05.01.2018

Tylko żarty pozwolą nam przetrwać. Rozmowa z Bolesławem Chromrym

Marta Kudelska
Bolesław Chromry, „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę”
Tylko żarty pozwolą nam przetrwać. Rozmowa z Bolesławem Chromrym
Bolesław Chromry, „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę”
Wszystko to, co narysowałem, przeżyłem na własnej skórze. Zwłaszcza samobójstwa, samospalenia, pobyt w seminarium duchowym i odsiadkę w mamrze. Uważam się za osobę empatyczną, więc chyba umiem słuchać i przede wszystkim wczuwać się w sytuacje, które spotykają moich znajomych, albo o których przeczytałem w internecie.

Marta Kudelska: Masz na coś uczulenie?

Bolesław Chromry: Gdybym był CEO jakiejś sieciowej agencji reklamowej, to oczywiście odpowiedziałbym, że jestem uczulony na fałsz, lenistwo i brak inicjatywy u swoich pracowników. Ale że jestem zwykłym zjadaczem chleba, to go po prostu jem.

Twoja najnowsza książka ma tytuł Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę – teraz praktycznie każdy ma jakieś alergie albo pokarmowe, albo skórne. Mam wrażenie, że te defekty stały się „modne”. Co cię zafascynowało w tym zjawisku?

To, że białe pieczywo dołączyło do innego białego mordercy, czyli cukru, i straszy się dziś nim dzieci jak Mariuszem Trynkiewiczem, czarną wołgą czy buką. Fascynuje mnie przede wszystkim to, że prawdziwa alergia zamieniła się w dobrze sprzedający się produkt. I to, że ludzie, którzy przez całe życie pili hektolitry mleka od krowy zagryzając kajzerki, teraz uwierzyli w swoje nietolerancje, przerzucili się na mleko i chleb z orzecha i twierdzą, że bez glutenu czują się zdecydowanie lepiej. Chociaż oczywiście wcześniej nie czuli się źle.

Kim są bohaterowie Notesu dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę?

Polskie licea plastyczne co roku organizują międzyszkolny konkurs malarski zatytułowany „Pejzaż ludzki”.  Trudno o bardziej pretensjonalną nazwę, jednak nie zmienia to faktu, że ten tytuł odcisnął we mnie piętno i odważę się powiedzieć, że Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę jest pejzażem ludzkim. Tylko takim konkretniej stargetowanym, bo polskim, czyli z tą ludzkością trochę słabiej (śmiech), raczej młodym niż starym, z większego miasta i z kontem na Instagramie.

Świat sztuki jest równie zabawny, jak świat wędkarzy, szachistów, numizmatyków, sympatyków Koziołka Matołka czy kolekcjonerów zużytej bielizny. Przede wszystkim dlatego, że jest mikroskopijny, a co za tym idzie hermetyczny i słabo dofinansowany.

W oparciu o co powstają te historie? Na ile są to twoje własne „przygody”, a na ile opowieści gdzieś zasłyszane?

Wszystko to, co narysowałem, przeżyłem na własnej skórze. Zwłaszcza samobójstwa, samospalenia, pobyt w seminarium duchowym i odsiadkę w mamrze. Uważam się za osobę empatyczną, więc chyba umiem słuchać i przede wszystkim wczuwać się w sytuacje, które spotykają moich znajomych, albo o których przeczytałem w internecie. Często jest też tak, że kompiluję sobie w głowie co ciekawsze smaczki i kleję z nich historie, które mogłyby się wydarzyć i które mogłyby zostać przedstawione w „Kurierze Lubelskim” czy „Kronice” w TVP3 Kraków. Albo w nieodżałowanym „997” Michała Fajbusiewicza.

Bolesław Chromry, „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę”
Bolesław Chromry, „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę”
Bolesław Chromry, „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę”
Bolesław Chromry, „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę”
Bolesław Chromry, „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę”
Bolesław Chromry, „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę”

Niedawno otworzyłeś wystawę Zawsze coś w krakowskiej Galerii Widna. Trochę się tam nabijasz się z tzw. środowiska. Świat sztuki jest taki zabawny?

