Trzeba wiedzieć, kiedy odejść. Rozmowa z Anną Nawrot
Joanna Ruszczyk: Prowadziłaś, razem z Janem Gryką, Galerię Białą przez 40 lat, aktualna wystawa Wyprzedaż kończy jej działalność. Jakie były początki galerii?
Anna Nawrot: Kiedy przyjechałam do Lublina w roku 1979, spotkałam wybitnego nauczyciela Dobrosława Bagińskiego i poznałam grupę przyjaciół, między innymi Janka. Pobraliśmy się, jak wszyscy wówczas. Byliśmy totalnie napaleni na sztukę. Bagiński robił nam wykłady, zabrał nas na Konstrukcję w procesie w Łodzi. Do swojej Pracowni Podstaw Wiedzy Wizualnej na lubelskim Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej zapraszał artystów, którzy przyjeżdżali do galerii Labirynt, prowadzonej wówczas przez Andrzeja Mroczka. Tak poznałam Andrzeja Partuma, Zbyszka Warpechowskiego czy Jana Świdzińskiego, o którym pisałam pracę magisterską. Byliśmy zaprzyjaźnieni z Józkiem Robakowskim, Danutą Wierzbicką czy Ewą Zarzycką.
Po studiach wylądowałam na wsi, bo nie miałam gdzie mieszkać. Pracowałam jako nauczycielka, a Janek zaczął pracę na uniwersytecie. I nagle pojawia się propozycja, że w Lubelskim Domu Kultury można zrobić galerię, bo wyprowadził się stamtąd Andrzej Mroczek z Labiryntem. Zatrudnili mnie pod koniec listopada, czy może na początku grudnia 1984 roku, a pod koniec lutego następnego roku była już pierwsza wystawa – Leona Tarasewicza, kolegi Janka. Tutaj, w pierwszym segregatorze, jest rok 1985. Katalog Leona. Rzeczywistość czarno-biała. O, a tutaj jest zdjęcie z performance Małgosi Rysz.
Co ona na nim robi?
Zamraża mięso. To czas, kiedy mięso było na kartki. I do tego stoją stopy odlane w wosku. A to dokumentacja wystawy prac podarowanych Muzeum Sztuki w Łodzi przez Josepha Beuysa z 1986 roku. Było dużo stresu, bo cenzura postanowiła ją zamknąć z powodu Apelu o alternatywę z 1978 roku, którego kserokopię powiesiliśmy w korytarzu, choć był to tekst wycofany z rozpowszechniania. Zdjęliśmy tekst, ale został przytoczony w obszernych fragmentach przez kuratorów podczas otwarciach wystawy.
Duża różnorodność. Artyści lokalni i zza granicy, debiutanci i sławy. Co wyróżniało wystawy w Białej? Coś je łączyło?
Sporo się tułaliśmy po różnych miejscach, pewnie dlatego, że wyjątkowo ceniliśmy wystawy site-specific, dedykowane miejscu. Takie wystawy są charakterystyczne, nieprzenośne. Najbardziej wspominam te w jakiś sposób totalne, bo wymagające wielkiego zaangażowania i podjęcia ryzyka. Najbardziej Bilans – balans z 1993 roku, zorganizowany w oficynie budynku CK, w 20 kameralnych salach na trzech kondygnacjach i z krętą klatką schodową; wystawy Roberta Kuśmirowskiego i Bogny Burskiej w 2002 roku, Nową Białą z 2005, Remont generalny z 2008, Leona Tarasewicza z 2013, kiedy na podłodze Dolnej Sali została wyłożona łąka, która w środku zimy zakwitła. I może tę niedawną, Sebastiana Kroka.
Przez galerię chcieliśmy tworzyć swoje środowisko, alternatywne do Labiryntu Mroczka. Dlatego na początku były to głównie wystawy młodych i nieznanych zupełnie w Polsce artystów z Zachodu.
Na czym w przypadku Białej polegało bycie galerią autorską?
W 1997 roku zrobiliśmy cykl Nowe przestrzenie sztuki, na który przyjechały do Lublina galerie z całej Polski. Niestety nie mieliśmy gdzie zrobić wielkiej wystawy, więc każda galeria zaproponowała prace jednej osoby. Były wykłady, publikacja z tekstami krytyków. Grzegorz Klaman i Aneta Szyłak mówili na przykład o stoczni, o Wyspie, o tym, jaka sztuka ich interesuje — wolnościowa, związana z Solidarnością. Nas interesowała lubelska tożsamość. Janek miał wizję galerii anty-centralnej i był w tym radykalny. Zostaliśmy wtedy bardziej zauważeni, zaczęli przyjeżdżać do nas artyści z Polski. Na początku wydawało nam się, że nie damy rady w kontekście ogólnopolskim. Może to były jakieś kompleksy? Przez galerię chcieliśmy tworzyć swoje środowisko, alternatywne do Labiryntu Mroczka. Dlatego na początku były to głównie wystawy młodych i nieznanych zupełnie w Polsce artystów z Zachodu.
