozjów popularnych szczególnie w latach 60. i 70. Odchodzi od prezentacji wybranych, gotowych obiektów, dzieli czas pomiędzy dyskusje a pracę nad działaniami artystycznymi, przy czym tej pierwszej sferze przyznaje nawet więcej miejsca. Kontekst jednak znacząco się w ciągu ostatniego półwiecza zmienił. Niegdysiejsze sympozja były poniekąd odpowiedzią na brak instytucji z prawdziwego zdarzenia – Triennale jest odpowiedzią na ich nadmiar i skostniałość. Wówczas były laboratorium nowych idei i nurtów. Tam rodziła się polska sztuka konceptualna, tam Jerzy Ludwiński wygłaszał swoje najważniejsze teksty. Co natomiast o współczesności mówi Triennale w Orońsku?

2.

Po kurtuazyjnym wstępie, powitaniu całego zespołu, spacerach po orońskim Centrum Rzeźby Polskiej i parku rozpoczyna się pierwszy dzień sympozjum. Pierwszy punkt programu to warsztaty przygotowane przez Agnieszkę Różyńską wspomaganą przez Lilianę Piskorską. Balonik hajpu napompowany jest do granic – w busie, którym jedziemy z Warszawy do Orońska, Ewa Tatar nie może usiedzieć z obawy, że na Niehierarchiczną rozgrzewkę nie zdążymy. Na miejscu uczestnicy, podzieleni już na kilka grupek, z nieco mniejszym entuzjazmem siedzą nad arkuszami bristolu. Niektórzy z nudów gryzmolą po białym stole, jak w starych, dobrych, szkolnych czasach.

Otwarcie wystawy Otwartego Triennale, 8. Triennale Młodych 2017 w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku
Otwarcie wystawy Otwartego Triennale, 8. Triennale Młodych 2017 w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku

Potrzeba wyładowania szybko staje się zrozumiała – formuła panelu niebezpiecznie przypomina korporacyjną sesję coachingową. Różyńska postanawia wyćwiczyć artystów we współpracy i empatii, co szybko zaczyna przybierać formy karykaturalne, szczególnie gdy rozpoczyna się dyskusja o „rotowaniu” zadań w grupie. Ostatecznie do trafnego, choć nieplanowanego podsumowania efektywności zaproponowanych podczas warsztatów rozwiązań doprowadza Różyńską Norbert Delman. W odpowiedzi na jego pytanie prowadząca deklaruje, że sama jednak decyduje się na hierarchiczny model pracy wtedy, gdy ma do wykonania ważne zadanie i goni ją czas. Oroński coaching okazał się więc równie nieskuteczny, co każdy inny, ale tu przynajmniej nie trzeba było za sesję słono płacić.

Choć pełna dezynwoltury – artystka już na wstępie oznajmia, że korzystała jedynie z Wikipedii – prezentacja Los ratuje pierwszy dzień i pozostawia nadzieję na mniej kaznodziejskie podejście do sytuacji niż w przypadku otwierających sympozjum warsztatów.

Po jednym z kluczowych punktów każdego dnia triennale, obiedzie, następuje ciąg dalszy i oficjalna prezentacja wszystkich uczestników. Pojawiają się niespodziewani goście – aktorzy zaproszeni do Orońska przez Horacego Muszyńskiego. Okazuje się, że Muszyński przyjechał na Triennale z grupą wyłonionych w open callu aktorów, którzy mieli przyglądać się uczestnikom, a za kilka miesięcy staną się bohaterami horroru o grupie mordujących się nawzajem artystów zamkniętych w odciętym od świata ośrodku. Najwyraźniej cała sytuacja robi na aktorach wrażenie. Jeszcze pod koniec sympozjum, gdy opuszczają już Orońsko, jeden z nich pisze na fejsbuku, że spędził tydzień w „matriksie, przy którym Tworki to kurort”.