Świat sztuki jest równie zabawny, jak świat wędkarzy, szachistów, numizmatyków, sympatyków Koziołka Matołka czy kolekcjonerów zużytej bielizny. Przede wszystkim dlatego, że jest mikroskopijny, a co za tym idzie hermetyczny i słabo dofinansowany. No i oczywiście toksyczny, bo wiadomo, że jak jest mało miejsca, to trzeba za wszelką cenę zatroszczyć się o to, żeby ten kawałek podłogi sobie zagwarantować. Zupełnie jak w tej klasycznej weselnej zabawie polegającej na bieganiu wokół znikających krzeseł, które trzeba natychmiast zająć, kiedy muzyka przestaje grać. Cieszy mnie to, że ta wystawa ma miejsce w Widnej, czyli w miejscu prowadzonym przez artystów: Kingę Nowak i Michała Bratko. Jest ono mało krakowskie i jest w nim powietrze, a jak wiadomo, w Krakowie o tlen nie tak łatwo.

Bolesław Chromry, „Zawsze coś”, widok wystawy, galeria Widna
Bolesław Chromry, „Zawsze coś”, widok wystawy, galeria Widna
Bolesław Chromry, „Zawsze coś”, widok wystawy, galeria Widna

Przyznam szczerze, że urzekła mnie praca Ludzie, których nienawidzę. Ona jest chyba takim obrazem w procesie?

Akcja z tym obrazem wymknęła się trochę spod kontroli, bo że ktoś tam się poobrażał i zarzucił mi posługiwanie się językiem nienawiści, to nic, ale dostałem przede wszystkim kilkanaście dramatycznych wiadomości na messengerze o treści „czemu mnie kurwa nie ma na liście?”. Otóż odpowiadam: nie ma, bo nie ma. Ta praca nie miała być ani koncertem życzeń, ani listą ludzi do odstrzału, dlatego pozostanie w niezmienionej formie. Głównie dlatego, że ją sprzedałem i bardzo się z tego faktu cieszę, bo nie będę musiał się martwić o transport tego bydlaka do Warszawy. Ale nie wykluczam kontynuacji. Np. pracy Ludzie, których kocham. Ludzie, z którymi chciałbym się przespać albo Firmy, w których chciałbym pracować. Zwłaszcza ta ostatnia. Łukasz Jakóbiak vibe (śmiech).

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że masz krakowskie naleciałości. Teraz mieszkasz w Warszawie, o której się mówi jako o miejscu, gdzie robi się karierę. Ty na wystawie pokazałeś m.in. szklaną kulę, która nie pozostawia złudzeń co do przyszłości. Warszawa jako stolica artystycznego sukcesu to mit?

Nie wiem za bardzo, czym jest sukces w polskiej sztuce, ale wiem, że Warszawa jest miastem, w którym zarabia się więcej niż w innych miastach w Polsce. I tak, oczywiście jest to patologia, że centralizacja, gentryfikacja, wymierające mniejsze miasta, nierówne szanse, nepotyzm, ale nie będę udawał, że jestem w takiej samej sytuacji, jak miesiąc po obronie dyplomu, kiedy czarna dziura faktycznie wydawała mi się jedyną perspektywą na przyszłość. Mam bardzo poukładane i udane życie prywatne i zawodowe, więc nie będę powielać tego dyletanckiego pierdolenia, że artysta głodny to artysta płodny.

Lubię swoich bohaterów i wbrew temu, co można sobie o mnie pomyśleć – lubię ludzi. Oczywiście nie wszystkich, bo jak wiadomo większości nienawidzę (śmiech). Wszyscy ludzie w jakiś sposób wykluczeni byli i zawsze będą mi bliscy, bo sam niejednokrotnie przekonałem się, jak okrutne może być społeczeństwo.

Czyli już nie jest tak, jak w jednym obrazie z Pokrzyw, gdzie piszesz „Dziatwa próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości”?

Jakoś się w tej rzeczywistości odnalazłem, bo w końcu przyznano mi kredyt hipoteczny, co oznacza, że mam umowę o pracę i jestem dorosłym, poważnym człowiekiem, który w weekend może z czystym sumieniem pojechać do centrum handlowego i nie zastanawiać się, czy kurtkę z Zary uszyły małe rączki w Bangladeszu czy w Turcji.

Patrząc na twoje wcześniejsze publikacje Pojebany człowiek, Renata czy przedostatnie Pokrzywy mam wrażenie, że jesteś bardzo pozytywnie nastawiony do swoich bohaterów. Masz dużą empatię do pijaków, nieudaczników, grubasów, wszystkich tych, którym się nie udało.

