01.11.2019

Zwrot discopolowy. Rozmowa z Moniką Borys

Tomek Pawłowski
Magdalena Shummer, „Pijaczki”, fot. Edward Koprowski, dzięki uprzejmości Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie
Zwrot discopolowy. Rozmowa z Moniką Borys
Magdalena Shummer, „Pijaczki”, fot. Edward Koprowski, dzięki uprzejmości Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie
Jak zbudować wspólnotę, która dowartościuje zabawę, w przyjemności dostrzeże wyzwalającą moc i w sposób bardziej otwarty będzie mówić o seksualności? Disco polo jako pewna formacja estetyczno-obyczajowa oczywiście nie daje nam do tego narzędzi, ale być może uruchamia jakieś potencjały „przegięcia”, ułatwia przekraczanie zastanych norm?

Tomek Pawłowski: W wywiadach, których udzielasz po premierze książki Polski bajer wspominasz, że jesteś z Podlasia, ale nie wiem czy mówisz, że jesteś dokładnie z Mieleszkowiec Pawłowickich. Ja z Kuźnicy, obok.

Monika Borys: Nie mówię, bo ludziom trudno byłoby zlokalizować na mapie Mieleszkowce. To mała wioska, tak mała, że o mniejszą trudno – mieszka tam obecnie około czterdziestu osób. W dzieciństwie jeździłam stamtąd do gimnazjum do Kuźnicy, później wyjechałam do liceum do Białegostoku, a potem na studia do Krakowa.

Już wtedy interesowałaś się disco polo?

Nie przeżywałam pierwszej fali disco polo świadomie, bo byłam małym dzieckiem. Natomiast przypominam sobie dyskotekę Panderoza [okolice Janowa w powiecie sokólskim, przyp. T.P.], do której wszyscy jeździli. Moja mama wspominała o tym miejscu i w mojej głowie Panderoza stała się sercem Podlasia. Już w gimnazjum byłam na występie Toples w Kuźnicy, to był chyba mój pierwszy w życiu koncert. Wtedy wszystkie dziewczyny były fankami Toples, wszystkie śpiewałyśmy piosenkę Ciało do ciała. Pamiętam scenę, jak Toples wjeżdżają pod scenę przy Starej Szkole i dziewczyny rzucają się na ich samochód.

To chyba wtedy wokalista pokazał na scenie dupę. To był skandal, mój wujek opowiadał o tym przy stole rodzinnym i wszyscy byliśmy oburzeni.

Na tych koncertach dzieją się takie rzeczy, jakby występowali co najmniej Stonesi. Skala emocji jest ogromna. Nie mieliśmy w Kuźnicy zbyt wielu koncertów innych gwiazd, dlatego jak przyjeżdżał Toples, to dla ludzi to było naprawdę bardzo ważne wydarzenie, show sezonu. Discopolowcy też mieli poczucie, że są gwiazdami i robili rzeczy, które gwiazdy zwykle robią, czyli na przykład pokazywanie dupy. A ty byłeś na tym koncercie?

Tarzan boye O potencjale przegięcia w wizerunkach discopolowych "Tarzan boyów" we fragmencie książki "Polski bajer" pisze Monika Borys CZYTAJ!

No właśnie nie. Moja rodzina nie chodziła na gminne festyny. Zwykle w tym samym czasie mieliśmy rodzinnego grilla lub gdzieś wyjeżdżaliśmy. Dopiero później, w liceum, jak wracałem do Kuźnicy, zacząłem sam chodzić na te imprezy i je polubiłem.

Nawet w samej Kuźnicy, która jest wioską, istnieją podziały – niektóre rzeczy są uważane za wiejskie czy też „wieśniackie”, a inne nie. Kuźnica bardzo chciała być miastem. Kiedy przyjeżdżałam tu do gimnazjum, to był podział na trzy klasy: stacjonarną i dwie tzw. dojeżdżające. I „stacjonarni” ludzie mówili o nas, że jesteśmy wieśniakami.