Ostatnim punktem pierwszego dnia jest wykład Justiny Los z duetu Polen Performance. Występującej tym razem solo, bo jak sami z Mikołajem Sobczakiem przyznają, przyjechali jako indywidualni artyści z powodów ekonomicznych. Co dwa honoraria, to nie jedno. Tylko czy to nie kłóci się aby z idealizmem kuratorów, wyznających zasadę im więcej, tym lepiej i z zachwytem witających w Orońsku wszelkie kolektywy? Mniejsza o to. Los odnosi się w krótkiej prezentacji do terminu getto, uznając je za odpowiednie określenie na opisanie sytuacji triennale i samego Centrum Rzeźby Polskiej. Widać nie tylko aktorzy zaproszeni przez Muszyńskiego mają podobne skojarzenia. Jej prezentacja krąży od nowożytnych źródeł pojęcia, które początkowo oznaczało raczej dzielnicę żydowską, społeczność skupioną na danym obszarze z własnej woli, do afroamerykańskiej kultury i ostatnich plemiennych enklaw wyizolowanych ze zglobalizowanego świata. Choć pełna dezynwoltury – artystka już na wstępie oznajmia, że korzystała jedynie z Wikipedii – prezentacja Los ratuje pierwszy dzień i pozostawia nadzieję na mniej kaznodziejskie podejście do sytuacji niż w przypadku otwierających sympozjum warsztatów.

Justina Los Can’t go higher, kadr z wideo
Justina Los Can’t go higher, kadr z wideo

3.

Wszechobecne w identyfikacji wizualnej Triennale tarcze zegarów sugerowałyby, że impreza przebiegać będzie w turbokapitalistycznym rytmie, w którym jeden event gonić będzie drugi. Nic bardziej mylnego. Drugi dzień rozpoczyna się leniwie, planowana na dziesiątą dyskusja moderowana przez Kubę Szredera rozpoczyna się półtorej godziny później. Komunikacja w Orońsku funkcjonuje bowiem na zasadzie głuchego telefonu, co potwierdzi się jeszcze wielokrotnie. Forum dyskusyjne zamienia się ostatecznie w wykład, moderator bowiem najlepiej czuje się w roli doświadczonego mentora, który wyłuszcza nieopierzonej młodzieży zasady życia w artworldzie. Dyskusja koncentruje się głównie na wygłoszonych na niedawnym Kongresie Kultury pomysłach na certyfikację artystów i tkwiących w tym pomyśle zagrożeniach, czyli wizji ZPAPowskiego zamordyzmu. Choć reszta panelu jest mniej więcej krótkim streszczeniem ABC projektariatu, można uznać tę dyskusję za potrzebne rozpoznanie pola. Wkrótce jednak wychodzi na jaw, że niewiele więcej uczestników Triennale interesuje. Gdy w czwartek kolejny panel moderuje Karolina Plinta, starając się rozpocząć dyskusję o wrażliwości pokolenia, okazuje się, że pokolenie jest wrażliwe głównie na stan swoich portfeli, a mniej na sztukę czy rzeczywistość jako taką. Podczas dyskusji udaje się jednak doprowadzić do jednego istotnego rozpoznania – młody artysta nie wierzy już w rynkowy mit błyskawicznej kariery i mówi o tym bez większego skrępowania. Przynajmniej w większości, bo choć niekiedy daje się wyczuć pewną rezerwę, większość uczestników przyznaje wprost, że są w stanie się utrzymać tylko dzięki pobocznym zajęciom. Pod tym względem możemy mówić o wytęsknionym od zawsze dogonieniu Zachodu – scena artystyczna nad Wisłą napuchła na tyle, że nawet będąc względnie znanym, wygrywającym konkursy i reprezentowanym przez dobrą galerię artystą ciężko opłacić czynsz w stolicy bez dodatkowej pracy.