To prawda. Lubię swoich bohaterów i wbrew temu, co można sobie o mnie pomyśleć – lubię ludzi. Oczywiście nie wszystkich, bo jak wiadomo większości nienawidzę (śmiech). Wszyscy ludzie w jakiś sposób wykluczeni byli i zawsze będą mi bliscy, bo sam niejednokrotnie przekonałem się, jak okrutne może być społeczeństwo. Ludzie, którym jest trudniej i którzy mimo bombardowania z każdej strony agresywnym kultem sukcesu, białych zębów i podróży do Tajlandii, żyjący według własnych schematów i oczekiwań to prawdziwi bohaterowie, którym należy się szacunek.

Rysunek jest dla mnie formą skończoną, bo często się do niego przygotowuję właśnie w prawdziwym notatniku. Rysuję szybko, z gestem, ale czasem jeden rysunek potrafię powtórzyć kilka razy, żeby osiągnąć efekt, który mnie zadowoli.

Często w wywiadach pytają cię o okres, bądź co bądź, naszego dzieciństwa, czyli lata 90. Ostatnio mamy jakiś wielki powrót tamtych czasów – moda i modne dzieciaki biegające w dresach, meble, muzyka… Czy tobie czegoś brakuje z tamtego okresu?

Urodziłem się pod koniec lat osiemdziesiątych, więc tak się złożyło, że całe moje dzieciństwo rozgrywało się w tych latach. Oczywiście, że mi wielu rzeczy brakuje. Na przykład zespołu Spice Girls, torcików bezowych aka Hiszpanów z prawdziwej bitej śmietany, magazynu „Machina”, wakacyjnej nudy na rozgrzanym asfalcie czy podniecenia związanego z wyprawą do restauracji McDonald’s. Ale nie na tyle, żebym myślał i tęsknił za przeszłością przed zaśnięciem. Te lata wcale nie były takie super. Przypominam, że wtedy ubieraliśmy się na bazarach w ciuchy, które nam się nie podobały, śpiewaliśmy piosenki o Makumbie, a internetu nie było nawet w sferze marzeń.

Bolesław Chromry, „Zawsze coś”, widok wystawy, galeria Widna
Bolesław Chromry, „Zawsze coś”, widok wystawy, galeria Widna
Bolesław Chromry, „Zawsze coś”, widok wystawy, galeria Widna
Bolesław Chromry, „Zawsze coś”, widok wystawy, galeria Widna
Bolesław Chromry, „Zawsze coś”, widok wystawy, galeria Widna
Bolesław Chromry, „Zawsze coś”, widok wystawy, galeria Widna

Porozmawiajmy jeszcze chwilę o twoich rysunkach. Masz bardzo charakterystyczny styl, szybki i dynamiczny. Rysunek jest dla ciebie formą właśnie notatnika?

Nie. Rysunek jest dla mnie formą skończoną, bo często się do niego przygotowuję właśnie w prawdziwym notatniku. Rysuję szybko, z gestem, ale czasem jeden rysunek potrafię powtórzyć kilka razy, żeby osiągnąć efekt, który mnie zadowoli. Podobnie jest z malarstwem, czasami maluję dwa obrazy jednocześnie, bo nie chcę, żeby zaschnięty akryl zniszczył pędzle. W ogóle odkąd przestałem palić papierosy pracuję szybciej, bo nie mam już przewidzianej tej pretensjonalnej przerwy pod tytułem „artysta na dymku zastanawia się nad kolejnym dziełem”.

Nazywasz swoje komiksy powieściami graficznymi. To brzmi tak poważnie…

Komiks brzmi lepiej? Proszę cię… Myślę, że najbliższa nazwa to art book. Ale w polskim tłumaczeniu brzmi to gorzej niż komiks. Może po prostu rysuję książki. Albo opowiadania. Jak kto woli.

Nie unikasz też ważnych i trudnych tematów… W Notesie można znaleźć dużo na temat religii. Ona jest dla ciebie ważna?

Wychowywałem się w katolickim domu w katolickim kraju, więc trudno, żeby ten temat nie był dla mnie istotny. Ale jestem daleki od ludzi, którzy przechodząc obok randomowego kościoła krzyczą „Jebać Rydzyka!”. Mam problem z kościołem, czuję ogromną niechęć do tej instytucji, dlatego postanowiłem sobie ją oswoić żarcikami.

Starasz się też przez żart oswajać trudne tematy. Ksenofobia, rasizm, pedofilia…

Myślę, że tylko żarty pozwolą nam przetrwać. I dzięki nim uda nam się znaleźć odrobinę szczęścia. I odrobinę chleba. Białego oczywiście.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaBolesław Chromry
WystawaZawsze coś
MiejsceGaleria Widna
Czas trwania1.12.2017-21.1.2018
KuratorZofia Małysa
Strona internetowawidna.pl/
Indeks

Zobacz też