Nie ukrywam, że niektóre piosenki czy teledyski disco polo mi się podobają, że coś jest fajne, co z kolei momentalnie wywołuje zarzuty o afirmację i chłopomanię. Myślę, że ten fałszywy, zaklęty krąg podejrzeń o chłopomanię i chłopofobię nie pozwala nam otwarcie dyskutować o kulturze, szczególnie tej związanej z klasą ludową.

Te klasy chyba były trochę przemieszane – w każdej z nich połowa ludzi była z Kuźnicy, a połowa z okolicznych wsi, tylko kierunki autobusów były zawsze przypisane do klasy. Klimówka, Pawłowicze, Popławce.

Tak, ale nawet w samym środowisku wiejskim był podział na wieśniaków i nie-wieśniaków.

W moim przypadku dodatkowym przywilejem było nie tylko to, że jestem z Kuźnicy, ale też to, że moi rodzice są nauczycielami, a stryjek dyrektorem. Więc miałem szczególną pozycję w szkole. No i z tego co pamiętam, nauczyciele za bardzo nie chodzili na te gminne imprezy. Jeździli za to kilka razy w roku na zakładowe wycieczki do teatru, opery lub filharmonii.

Naprawdę?

Tak. Jechali tym samym gminnym autobusem, którym ty codziennie dojeżdżałaś do szkoły. I zabierali też swoje dzieci.

Niesamowite, że są takie różnice mimo tylko kilkukilometrowego dystansu.

Ja z kolei ciebie pamiętam przede wszystkim jako solistkę chóru szkolnego brawurowo śpiewającą podczas dożynek Powrócisz tu Ireny Santor.

Zdecydowanie nie wykonywałam wtedy discopolowego repertuaru. Ale, jak widać, muzyka była od zawsze obecna w moim życiu…

Monika i Tomek na Dożynkach Gminnych w Kuźnicy, wrzesień 2017, fot. P. Biziuk / isokolka.eu, dzięki uprzejmości redakcji portalu isokolka.eu

W którejś z naszych rozmów powiedziałaś bardzo ciekawą rzecz o twoim głosie i tym, jak to doświadczenie go ukształtowało.

To było tak, że muzyka od dziecka była dla mnie sposobem na funkcjonowanie w społeczności. Byłam bardzo długo w scholi i szkolnym chórze. Śpiewałam solowo piosenki religijne i patriotyczne – w kościele i na akademiach upamiętniających historyczne wydarzenia. Mój ojciec mówił, że wyciskam łzy, wyzwalam w ludziach emocje śpiewając patriotyczne pieśni. Przeszłam długą drogę. Teraz jestem ateistką i myślę sobie, że mój głos został zawłaszczony przez tamte przeżycia. Mimo że chciałabym śpiewać, nawet niezobowiązująco, to mam z tym problem. Jakby mój głos należał do jakiejś ideologii, a nie do mnie…

Jakiś czas po twoim wyjeździe przechwyciłem twoją fuchę pierwszej solistki chóru. Śpiewałem te wszystkie kolędy, ballady, bogoojczyźniane solówy. Żeby Polska była Polską.

Serio?

Tak. Dlatego później trudno było mi się odnaleźć w innym repertuarze i cieszyć się moim głosem. Dopiero kilka lat temu, kiedy zacząłem chodzić na karaoke, prawdziwą frajdę znalazłem w discopolowym repertuarze. Tym razem zamiast wyciskać łzy, porywam ludzi do tańca. To jest dla mnie czysta radość. Wcielanie bardzo pozytywnych emocji, nie patosu i cierpienia.

No właśnie, bo to nasze śpiewanie w przeszłości wiązało się z konkretnymi emocjami, które performowaliśmy, mimo że jako nastolatki kompletnie ich nie rozumieliśmy. Masz dziesięć czy piętnaście lat, dostajesz patetyczny repertuar i nie wiesz, jak sobie z tym poradzić. Używasz swojego ciała i głosu – jesteś takim umartwiającym się megafonem, choć przecież na co dzień jesteś radosny i nie obchodzi cię raczej nostalgia za utraconą ojczyzną. Dla mnie to nie jest oczywiste, że przechodzę do porządku dziennego nad dziecięcym, cielesnym zaangażowaniem w ideologię martyrologii i cierpienia.