Sympozjum - Wolna Akademia Orońska, forum dyskusyjne z Kubą Szrederem
Sympozjum, Krytyczni, realiści zmęczeni i...?, forum dyskusyjne o wrażliwości pokolenia 89 moderowane przez Karolinę Plintę

Choć oglądane przez ekran telefonu za pośrednictwem relacji na instagramie Triennale mogło robić wrażenie prawdziwego tygla idei, w którym nieustannie toczą się ważkie dyskusje, w rzeczywistości każdy kolejny dzień upływał przede wszystkim na wynajdywaniu sobie jakichkolwiek zajęć, które pozwalałyby spożytkować czas między wybranym popołudniowym wydarzeniem a cowieczorną imprezą w muzeum.

Praca to zresztą słowo-klucz tego Triennale. Szumnie promowane sympozjum składało się w końcu z zaledwie dwóch (i pół, jeśli liczyć warsztaty Różyńskiej) dyskusji, którym wyraźnie brakowało jakiejkolwiek moderacji. Otwartość otwartością, ale nie ingerując w dyskusje w żaden sposób (oprócz kończenia ich wezwaniem na obiad), kuratorskie trio zaprzepaściło sporą część potencjału sympozjum. Przetykany pojedynczymi dodatkowymi wydarzeniami, jak miniwykład Gregora Różańskiego w lokalnej pizzerii, dotyczący podobieństw między pizzą hawajską a sztuką współczesną, program sympozjum okazał się być wyjątkowo mało intensywny. Choć oglądane przez ekran telefonu za pośrednictwem relacji na instagramie Triennale mogło robić wrażenie prawdziwego tygla idei, w którym nieustannie toczą się ważkie dyskusje, w rzeczywistości każdy kolejny dzień upływał przede wszystkim na wynajdywaniu sobie jakichkolwiek zajęć, które pozwalałyby spożytkować czas między wybranym popołudniowym wydarzeniem a cowieczorną imprezą w muzeum.

Początkowo dominuje nastawienie relaksacyjne, reprezentowane między innymi przez Zuzę Golińską, która do Orońska przyjeżdża wypocząć po znojach codziennej pracy. Golińska szybko regeneruje siły i wyjeżdża, a nastroje powoli ulegają zmianie. Ileż w końcu można wypoczywać? Zwłaszcza jeśli przymus pracy i bycia widocznym ma się już we krwi. Wobec dziurawego programu artyści zaczynają działać – z potrzeby, zachęceni nowymi bodźcami lub po prostu z nadmiaru wolnego czasu. Jednym z przodowników pracy staje się Norbert Delman. Wyrzeźbiona przez niego fontanna, złożona z pianki montażowej, nadmuchiwanego baseniku i rurek z rozkręconych wieszaków na ubrania z IKEA, stanowi wymowny komentarz do sytuacji. Oroński dworek jest bowiem wystawny, ale pieniędzy na rewolucyjne w zamierzeniu Triennale się tu skąpi, każdą złotówkę ogląda z dwóch stron i wydaje z niechęcią. W zgodzie z kolektywnym duchem triennale, w programie przewidziano czas na wspólną pracę nad fontanną. Nikt się jednak specjalnie do tego nie kwapi, Delman każdego ranka pracuje więc sam. Przez pierwsze dni zastanawia się nad kształtem rzeźby, która zwieńczy fontannę. Ostatecznie idzie tropem złośliwie prześmiewczym – wycina z pianki dłoń pokazującą okejkę. Na przekór własnemu hasłu „praca zabija”, wywieszonemu na czerwonym banerze na fasadzie muzeum, Gregor Różański realizuje z kolei w Orońsku aż trzy działania. Po wykładzie o pizzy hawajskiej jej kawałek umieszcza w muzeum jako rzeźbę, następnie wywiesza na muzeum wspomniany baner, wreszcie ostatniego dnia organizuje w Orońsku namiastkę Wixapolu pod tytułem Instytucja rejwująca. Nawet jeśli umieszczenie w galerii kawałka pizzy nie wymaga wiele pracy – liczy się gest.