Jak pracowaliście z artystkami i artystami? W wydanej właśnie publikacji, wspomnieniA, będącej podsumowaniem działalności Białej, piszesz, że najbardziej liczyli się artyści i artystki. Nie zgadzasz się z poglądem, że dużo zależy od kuratora.
Wystawy na następny rok planowaliśmy we wrześniu. Pisałam list intencyjny z zapytaniem o chęć udziału w wystawie – kilka zdań, o co chodzi i kogo zapraszam, jeśli to była wystawa zbiorowa. Zostawiałam artystom i artystkom absolutną wolność wyboru prac. Taką przyjęłam zasadę. Nie ingerowałam. Artystki i artyści wiedzą lepiej. Nie jestem kuratorką, która decyduje, jakie chce pokazać prace. Rozstrzygałam głównie o przestrzeni i decydowałam, gdzie co ma stać, wisieć, itd. Ta rola jest ważna, bo tworzy narracje, układa różne wątki wystawy. Ale nie wiedziałam do końca, jakie będą prace na wystawie i jak je zestawiać, dopóki ich nie zobaczyłam. Był jeden wyjątek: Edward Dwurnik. Chcieliśmy mu zrobić dużą wystawę, pojechaliśmy do niego do pracowni, a on mówi: „Bierzcie, co chcecie!”. Wtedy zostaliśmy w pewnym sensie przymuszeni do decyzji. Jaka to była presja! Artysta z takim dorobkiem. Chcieliśmy się wykazać, wzięliśmy to na barki. Zrobiliśmy dużą wystawę, Edzio był zadowolony. Mieliśmy zresztą chyba jako pierwsi pomysł na podwójne wystawy, to było z 25, a może nawet 30 lat temu. Zrobiliśmy wystawę Nikifor-Dwurnik. W ostatni dzień jej trwania przyjechał Adam Michnik, był zachwycony i dzwonił, żeby ktoś przyjechał z „Wyborczej” i ją opisał, ale ona na drugi dzień już się zamykała.
Jaką mieliście misję?
Żeby pokazywać artystów poszukujących. Takich, którzy nie wpisują się w obowiązujące schematy. Najpierw Poznań miał swoją słynną szkołę za Kozłowskiego, potem była Kowalnia w Warszawie. Janek wymyślił, trochę jakby w odpowiedzi na to, wystawę i sesję Transgresja wyobraźni z udziałem pracowników z wyższych uczelni artystycznych i uniwersytetów – na temat niekonwencjonalnych metod kształcenia. Zrobił m.in. wystawę Malarki w 2015 roku, która była wielką manifestacją młodej sztuki kobiet, potwierdzającą przeczucia o narastającym znaczeniu tej sztuki, czy Mam to z głowy z udziałem m.in. Moniki Drożyńskiej, Jadwigi Sawickiej i mojej siostry Ireny Nawrot. Każda z wystaw, niezależnie czy wielka czy kameralna, była ważna.
Artyści dali się zajebać rynkowi, nie mieli wyboru. Uważam, że honoraria powinny być porównywalne i wyższe od pensji dyrektorskiej w instytucji. W Białej artyści mieli honorarium wyższe niż moja pensja, oczywiście od pewnego momentu, bo w latach 80. i dwie dekady dalej nie było tego tematu. Dzisiaj artysta dostaje honorarium, hotel. Ale artyści i artystki często mi mówili, że nigdy tyle nie dostali, co u nas, choć mieli wystawy w ważnych instytucjach. Bo tam dostawali… prestiż.
Zrobiliście platformę dla młodych artystów i artystek. Ile macie na koncie odkryć, która z tych pokazanych u was osób odniosła sukces?