Dlatego zajęłaś się disco polo?

Nie do końca. Wówczas też odcinałam się od disco polo. W moim domu słuchało się radiowej Jedynki, czasem Trójki. Teraz z kolei słucham bardzo dużo różnej muzyki, jestem świadomą słuchaczką. Zajęcie się disco polo wynikało raczej z chęci przekroczenia wyobrażeń, które zabraniają nam przyjmowania innych postaw wobec „niskich gatunków”.

Okazało się to bardzo medialnym tematem. Dyskusja po premierze książki pokazuje jednak, że uprzedzenia nadal są silne.

Duże zainteresowanie mediów wynika chyba stąd, że ktoś nagle zaczyna mówić o tym obszarze polskiej kultury serio. Niektórzy zakładają, że gloryfikuję tę muzykę, podczas gdy podchodzę do niej badawczo. Oczywiście nie ukrywam też, że niektóre piosenki czy teledyski mi się podobają, że coś jest fajne, co z kolei momentalnie wywołuje zarzuty o afirmację i chłopomanię. Myślę, że ten fałszywy, zaklęty krąg podejrzeń o chłopomanię i chłopofobię nie pozwala nam otwarcie dyskutować o kulturze, szczególnie tej związanej z klasą ludową.

W książce piszesz o historii gatunku disco polo w kontekście przemian ustrojowych i gospodarczych. Bazujesz na materiałach archiwalnych, biografiach twórców i tekstach piosenek. Jak to wygląda na wystawie Disko Relaks, którą kuratorujesz wraz z Bartoszem Wójcikiem w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie?

Opowiadamy o disco polo i transformacyjnej polskości przede wszystkim za pomocą obrazów, a nie na przykład przez pryzmat biografii twórców. Disco polo ma bardzo bogatą i ciekawą kulturę wizualną, analizowanie tego gatunku i związanych z nim obyczajów przez jej pryzmat pomaga nam rozszerzyć kontekst i wpisywać disco polo w różne porządki. Chociaż ekspozycja jest mała, udało nam się także pokazać dzieła z kolekcji Państwowego Muzeum Etnograficznego. Chcieliśmy niejako „skolonizować”, ożywić za pomocą disco polo muzealne archiwum i poszukać punktów styku między discopolową wizualnością a obrazami z kręgu malarstwa naiwnego, zestawić ze sobą „szmirę” i kanon. Zadaliśmy sobie pytanie, czy istnieje coś takiego, jak „discopolowa wyobraźnia”, która przekracza hierarchie estetyczne. Co może łączyć obrazy z kręgu naiwnego i teledyski Shazzy, a co je różni?

„Disco Relaks”, otwarcie wystawy, fot. Marcin Moszyński
„Disco Relaks”, otwarcie wystawy, fot. Marcin Moszyński
„Disco Relaks”, otwarcie wystawy, fot. Marcin Moszyński
„Disco Relaks”, widok wystawy, fot. Marcin Moszyński
„Disco Relaks”, widok wystawy, fot. Marcin Moszyński
„Disco Relaks”, widok wystawy, fot. Marcin Moszyński
„Disco Relaks”, widok wystawy, fot. Marcin Moszyński

 

Niektórzy współcześni artyści i artystki dostrzegają w tej muzyce potencjał różnorodności, który umożliwia przekroczenie norm tak estetycznych, jak i obyczajowych. Pokazujemy na wystawie feministyczną Discopolkę Gangu Śródmieście, występy Polish Diwy, która widzi w disco polo potencjał kłirowy oraz kolektyw Polonia Disco z Eurodankiem, którzy celebrują charakterystyczne dla wczesnego disco polo naiwność i spontaniczność.

Na przykład?

