27.05.2022

„City Limits. Yael Efrati / Asta Gröting / Monika Sosnowska” w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku

Aleksander Kmak
Tekst opublikowany w magazynie Szum 36/2022
Monika Sosnowska, „Fasada”, 2016, malowana stal, własność Hauser Wirth; fot. Piotr Piasta
„City Limits. Yael Efrati / Asta Gröting / Monika Sosnowska” w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku
Monika Sosnowska, „Fasada”, 2016, malowana stal, własność Hauser Wirth; fot. Piotr Piasta

Architektura jest dobrym probierzem tego, co dzieje się na świecie i jak sobie z tym radzimy – lub nie radzimy. Widać to i w trwającej od lat dyskusji o ustawie krajobrazowej, i w ładzie przestrzeni miejskiej, i na instastories Janka Śpiewaka, z pasją miażdżącego współczesną patodeweloperkę oraz architekturę będącą wyrazem chciwości bogaczy. Te same problemy interesująco wybrzmiały na niepozornej wystawie w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, na której zestawiono nowe rzeźby Yael Efrati i Asty Grötning ze znanymi już pracami Moniki Sosnowskiej – na uboczu artystycznych szlaków komunikacyjnych powstał tym samym pokaz nie tylko konkretnych prac, ale i sposobów opowiadania o świecie, rozumienia przestrzeni oraz własnego w niej miejsca. A także – co może zadziwiające, wziąwszy pod uwagę wstrzemięźliwość wystawy – obchodzenia się z traumą odziedziczoną po poprzednich pokoleniach.

Yael Efrati, „bez tytułu”, 2021, media mieszane, własność artystki; fot. Jan Gaworski
Widok na grupę rzeźb Moniki Sosnowskiej z serii „Kwiaty Miejskie”, 2018; własność Galerie Capitain i Fundacji Galerii Foksal; fot. Piotr Piasta

Wybór artystek związanych z Tel Awiwem, Berlinem i Warszawą narzuca bardzo konkretną optykę patrzenia na prace, ale nie przeszkadza to w wypróbowywaniu innych opcji interpretacyjnych – trochę jak w mieście, w którym przytłaczająca historia wyskakuje na każdym rogu tylko po to, by zaraz, lecz tylko pozornie, zniknąć pod warstwą nowości i świeżości. Myślenie o tej osi traumy trzech miast doświadczonych katastrofami XX wieku jest też usprawiedliwione formalnym ciężarem prac artystek – tutaj rzeźba jest naprawdę rzeźbą, kamienną, betonową, mającą swoją skalę i ciężar. W przypominającej nieco kościelne nawy przestrzeni wystawienniczej CRP robi to wrażenie trochę upiorne, a trochę niezwykłe – co dotyczy szczególnie rzeźb Sosnowskiej, która jeszcze chwilę temu na monograficznej wystawie w Zachęcie wydawała mi się tylko artystką bogatych kolekcjonerów, twórczynią formalnie skomplikowanych i imponujących skalą, ale jednak ozdóbek w miałkim, międzynarodowym, zuniformizowanym, zdziadziałym stylu. Tutaj zaś jej rzeźby po raz pierwszy ukazują jakieś osobiste zaplecze czy nawet pozwalają sobie na żart, jak chociażby betonowe filary z wystającymi żeliwnymi prętami, będące pełną nostalgii i jakiegoś ciepła karykaturą kwietników z PRL-owskiego blokowiska. W kontekście całej wystawy z jednego takiego wspomnienia wyrasta sekwencja historii miasta, które po wojennych zniszczeniach musiało jak najszybciej zapewnić mieszkańcom dach nad głową, szybko obrodziło więc budowanymi sprawnie i tanio prefabrykowanymi blokami. W fantazyjnie giętych formach Sosnowskiej, w których czasem udaje się nawet dostrzec odniesienie do prawdziwej formy architektonicznej – okna, kolumny czy dachu – odzwierciedla się też równie pokręcone, wieloznaczne dziedzictwo PRL-owskiego krajobrazu, który, mimo że krytykowany (niesłusznie), dość szybko i skutecznie zapewnił bezpieczeństwo i podniósł poziom życia na niespotykaną dotychczas skalę. To uczucie zadomowienia i przynależności zaskakująco wybrzmiewa w zazwyczaj zimnych i raczej skupionych na formalnych dywagacjach pracach Sosnowskiej. (…)

Pełny tekst recenzji znajduje się w 36. numerze SZUMU.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 36/2022

Zobacz też