Sporo. Patrz na segregatory: Mirosław Maszlanko, Wojciech Gilewicz, Bogna Burska, Robert Kuśmirowski, Krzysztof Sołowiej, Robert Maciejuk, Mariusz Tarkawian, Michał Stachyra… Jak debiutant wróci w sławie, jest to wielka satysfakcja dla galerii. Janek, jako nauczyciel akademicki na Wydziale Artystycznym, miał kontakt ze studentkami i studentami i prowadził przez lata cykl wystaw w ramach programu Młode Forum Sztuki. Z czasem wydzieliliśmy osobne przestrzenie, dość kameralne, na wystawy młodych. Otwieraliśmy dwie wystawy jednocześnie, to był pomysł na publiczność, która się mieszała. Łączenie pokoleń, budowanie dialogu. Ostatnia wystawa młodych odbyła w 2014 roku, a ostatnią wystawę w Białej w ogóle Janek zrobił w 2018 roku – Moniki Chlebek i Dawida Czycza.
Masz możliwość porównania świata sztuki za PRL-u, podczas transformacji i teraz. Jak to widzisz? Katarzyna Kozyra kiedyś powiedziała, że „rynek zajebał sztukę”.
Nie rynek, tylko artyści dali się zajebać rynkowi, nie mieli wyboru. Uważam, że honoraria powinny być porównywalne i wyższe od pensji dyrektorskiej w instytucji. W Białej artyści mieli honorarium wyższe niż moja pensja, oczywiście od pewnego momentu, bo w latach 80. i dwie dekady dalej nie było tego tematu – artyści, którzy mieli w Białej wystawę, spali u nas w domu, byli przez kilka dni częścią naszej rodziny, przyjeżdżali za darmo i nic z tego nie mieli. Dzisiaj artysta dostaje honorarium, hotel. Ale artyści i artystki często mi mówili, że nigdy tyle nie dostali, co u nas, choć mieli wystawy w ważnych instytucjach. Bo tam dostawali… prestiż. Wciąż mało kto podchodzi z szacunkiem do twórczyń i twórców. W Białej sami malowaliśmy ściany, oprawialiśmy obrazy, montowaliśmy wystawy – po to, żeby mieć pieniądze na honoraria. Gdybym wynajęła ekipę i osobę do pilnowania, to by nie było pieniędzy. Byłam w galerii niemal codziennie, też w sobotę. To była moja decyzja. Jestem przeszczęśliwa, że dałam radę przez te wszystkie lata. Tylko raz odwołałam wystawę i to nie ze swojej winy. Kierowca pojechał „żukiem” i czekał kilka godzin pod domem-pracownią w mrozie i wrócił, bo artysta – bardzo znany, ale nie zdradzę kto – nie pojawił się. Nie było wtedy telefonów komórkowych. Na drugi dzień artysta zadzwonił i powiedział, że miał melancholię. I wtedy odwołałam jego wystawę.
Jesteś przeciwniczką galerii komercyjnych? W książce wspomnieniA kilka razy o tym piszesz, nazywasz to nawet sprzedajnością.
Absolutnie nie jestem! Artysta musi przecież z czegoś żyć. Sama się zastanawiam, czy nie zająć się sprzedażą, bo przecież nie będę teraz siedzieć przed telewizorem. Jest tylko jeden warunek: żeby artyści, wiążąc się z galerią, mieli wolność, a nie byli zobligowani do tworzenia. Sztuka się nie rozwija, jeśli młody człowiek podpisuje jakiś glejt i musi produkować pod sprzedaż. Ale to są już decyzje samych artystów i artystek.
Piszesz też, że publiczność jest dla ciebie ważna. Podglądałaś ją nawet czasem na monitoringu, który masz na biurku. Nie głupio ci?
Podglądam! A jak się za bardzo przytulają, to wchodzę i mówię o tym monitoringu, żeby wiedzieli, choć jest oznaczenie. Czasem dzieci biegają po galerii, bo przestrzeń ich porywa, a rodzice są bardzo tolerancyjni i muszę im osobiście zwracać uwagę, że to w ich interesie, bo jakaś praca kosztuje na przykład 50 tysięcy, a może spaść. To dla mnie bardzo krępujące, bo oni wtedy myślą, że ja ich tutaj nie chcę. Czasami rodzicom się wydaje, że można wszystkiego dotykać, jak na wystawach dla dzieci.
Zrobiłaś wystawę dla kobiet, które przychodziły z dziećmi do Centrum Kultury, ale nie wchodziły do galerii. Zachęciłaś je tapetując galerię gazetami kobiecymi z modą i gotowaniem, ale dalej był pokoik z albumami świetnych, odważnych artystek, na przykład Mariny Abramović.
I rozpaliłam ogień w kominku.
Ognisko domowe.
Kobiety czytały „Tiny”, nawet studentki z historii sztuki, które przychodziły na wystawy.
Żegnasz się z Białą wystawą Wyprzedaż. Co się na nią składa?