Otwieramy wystawę obrazem Magdaleny Shummer Pijaczki, który przedstawia kobiety siedzące z egzotycznymi zwierzętami na tle monumentalnych budowli. To obraz pełen barw, pozbawiony cieni, z rozproszonym światłem i zaburzoną perspektywą – nie ma proporcji, wszystko jest na nim ważne. Jest w nim jakaś erotyczna aura, nastrój błogości i odpoczynku. Moim zdaniem ma on wiele wspólnego z discopolowymi przedstawieniami, które, choć niejednokrotnie podszyte smutkiem, bardzo często poruszają wątki utopijne, rajskie. Eksploatują na przykład motyw Ameryki i nowojorskie, monumentalne wieżowce.

Co jeszcze pokazujecie na wystawie?

Wystawa podzielona jest na pięć rozdziałów, a jej sercem jest „Feminopolo”, czyli część poświęcona kobietom. Wychodzimy od teledysku Miłość i zdrada Shazzy, który opowiada o denominacji. Nieopodal pokazujemy stare banknoty z PRL-u – na jednym z nich widnieje Maria Skłodowska-Curie, bohaterka teledysku Shazzy, ale też postać z obrazu na szkle Eweliny Pęksowej, zatytułowanego Curie Skłodowska Mądrość. Ułożył nam się z tego poczet Polek i nie tylko Polek, bo jest również Cicciolina, czyli Cycolina, bohaterka piosenki Mydełko Fa. Obok w gablocie umieściliśmy numer „Playboya” z Shazzą i jej kasety z bardzo ciekawymi graficznie okładkami.

Czyli bardzo muzealnie.

Tak, to jakby przekorny ruch wpisania w kanon.

Czemu akurat Shazza?

Jej historia ujawnia wiele napięć na styku estetyki, socjologii i płci. Magdalena Pańkowska, czyli właśnie Shazza, miała w latach dziewięćdziesiątych bardzo wyrazisty wizerunek sceniczny, jeden z najmocniejszych w tamtym czasie w polskiej muzyce popularnej. Pańkowska opowiadała w wywiadach, że Shazza to egipska bogini, która została zesłana na Ziemię, bo za dużo romansowała. W sesji w „Playboyu” próbowano ją trochę ugrzecznić, pozuje tam w bardzo subtelnym wydaniu, w kwiatkach i motylkach. Niedługo potem podpisała kontrakt z dużą firmą fonograficzną Pomaton, wydała popową płytę Jestem sobą, która nie cieszyła się już taką popularnością. Wcześniejszy discopolowy wizerunek opierał się na erotyczno-miłosnych wątkach. Jak piosenka, którą ci kiedyś pokazałam i bardzo ją polubiłeś, czyli Kto mnie zna Katarzyny Ulickiej i Marka Hojdy z tekstem „ja jestem fizyczna, a nie romantyczna”. Wspaniała piosenka, która odzyskuje kobiece pragnienia seksualne i daje im jakiś język.

To chyba jednak nietypowe podejście do kwestii genderowych. Zwykle w piosenkach disco polo są one dużo bardziej standardowe.

Na wystawie przywołujemy fragmenty prozy współczesnych pisarek – Barbary Klickiej i Weroniki Gogoli. Ugenderowiony świat przedstawiony ich bohaterek zbudowany jest między innymi z odwołań do „discopolowej poezji”, na przykład do cytatów z Bayer Full. Ten język przeniknął naszą codzienność i w nas siedzi.

W szerszym horyzoncie zwrot discopolowy polegałby na przekraczaniu różnych klasowych uprzedzeń i myśleniu o różnicy estetycznej w kontekście podziałów. Jakie znaczenie mają dla nas rozmaite snobizmy? Wokół jakich obrazów się jednoczymy? Jak różnice w gustach wpływają na emocje?

Jak można to przekraczać?

