Taty nie ma w domu. „Wszystkie dzieci nasze są” w Galerii Arsenał w Białymstoku
Wszystkie dzieci nasze są to wystawa tematyczna poświęcona dzieciom (kuratorki: Jitka Hlavackova, Zuzana Stefkova, Eliza Urwanowicz-Rojecka). Wystawa jest dobra i warta obejrzenia w najprostszym sensie tego słowa – to znaczy, że suma prac zgromadzonych w Galerii Arsenał mówi więcej niż wszystkie z nich pojedynczo. I choć być może nie mówi wyłącznie tego, co chciałyby powiedzieć kuratorki, całość prowokuje i ciekawi. Kim są dzieci w społeczeństwie, jak o nich myślimy, jak i dlaczego nasze myślenie o dzieciach się zmienia? Gdy się tu wchodzi, nie da się od tych pytań uciec.
A kwestia dzieci i dzietności jest paląca. Jest bowiem tak, że mamy i będziemy mieli dużo ludzi starych i coraz mniej dzieci. W kontekście średniej populacji Polski obydwa te stany wydają się warte refleksji i użycia kogoś (na przykład artystów), by się nimi zajął. Starość czeka wszystkich, z dziećmi być może już nigdy nie spotkamy się w takiej skali, jak społeczeństwa ze wskaźnikiem dzietności powyżej dwóch. Szkołę w pobliżu zamkną, nie zobaczymy już chmary dzieci na podwórku i nie będziemy ich przepędzać spod okna, bo już dawno tam nie hałasują. Dlatego dzieci stają się tak interesujące – nawet jeśli ktoś nie uznaje za wartość dzietności i zastępowalności demograficznej. Po prostu pewna kategoria ludzi staje się kimś szczególnym dla pozostałych kategorii. Szczególnym, bo, między innymi, rzadkim.
Dlaczego to akurat na wystawie Czeszki mówią nam o dzieciach. Czy Czeszki wiedzą coś więcej?
Do wyrażenia tej refleksji zaproszono – poza trzema wyjątkami – artystki. Z jakiegoś powodu większość z nich pochodzi z Czech, jednak w obfitym tekście wprowadzającym brakuje informacji o tym, dlaczego to akurat Czeszki mówią nam o dzieciach. Czy Czeszki wiedzą coś więcej? Oglądamy więc prace Lucii Dovičákovej, Dagmary Hochovej, Lenki Klodovej, Evy Koťátkovej, Markéty Magidovej, Tamary Moyzes i Věry Duždovej Horváthovej z Roma Black Panthers, Pražských matek, dalej Lucie Rosenfeldovej i Kateřiny Šedé. Jest to zatem wystawa, którą śmiało można nazwać czeską, i to mimo obecności Karoliny Balcer, Anety Grzeszykowskiej, Rafała Milacha (Archiwum Protestów Publicznych) oraz Jaśminy Wójcik i dwójki ukraińskich gości, Yaremy Malashchuka i Romana Khimei.
Mam dwie obserwacje, wokół których organizuje się moje przeżywanie tej wystawy. Pierwsza dotyczy układu ekspozycji, jej rozpięcia pomiędzy kilkoma salami, a druga – nieobecności artystów – to znaczy mężczyzn (jako rodzynek występuje Rafał Milach oraz Malashchuk i Khimei, mamy więc stosunek 13 do 3, a nawet, z uwzględnieniem kuratorek, 16 do 3).
Zacznijmy od układu. Otóż na wystawę wchodzi się niejako w samym środku, bo po wyjściu z klatki schodowej można na nią skręcić w lewo lub w prawo, do jednej z dwóch głównych sal. Co więcej, obie z tych sal są zaopatrzone w sale peryferyjne, jakby dodane do głównych jako komentarz; w końcu, po minięciu tych dwóch głównych pomieszczeń i poznaniu komentarzy do nich, trafia się do dwóch ostatnich, mniejszych i skrajnych pomieszczeń, które z prawej i lewej strony tę wystawę zamykają. Stanowią nawias, klamrę – punkty, które określają całość.
Piszę o tym, bo ułożenie prac w salach to niewidoczna na ogół robota, która jednak tworzy (powinna tworzyć) widzowi obraz całości, a której efekty czujemy (powinniśmy czuć) jeszcze długo po tym, jak wyjdziemy z galerii. I tu jest ona zrobiona wyjątkowo. Otóż w tych dwóch salach, które z prawej i lewej wieńczą pokaz, nie ma tematu dzieci, są już nastolatki. To kobieta i mężczyzna, chłopak i dziewczyna. Jak można by myśleć (jesteśmy na wystawie o dzieciach), to z nich, z tej twórczej w domyśle pary, biorą się dzieci, ale… czy powstaną?