Sympozjum, Rzeźba hawajska - Gregor Różański i Romuald Demidenko w pizzeri Appia
Sympozjum, Gregor Różański, Rzeźba Hawajska, Pizzeria Appia w Orońsku
Norbert Delman, O.K., rzeźba
Sympozjum - Norbert Delman przy pracy nad fontanną upamiętniającą Otwarte Triennale

Czas płynie, a wszyscy zastanawiają się, co począć z problematyczną kwestia wystawy. W środę, w oczekiwaniu na spóźnionego ambasadora Królestwa Kabuto, założonego przez grupę przedsiębiorczych chłopaków z okolic pobliskiego Radomia, który ma przyjechać do Orońska na zaproszenie Nomadic State, zawiązuje się spontaniczna dyskusja. Kuratorzy wciąż wystawy nie chcą, choć z drugiej strony czują presję instytucji. Inspirująca okazuje się wcześniejsza wycieczka do magazynów CRP. Powstaje pomysł, by urządzić wystawę z rzeźb przeniesionych z magazynu. Nie wiadomo w jakim celu, których konkretnie i czy wybór ten miałby coś sobą komunikować. Uzasadnienia potrzebuje z kolei instytucja. Gdy staje się jasne, że się go nie doczeka, pomysł umiera śmiercią naturalną. Zamiast rzeźb przeniesione zostają więc postumenty. Też nie do końca wiadomo w jakim celu, ostatecznie na większości z nich wyeksponowane zostają krzemienie czekoladowe – lokalna atrakcja geologiczna.

Gdy na miejsce dociera wyczekiwany ambasador, miny uczestników rzedną. Okazuje się, że osławione Kabuto to w gruncie rzeczy Polska-bis, i to Polska wyśniona przez młodych korwinistów. Rządzona przez monarchę, który większość społeczeństwa uznaje za idiotów, a demokrację za system kaleki. Dorabia się na spekulacji kryptowalutami i nieprzychylnym okiem patrzy na aborcję. Po godzinach zaś spełnia się twórczo pisząc najeżone rymami częstochowskimi wiersze o apokalipsie (ambasador rozdaje uczestnikom Triennale tomik Apokaliptikon, który Stach Szumski określa mianem „postapokaliptycznej materii poetyckiej”). To jeden z niewielu momentów konfrontacji z twardą, pozaorońską rzeczywistością.

Ciężkie zderzenie z rzeczywistością Triennale przeżywa z kolei Zofia Krawiec. Nie udaje jej się porozumieć z zespołem kuratorskim, wobec czego dociera do Orońska dzień później niż planowano. Pierwsza próba dotarcia na Triennale zawodzi, gdy okazuje się, że wysłany po odbiór czołowej polskiej sefie-feministki samochód pojechał po nią nie do samej Warszawy, a do stanowiącego punkt przesiadkowy w drodze ze stolicy Radomia. Gdy udaje się jej dotrzeć na miejsce kolejnego dnia, pojawia się następny problem. Rodzi się pomysł, by w ramach swojego działania na Triennale Krawiec zorganizowała warsztaty makijażu politycznego. Sama zainteresowana dowiaduje się o tym jednak po fakcie, nie ma więc ze sobą odpowiednich przyborów, ostatecznie zatem nie robi nic i wyjeżdża kolejnego ranka, pędząc na promocję swojej książki do Zachęty.

4.