W piątym, ostatnim rozdziale zadajemy pytanie o to, co nam z disco polo zostało. Okazuje się, że niektórzy współcześni artyści i artystki dostrzegają w tej muzyce potencjał różnorodności, który umożliwia przekroczenie norm tak estetycznych, jak i obyczajowych. Pokazujemy feministyczną Discopolkę Gangu Śródmieście, występy Polish Diwy, która widzi w disco polo potencjał kłirowy oraz kolektyw Polonia Disco z Eurodankiem, którzy celebrują charakterystyczne dla wczesnego disco polo naiwność i spontaniczność. Wystawę kończy kolaż Sebastiana Winklera, który spróbował na czynniki pierwsze rozłożyć discopolową wizualność. W jego wizji Polska staje się dmuchanym basenem, w którym brodzi Genowefa Pigwa – niemal archetypiczna w rodzimej kulturze figura “chłopa przebranego za babę”.

Wprowadziłaś pewien sposób myślenia i poziom dyskusji na temat disco polo. Cały czas jednak jesteś na pozycji osoby, która musi przekonywać, rozwiewać wątpliwości, mierzyć się z pewną konsternacją i podstawowymi pytaniami, np. o gust. Czy traktujesz to jako pewną misję?

Nie wiem, to chyba za duże słowo. A może powinnam obwieścić discopolowy zwrot?

Na czym mógłby on polegać?

Myślę, że polegałby na otwarciu i łączeniu różnych języków z odmiennych obszarów, np. popkultury i sztuki, karaoke i artworldu.

Sztuka outsiderów jako sztuka współczesna. Przypadek wystawy „Po co wojny są na świecie” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie O przewartościowaniu postrzegania "sztuki naiwnej" pisze Zofia Czartoryska CZYTAJ!

Masz na myśli bycie przaśnym na salonach?

Jest teraz nurt w kulturze, który polega na odzyskiwaniu zjawisk nacechowanych niegdyś przez elity bardzo negatywnie, np. Wixapol, cykl imprez, który przywraca do głównego nurtu techno z Manieczek. To rodzaj jakiejś „nowej szczerości”, która pozwala czytać inaczej niż ironicznie zjawiska obarczone klasistowskim stereotypem. Oczywiście, mamy tu też do czynienia z mechanizmami rynkowymi, z nostalgią, hajpem na post-soviet chic, ale nie tylko. Być może to również kwestia pokoleniowa. Jest coraz więcej osób kształtujących kulturę, które są klasowo inaczej umiejscowione, nie pochodzą z centrum i dodatkowo czują potrzebę wypowiedzi osobistej, nie odcinającej się od korzeni.

Więc najważniejsze byłoby klasowe umiejscowienie twórców?

Nie do końca. W szerszym horyzoncie zwrot discopolowy polegałby na przekraczaniu różnych klasowych uprzedzeń i myśleniu o różnicy estetycznej w kontekście podziałów. Jakie znaczenie mają dla nas rozmaite snobizmy? Wokół jakich obrazów się jednoczymy? Jak różnice w gustach wpływają na emocje? Zwrot discopolowy powinien być refleksją nad estetyką w jej wymiarze politycznym, co wydaje mi się szczególnie ważne w tak mocno spolaryzowanym społeczeństwie. Druga rzecz, o której ostatnio myślę w kontekście disco polo, to jego wymiar wspólnototwórczy. Czy w Polsce możliwe jest, byśmy grupowali się wokół innych afektów niż smutek i żałoba, które nakierowane są na przeszłość? Skala discopolowej euforii świadczy jednak o tym, że Polacy i Polki lubią się bawić. Jak zbudować wspólnotę, która dowartościuje zabawę, w przyjemności dostrzeże wyzwalającą moc i w sposób bardziej otwarty będzie mówić o seksualności? Disco polo jako pewna formacja estetyczno-obyczajowa oczywiście nie daje nam do tego narzędzi, ale być może uruchamia jakieś potencjały „przegięcia”, ułatwia przekraczanie zastanych norm?

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

WystawaDisco Relaks
MiejscePaństwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie
KuratorBartosz Wójcik, Monika Borys
Strona internetowaethnomuseum.pl
Indeks

Zobacz też