W kobiecym krańcu widzimy figurę wielkości człowieka, czyli Zapowiedź – czarną lalkę autorstwa Anety Grzeszykowskiej, przed którą (lalką) leży jakby odrzucona głowa. W sali naprzeciwko, męskiej, mamy natomiast urzekające wideo Malashchuka i Khimei, a to za sprawą postaci występującego przed kamerą bohatera. To Yarik, nastoletni chłopak z Ukrainy, który operuje robotem wojskowym (robot jest podobny do psa, można obejrzeć takie roboty na filmach firmy Boston Dynamics) po Zaporożu, mieście z którego musiał emigrować ze względu na wojnę. Chłopak „odwiedza” opuszczoną szkołę, nadrzeczną plażę, dom. Jest tą wizytą w swoim miejscu pochodzenia zafascynowany i obecny może bardziej „w robocie” niż w ludzkim wymiarze tej sytuacji.
Figury chłopaka i dziewczyny dzieli na wystawie ledwie kilkadziesiąt metrów, ale mam poczucie, że obie prace (figura i wideo) nie mogą się spotkać, że z tej mąki nie będzie już chleba, nawet jeśli od tej dwójki – operatora robota i nastolatki – bije klasyczna estetyczna przyjemność oglądania pięknych ludzkich ciał. Proporcje ciała nastoletniej dziewczyny i uroda chłopięcej twarzy są sobie pisane, ale niemożliwe do zjednoczenia. To wspaniała metafora stworzona przez autorki wystawy. Zajęcie się przez chłopaka robotem, a zarazem exodus z jego rodzinnej ziemi uzmysławiają, że to, co jest warunkiem tworzenia – zakorzenienie w kondycji ludzkiej, a także konkretnym miejscu i czasie – skończyło się na rzecz tego wszystkiego, czego metaforą stały się roboty – złowrogiej sztucznej inteligencji, korporacji, wojen. Po drugiej stronie stoi dziewczyna, jeszcze – a może już – bez twarzy, bo twarz, wraz z drugą głową, leży przed nią na podłodze jak piłka. To, jak chce tytuł, zapowiedź. Ale czego? Wejścia w społeczeństwo i w ten sposób zyskania twarzy, dostosowania się (twarz na dodatkowej głowie jest zrobiona ze świńskiej skóry), a może odrzucenia przez dojrzewającą kobietę tego, czego od niej oczekiwano. A więc dostosowania się – także reprodukcji. Tego Grzeszykowska nie mówi, ale poczucie, że ta para ma tak duże samodzielne problemy, że nigdy się nie spotka – zostaje. Zaś pomiędzy nimi, no właśnie, pomiędzy nimi w tych przechodnich salach z amfilady jest morze prac o dzieciach.
Mężczyźni występują tylko w jednej pracy i są przedstawieni w specyficzny sposób: są nadzy i uprawiają seks ze swoimi partnerkami.
Nim o nich opowiem, dotknę drugiej sprawy, która mnie poruszyła. Wspominałem, że na wystawie jest tylko trzech mężczyzn. Ale to nieprecyzyjne stwierdzenie. Duet z Zaporoża został ustawiony w strukturze całości tak, że – za sprawą nastolatka Yarika – reprezentuje raczej chłopięcość niż męskość. Wszystkie dzieci z tytułu wystawy są więc kobiet – artystek i kuratorek – ale już nie mężczyzn. Być może praca Adama Rzepeckiego Projekt pomnika Ojca-Polaka byłaby tu nie od rzeczy. Pracy tej lub podobnej, ale o mężczyznach i dzieciach. Bo… my też mamy dzieci.
Co więcej, mężczyźni występują tylko w jednej pracy i są przedstawieni w specyficzny sposób. Reszta, a w zasadzie wszystkie postacie ludzkie – to same kobiety i dzieci. Jedyni pokazani na wystawie mężczyźni są nadzy i uprawiają seks ze swoimi partnerkami. Ale aby to odkryć, trzeba zajrzeć w oczy dzieci, jakby do środka lightboxów, które świeciły tylko dwoma wyciętymi otworami w miejscu na oczy, bo cała powierzchnia tych świecących skrzynek była poza tym zadrukowana i zasłonięta postaciami małych dzieci. Wspaniałe.
To praca Lenki Klodovej i zarazem idealne wyobrażenie sceny pierwotnej dramatu ludzkiego. Jednak w dalszej części wystawy mężczyźni gdzieś giną. W tej samej sali mamy za to pracę Karoliny Balcer o jej zapłodnieniu in vitro.