Tydzień dobiega końca, a najbardziej wymierne efekty Triennale to adopcja dwóch okolicznych bezpańskich psów przez dwójkę artystów. Na wieczornych imprezach nikt nie kwapi się zbytnio do kontynuowania dyskusji rozpoczętych w ciągu dnia. W piątek sympozjum jest już de facto zakończone. Stół, upstrzony plamami kawy, rozmaitych alkoholi i stóp odciśniętych podczas wieczornych sesji karaoke, zostaje odmalowany, ruszają – jednak – przygotowania do wystawy. Irmina Rusicka podąża tropem magazynowym – wydobywa z kolekcji motocykl Adama Rzepeckiego, legendarną SHL-kę, jedną z bohaterek jego prac, i znajduje w okolicy mechanika, który podczas trwania wystawy będzie ją doprowadzał do stanu używalności. Na gest prostszy decyduje się Tobiasz Jędrak, który wywierca w ścianie muzeum dziurę, przez którą podglądać można jeden z magazynów. Szkoda tylko, że nic przez nią nie widać, a sam fakt, że za ścianą instytucja posiada jakiś magazyn nie jest wielkim odkryciem. Kuratorzy konsekwentnie stawiają na niehierarchiczność, ignorując jakość, stąd na wystawie znajdują się też takie propozycje jak podesty, które stworzyli członkowie Wikwitu, wrocławskiego kolektywu, na tyle licznego, że stanowił niemal połowę wszystkich uczestników Triennale. Drewniane postumenty dopasowano do wzrostu uczestników, by wszyscy mogli na nich stanąć jednym rządku i na moment stać się równi. Nie pierwszy i nie ostatni zapewne raz, ale od tak licznej grupy wypadałoby oczekiwać jednak bardziej błyskotliwego pomysłu.

Irmina Rusicka, Naprawię SHL-kę Adama Rzepeckiego, niesprawny motocykl ze zbiorów CRP. Na czas trwania wystawy został poddany naprawie we współpracy z lokalnym mechanikiem. Po zakończeniu motocykl zostanie uruchomiony
Kasper Lecnim, W tym miejscu pracuje Eulalia Domanowska, przeprowadzka biura dyrektorki CRP z pałacu Józefa Brandta do przestrzeni wystawy
Sympozjum, montaż wystawy, Kacper Lecnim, przenoszenie gabinetu dyrektorki CRP Eulalii Domanowskiej z Pałacu do Muzeum Rzeźby Współczesnej
Sympozjum, montaż wystawy, zamalowywanie stołu
Wytwórnia Wykwitex (Anita Welter, Iwona Ogrodzka, Jagoda Dobecka, Janusz Czyżewicz, Karolina Balcer, Miłosz Flis), Wykwitex zrobi nam równość, sesja zdjęciowa
Wytwórnia Wykwitex (Anita Welter, Iwona Ogrodzka, Jagoda Dobecka, Janusz Czyżewicz, Karolina Balcer, Miłosz Flis), Wykwitex zrobi nam równość, sesja zdjęciowa
Otwarte Triennale to krok we właściwą stronę – dawno nie wydarzyło się w polskim świecie sztuki nic podobnego, nie zaistniała przestrzeń, w której oddano by pole artystom zachęcając ich do wzajemnych dyskusji, a nie naciskając na wyprodukowanie określonego efektu. Znaczna część potencjału jednak gdzieś uleciała z powodu konsekwentnie forsowanej kuratorskiej strategii.

Innego rodzaju korektę proponuje Kasper Lecnim, również niespecjalnie nowatorską, choć broniącą się w orońskim kontekście. W duchu działań takich jak Poziomica Łukasz Surowca, Lecnim postanawia nieco zachwiać feudalną hierarchią, która w okolicznościach ziemiańskiego dworku trzyma się dobrze. Inicjuje więc przeniesienie na czas trwania wystawy gabinetu dyrektorki z pałacowej wieży do sali muzeum. Istotne jest w tym przypadku sąsiedztwo – w muzeum tuż obok wyposażenia gabinetu leżą trzy łóżka, jako świadectwo trudnych początków Triennale. Ponieważ dyrekcja CRP była bardzo zdeterminowana, by zaoszczędzić na ogrzewaniu, część uczestników zakwaterowanych w pracowniach rzeźbiarskich (w hotelu zabrakło dla wszystkich miejsc) rozchorowała się już pierwszej nocy. Wobec nieskuteczności ponawianych próśb o włączenie ogrzewania, część łóżek ostatecznie przeniesiono do nieco cieplejszej sali muzeum. Widok przewożonych ciągnikiem do muzeum pałacowych mebli wzbudza powszechny entuzjazm, a okrągły, dębowy stół okazuje się idealnym miejscem na wieczorne partyjki pokera, choć w powietrzu wisi obawa, że gdy cała ekipa Triennale w końcu zawinie się z Orońska, wszystko wróci na swoje miejsce. Wraca po tygodniu. Według oficjalnego komunikatu, powodem było zapalenie krtani, którego dyrektorka nabawiła się wskutek panującego w muzeum zimna. Złośliwi powiedzieliby – instant karma.