65 czerwonych obrazów, które zrobiłam na swoje 65-te urodziny i powiesiłam w bloku jako jeden. Oraz 40 kolorowych na urodziny Białej – taki przekrzywiony Fangor. Wydzierganie takiego jednego obrazka zajmuje mi cztery-pięć dni.
Skąd ta potrzeba dziergania?
Włóczka jest miła, przyjemna, bardzo plastyczna. Zaczęłam robić te formy, żeby zająć głowę. Terapeutycznie. Robiłam je dzień w dzień, a właściwie wieczorem i nocą, systematycznie.
Wyszyłaś też słowa odnoszące się do trudnych przeżyć, emocji: agresja, ból, lęk…
Częściowo hafty są zrobione maszynowo. Powstały na podstawie abecedariusza, którego nauczył mnie mój tata. Postanowiłam znaleźć jedno istotne słowo zaczynające się na konkretną literę. A jak agresja. B – ból. C to coś. D – dom. I jak ironia itd. Te słowa definiują to, co się wydarzyło, moje doświadczenia, ale nie zawsze są autobiograficzne. Po prostu są dla mnie ważne. Może dla innych też. W kolejnych salach jest manekin z upiętymi na nim krawatami i mój fartuszek szkolny z 1969 roku. Wyszyłam na nim imiona koleżanek. Niektóre już nie żyją. W tamtych szkolnych czasach dziewczynki były tłamszone. Były też kary cielesne.
Kojarzy mi się to trochę z filmem Jak tresuje się dziewczynki Zbigniewa Libery.
Dzisiaj starsze kobiety, takie 65-latki jak ja, są wykluczane. Wszystko na tej wystawie tak naprawdę jest o kobiecie – z perspektywy osobistej, mentalnej, społecznej.
Zawsze, kiedy zapowiadałam wystawę w Białej, to zakrywałam twarz pracą, czy grafiką przygotowaną jako plakat na wystawę. Tak pokazywałam, że ważne jest to, co będzie na wystawie, a nie wygląd artystki czy artysty. Takie anty-selfie.
W latach 80. robiłaś minimalistyczne prace w bieli, a teraz, na koniec Białej, pokazujesz kolorową, krzykliwą wystawę. Biel – czystość, pustka, spokój, higiena, duchowość, carte blanche, minimalizm, początek… Wymieniasz te słowa w wspomnieniAch.
Prace z lat 80. były związane z gestem. Brałam prześcieradło i je darłam, rozdzierałam, kaleczyłam – przebijałam ostrymi szkłami. Wówczas powstawały piramidy i inne formy w różnych, często monumentalnych, konfiguracjach. Pisałam też teksty. To miało intymny, nieco poetycki charakter. Byłam wtedy zafascynowana sztuką konceptualną i performance. Z dokumentacji tych prac zrobiłam teraz kolaż, bo jedyne, co mi z nich pozostało, to właśnie te fotografie. Ten przełom, odejście od bieli, nastąpił, kiedy zaczęłam chodzić po szmateksach i kupować najpierw krawaty, a z czasem wzorzyste tkaniny. To się już pojawiło na wystawie Coś się kończy, bo coś się zaczyna, którą zrobiliśmy z Jankiem. Były sztuczne kwiaty i krawaty, pokazałam też prace szydełkowe – nazywam je wyrobami rękodzielniczymi. Chciałam tym pracom nadać trochę kiczowaty, makatkowy charakter – niepotrzebnej dekoracyjności, ozdobności. To są po prostu rzeczy, które nieustannie produkuje świat. Korzystam z tego nadmiaru i stąd moje zapożyczenia. Mam dużo pięknych tkanin. Tam jest na przykład ukraińska haftowana poduszka.
Wyszyłaś na niej słowo „ból”.
Praca powstała po wybuchu wojny. Wisi sama na dużej ścianie. Jest dość mała i wymusza, żeby do niej podejść.
Dlaczego na plakacie do wystawy zasłaniasz się czerwonym kwadratem?
Zawsze, kiedy zapowiadałam wystawę w Białej, to zakrywałam twarz pracą, czy grafiką przygotowaną jako plakat na wystawę. Tak pokazywałam, że ważne jest to, co będzie na wystawie, a nie wygląd artystki czy artysty. Takie anty-selfie. Przez lata raczej odsuwałam się od pokazywania swoich prac, choć też, jak była możliwość, nie odmawiałam. Najważniejsze było dla mnie prowadzenie Białej. We wspomnieniAch jest kalendarium wystaw – jakby to był maszynopis, to miałoby 27 stron. Prowadzę też dokumentację od pierwszej wystawy Leona Tarasewicza w 1985 roku, do tej mojej teraz, ostatniej.