Wszystko to przekłada się na sposób, w jaki wystawa postrzega rodzicielstwo – jako macierzyństwo. I tu znów działa znakomity układ ekspozycji. W salach na lewo od schodów obcujemy z tematyką dzieci niejako mediowaną przez perspektywę matek. Jest zatem film o aborcji w Czechach (Lucia Rosenfeldova), są protesty kobiet z Pragi z 1989 (ruch Prazskie matki) i praca opiekuńcza, pięknie pokazana przez Lucię Dovičákovą (Madonna z dzieciątkiem ma tu rozdzieraną, wykrzywianą i gniecioną przez małego Jezusa twarz). W salach na prawo (które kończą się na pracy z robotem) mamy do czynienia z pojęciem dzieci mediowanym przez świat dużej i bezlitosnej polityki, świat – chciałoby się rzec – publiczny, męski, ale przedstawiony tu raczej jako metaforyczny żywioł, gdzie dzieci są zaledwie pianą w wirach światowych procesów migracji (kilkadziesiąt czerwonych kamizelek ratunkowych w rozmiarze XXS ustawionych w rzędach przez Katerinę Sedę), stereotypizacji grup społecznych (gorzka ironia odnośnie stosunku do dzietności Romów w Czechach w pracy Supermama Moyzes i Horváthovej) i systemowego wdrażania w społeczeństwo przez szkolną edukację (film Koťátkovej Żołądek świata, który kończy się szkolną wycieczką dzieci na… wysypisko śmieci). Jakby i w tym świecie ojciec rozpuścił się, zredukowany do pewnego krajobrazu, obcego morza, które połyka dzieci uchodźców, czy zdeprawowanych mediów, które niszczą każde rodzinne dobro. Ojciec, złowrogi demiurg i zarazem deus otiosus.
Znaczący brak prac o tacierzyństwie to więc albo wyraz gniewu, albo wyrażona nieświadomie pustka, której zapełnienia domagają się organizatorki.
Gdy wybieramy swój kierunek zwiedzania – macierzyństwo lub nieobecne tacierzyństwo – wybór został już w istocie dokonany – przez kuratorki. Być może Wszystkie dzieci nasze są to oskarżenie patriarchatu, że nas wszystkich tak urządził i poniekąd zabrał także dzieci. Kuratorki wyraźnie stoją za feministyczną wizją macierzyństwa i podkreślają znaczenie pracy reprodukcyjnej. Znaczący brak prac o tacierzyństwie to więc albo wyraz gniewu, albo wyrażona nieświadomie pustka, której zapełnienia domagają się organizatorki. Jest to wymowne. Jak cała ta mądra i – nawet jeśli nie do końca świadomie – głęboka wystawa.
A zatem, prawo czy lewo? Nim zdecydujemy się, w którą stronę iść, jeszcze na klatce schodowej witają nas Sztandary Jaśminy Wójcik, zrealizowane z dziećmi podczas warsztatów w Białymstoku. Na sztandarach wyszyte są hasła podkreślające niezależność dzieci, na przykład: To ja układam własną drogę przez życie. To podejście zgodne z zamierzeniem ideowym wyrażonym w katalogu. Dajemy dzieciom głos. I być może jest to myśl, którą delikatnie i daleko, ale przywołują prace Grzeszykowskiej (nastolatka) oraz Malaschchuka i Khimei (nastolatek) z krańcowych sal. Jeśli zawierzymy najpierw pragnieniom kontaktu i miłości dzieci, a potem rosnącym pragnieniom seksualnym nastolatków, świat zostanie kolejny raz, na jeszcze jedno pokolenie, ocalony przed opresją społeczeństwa. Trzymam za nich kciuki.
Wojciech Albiński – Miłośnik sztuki
WięcejPrzypisy
Stopka
- Osoby artystyczne
- Karolina Balcer, Lucia Dovičáková, Aneta Grzeszykowska, Dagmar Hochová, Lenka Klodová, Eva Koťátková, Yarema Malashchuk i Roman Khimei, Markéta Magidová, Rafał Milach / Archiwum Protestów Publicznych, Tamara Moyzes i Věra Duždová Horváthová / ROMA BLACK PANTHERS, Pražské matky, Lucie Rosenfeldová, Kateřina Šedá, Jaśmina Wójcik
- Wystawa
- Wszystkie dzieci nasze są
- Miejsce
- Galeria Arsenał w Białymstoku
- Czas trwania
- 26.06–30.08.2026
- Osoba kuratorska
- Jitka Hlaváčková, Zuzana Štefková, Eliza Urwanowicz-Rojecka
- Fotografie
- Jan Szewczyk
- Strona internetowa
- galeriaarsenal.pl/wystawy/wszystkie-dzieci-nasze-sa/
- Indeks
- Aneta Grzeszykowska Archiwum Protestów Publicznych Dagmar Hochová Eliza Urwanowicz-Rojecka Eva Kotátková Galeria Arsenał w Białymstoku Jaśmina Wójcik Jitka Hlaváčková Karolina Balcer Kateřina Šedá Lenka Klodová Lucia Dovičáková Lucie Rosenfeldová Markéta Magidová Pražské matky Rafał Milach ROMA BLACK PANTHERS Roman Khimei Tamara Moyzes Věra Duždová Horváthová Wojciech Albiński Yarema Malashchuk Zuzana Štefková