Podczas gdy większość artworldu spodziewała się po odświeżonym Triennale Młodych generacyjnej manifestacji, zdefiniowania nowego pokolenia i przemodelowania sceny, na której chyba nieco zbyt długo obraz „młodych” wyznaczają wczesne roczniki osiemdziesiąte, kuratorzy uciekali jak najdalej od jakichkolwiek deklaracji. Jeśli zamanifestowała się tu pokoleniowa wrażliwość, to tylko mimochodem, może nawet niechcący. Przyglądający się całej imprezie Artur Rozen, uczestnik dwóch poprzednich edycji, który w trakcie tegorocznego Triennale otwierał solową wystawę w Galerii Kaplica, z nutką zazdrości wobec młodszej generacji wspominał, jak niegdyś uczestnicy Triennale po otwarciu wystawy grzecznie chodzili na wino z panią dyrektor. W tym czasie za jego plecami, w muzealnej sali Gregor Różański podpięty do Daewoo Lanosa Stacha Szumskiego rozkręcał rejwową imprezę, a właściciel samochodu tańczył na stole otwierając piwo krzemieniem czekoladowym.

Sympozjum, Tobiasz Jędrak w trakcie wystąpień końcowych
Sympozjum, Tomek Pawłowski, Karolina Mełnicka, Stach Szumski podczas wystąpień końcowych
Sympozjum, Romuald Demidenko podczas wystąpień końcowych
Sympozjum, Styrmir Örn Guðmundsson, musical What am I doing with my life

5.

Otwarte Triennale to krok we właściwą stronę – dawno nie wydarzyło się w polskim świecie sztuki nic podobnego, nie zaistniała przestrzeń, w której oddano by pole artystom zachęcając ich do wzajemnych dyskusji, a nie naciskając na wyprodukowanie określonego efektu. Znaczna część potencjału jednak gdzieś uleciała z powodu konsekwentnie forsowanej kuratorskiej strategii. Od lat wiadomo, że niewypowiadanie się o polityce też jest komentarzem politycznym, pora uświadomić sobie, że „niehierarchiczne” wydarzenie pozbawione odgórnej kontroli też wytwarza rodzaj hierarchii. Sytuacja nie jest zerojedynkowa – albo sztywna formuła wystawy, albo brak jakichkolwiek założeń i celów; albo sztywny akademicki panel, albo chaotyczna dyskusja. Fetyszyzacja niehierarchiczności i brak moderacji dobiły sympozjum – to, że wszyscy mogli się swobodnie wypowiadać i proponować tematy nie znaczy, że czuli się upoważnieni do, dajmy na to, zwołania dodatkowej dyskusji w czasie wolnym. To mogli zrobić kuratorzy. Niegdysiejszymi sympozjami rządziły w miarę ścisłe zasady – zaproszeni teoretycy i naukowcy wygłaszali przemówienia i aranżowali dyskusje, każdy z artystów realizował jakąś pracę. Jasno określona struktura paradoksalnie pozostawiała więcej możliwości i sprawiała, że to podczas tego rodzaju spotkań, bez dodatkowych nacisków, pisała się historia sztuki. W Orońsku zatriumfowało doktrynerstwo à rebours – nacisk na równość, dobre samopoczucie i brak jakichkolwiek kryteriów wartościujących. W efekcie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego nie tylko o sztuce młodego pokolenia, ale i o tym, jakie mogą być alternatywy dla utartych instytucjonalnych praktyk. A wystarczyło wyciągnąć wniosek z poniedziałkowych warsztatów – jeśli podchodzimy do czegoś na serio, trzeba odrzucić frazesy i wziąć sprawy w swoje ręce.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!

Stopka

Zobacz też