Zacne archiwum.
Zobacz: zaproszenie, ulotka, jakiś faks wysłany, wycinki z gazet. Opisywałam fotografie prac, zdjęcia z wernisaży. Wszystko w formie papierowej. Mam ponad 160 tych segregatorów. Pochodzę z Galicji i u mnie musi być porządek. Zamierzam to archiwum oddać do działu dokumentacji sztuki XX i XXI wieku PAN. Będzie w takiej formie jak teraz, bo forma papierowa przetrwa, a cyfrowa – może zaraz będzie trzeba płacić za każdy dostęp albo przepadnie? Czeka mnie porządkowanie tych archiwów. To lata 1985–2025 czyli pełne 40 lat. To będzie okazją do oczyszczania i pożegnania się z miejscem i osobami, które odwiedzały galerię jako twórcy i widzowie.
„Galeria jest miejscem upowszechnienia dzieł artystów i artystek. Bez ich pracy i wysiłku żadne miejsce zwane galerią nie istnieje” – to zdanie z mojego ostatniego przemówienia. Zostawiam to miejsce wolne. Kibicuję mu.
We wspomnieniAch piszesz, że było ponad 500 wystaw!
Wyszło mi, że 520 i ponad 700 artystek i artystów. Przestrzeń galerii jest taka duża od 2013 roku, wcześniej tułaliśmy się po różnych miejscach i salach, robiliśmy też wystawy w innych miejscach Polsce i za granicą. W 1994 roku Biała miała zaledwie 36 metrów i wtedy zrobiliśmy na przykład wystawę na całej powierzchni w Bunkrze Sztuki w Krakowie (wtedy to było jeszcze BWA). Myślę, że to nie wielkość galerii ma znaczenie. We WspomnieniAch też jedynie sygnalizuję niektóre wydarzenia, osoby, fakty.
Biała znika z artystycznej mapy Lublina i Polski. Nie kusiło cię, żeby jednak oddać galerię w ręce zaufanej osoby, kogoś, kto zapewni jej kontynuację?
Myślę, że lepiej byłoby stworzyć nową koncepcję galerii, żeby nowe osoby miały poczucie, że robią swoje, nowe, a nie ciągną coś starego, mojego, kiedy ja żyję. To niezdrowe. Powstanie więc nowa galeria, ale nie mam wiedzy jaka i nie chcę mieć, żeby nie podsuwać żadnych rozwiązań. Ale są wypracowane w Galerii Białej standardy, o których wszyscy wiedzą. „Galeria jest miejscem upowszechnienia dzieł artystów i artystek. Bez ich pracy i wysiłku żadne miejsce zwane galerią nie istnieje” – to zdanie z mojego ostatniego przemówienia. Zostawiam to miejsce wolne. Kibicuję mu.
Czujesz smutek?
Trzeba wiedzieć, kiedy przestać i odejść. Mam przykłady szefów różnych miejsc, którzy byli schorowani, a nie odpuścili. Poprzysięgłam sobie, że nie będę się trzymała pazurami tego miejsca. Druga rzecz. My, czteroosobowy zespół: Katarzyna Bartnik-Daniel, Piotr Wysocki, Agata Zwierzyńska i ja, robiliśmy wszystko sami. To nie do końca wygląda dobrze, kiedy 65-latka na drabinie maluje ściany w galerii.
Joanna Ruszczyk – dziennikarka, popularyzatorka sztuki. Współpracuje z tygodnikiem „Newsweek Polska”. Współautorka książki Lokomotywa/IDEOLO. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i Kuratorskie Studia Muzealnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim.
WięcejPrzypisy
Stopka
- Osoby artystyczne
- Anna Nawrot
- Wystawa
- Wyprzedaż
- Miejsce
- Galeria Biała, Lublin
- Czas trwania
- 14.11–31.12.2025
- Fotografie
- Piotr Wysocki
- Strona internetowa
- biala.art.pl/
- Indeks
- Andrzej Mroczek Andrzej Partum Anna Nawrot Bogna Burska Danuta Wierzbicka Dobrosław Bagiński Edward Dwurnik Epifaniusz Drowniak (Nikifor) Ewa Zarzycka Galeria Biała w Lublinie Jan Gryka Jan Świdziński Jarosław Kozłowski Joanna Ruszczyk Józef Robakowski Krzysztof Sołowiej Leon Tarasewicz Mariusz Tarkawian Michał Stachyra Mirosław Maszlanko Robert Kuśmirowski Robert Maciejuk Wojciech Gilewicz Zbigniew Warpechowski




