15.07.2022

„ok. 2009” w Galerii Dawid Radziszewski

Stach Szabłowski
Tekst opublikowany w magazynie Szum 37/2022
Ewelina Chrzanowska, bez tytułu, ok. 2007, ołówek na papierze, dzięki uprzejmości artystki i Galerii Dawid Radziszewski w Warszawie
„ok. 2009” w Galerii Dawid Radziszewski
Ewelina Chrzanowska, bez tytułu, ok. 2007, ołówek na papierze, dzięki uprzejmości artystki i Galerii Dawid Radziszewski w Warszawie
Ok. 2009 nie jest więc przedsięwzięciem opartym na badaniach, lecz na intuicji i wspomnieniach kuratora. Wystawa nie sprawdzi się za dobrze jako pomoc naukowa dla młodzieży, pragnącej dowiedzieć się, jak wyglądała sztuka w Polsce około roku 2009. To raczej powidok tamtych czasów, które każdy i każda pamięta trochę inaczej – obraz przeszłości rysujący się pod powiekami Dawida Radziszewskiego, kiedy zamknie oczy. Dlaczego jednak w ogóle zamykać oczy i wracać do roku 2009?

Dawid Radziszewski zrobił w swojej galerii wystawę o sztuce ok. 2009. Radziszewski jest człowiekiem-instytucją życia artystycznego. Co innego jego galeria – ta instytucją nie jest; to prywatne, autorskie przedsięwzięcie. Taka jest też wystawa ok. 2009. Tytuł nawiązuje do poetyki „historyczno-sztucznych” badań, ale galerzysta wypowiada go ironicznym tonem. Nie uprawia na wystawie historii sztuki, zresztą sam zauważa na wstępie, że nie jest jasne, czy rok 2009 należy już do historii, czy wciąż jeszcze do teraźniejszości (w rozszerzonym polu). Ok. 2009 nie jest więc przedsięwzięciem opartym na badaniach, lecz na intuicji i wspomnieniach kuratora. Wystawa nie sprawdzi się za dobrze jako pomoc naukowa dla młodzieży, pragnącej dowiedzieć się, jak wyglądała sztuka w Polsce około roku 2009. To raczej powidok tamtych czasów, które każdy i każda pamięta trochę inaczej – obraz przeszłości rysujący się pod powiekami Dawida Radziszewskiego, kiedy zamknie oczy. Dlaczego jednak w ogóle zamykać oczy i wracać do roku 2009?

„ok. 2009”, widok wystawy, fot. Błażej Pindor, dzięki uprzejmości Galerii Dawid Radziszewski w Warszawie
„ok. 2009”, widok wystawy, fot. Błażej Pindor, dzięki uprzejmości Galerii Dawid Radziszewski w Warszawie

„To taka podróż, dla której nie ma dobrego powodu” – pisze kokieteryjnie Radziszewski. No bo rzeczywiście: wyobraźmy sobie, że wpada nam w ręce wehikuł czasu; kto wybrałby rok 2009 na cel swojej pierwszej wyprawy? Jest tyle dat z przeszłości, które wydają się bardziej kuszące, egzotyczne, wyraziste, przełomowe. A rok 2009? To, jak celnie zauważa Radziszewski, „taka przeszłość, która nie jest historią. Nie możemy się w niej nostalgicznie zagnieździć i miło powspominać, bo zbyt przypomina teraźniejszość, nie będąc nią”. I dalej dodaje: „Nie jest łatwo uchwycić charakter tych czasów, jakąś znaczącą różnicę między wtedy a dziś. Może dlatego, że pierwsza dekada XXI wieku nie ma tak wyraźnej tożsamości jak lata 90. czy 80. […]. A tło sprzed 13 lat wydaje się nieostre”.

Zapowiadając wystawę, Radziszewski sam poniekąd studził temperaturę oczekiwań: między wierszami uprzedzał lojalnie, żeby nie spodziewać się zbyt głębokiego wejścia w nostalgię czy też odkrycia na nowo świata sztuki, który niczym Atlantyda zniknął z powierzchni rzeczywistości i istnieje już tylko w legendzie, pamięci oraz, rzecz jasna, w dziełach sztuki.

Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka wystawa wygląda uderzająco normalnie; parę obrazów, kilka filmów, tu obiekt, tam pokaz slajdów, powściągliwa ekspozycja, ale przecież i takich dziś jest wiele. Brak ostentacyjnych sygnałów, że przenosimy się w czasie, do epoki, w której młody Dawid Radziszewski prowadził w Poznaniu galerię. Nazywała się Pies i mieściła się w malowniczo zapuszczonej kamienicy z sex shopem w podwórku. Wchodząc na ok. 2009, nikt nie mógł mieć wątpliwości, że znajduje się w roku 2022, w Warszawie, w galerii, która nazywa się Dawid Radziszewski, jest pięć razy większa od Psa i zajmuje przyziemie drogiego apartamentowca. Po sąsiedzku nie ma oczywiście żadnego sex shopu; jest sushi.

Tomasz Kowalski, „bez tytułu (tooth)”, 2011, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Dawid Radziszewski w Warszawie
Ewelina Chrzanowska, bez tytułu, ok. 2007, ołówek na papierze, dzięki uprzejmości artystki i Galerii Dawid Radziszewski w Warszawie

W 2009 galerie tak nie wyglądały. Ba! Nie istniał jeszcze nawet development, zwany z paryska „19. dzielnicą”, w której galeria Dawid Radziszewski ma swoją siedzibę. Nawet zestaw nazwisk artystek i artystów jest właściwie dzisiejszy – chociaż, jeżeli dobrze mu się przyjrzeć, nie do końca…

Wśród pokazanych przez Radziszewskiego prac był efektowny pejzaż z 2009 roku – obraz pędzla Wilhelma Sasnala pod tytułem Horyzont. W 2009 roku Sasnal bez wątpienia wyznaczał pewien horyzont – międzynarodowego sukcesu, rynkowych cen, medialnego rozgłosu. Po trzynastu latach artysta, który dopiero co miał wielką, świetnie zrobioną i doskonale przyjętą wystawę w Muzeum Polin, wciąż pozostaje punktem odniesienia, zwłaszcza w malarstwie. W gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Obok Sasnala Radziszewski pokazał Miłość Wojciecha Bąkowskiego. Poetycki, ręcznie rysowany film został wyświetlony na eleganckim, kineskopowym monitorze Hantarex. Ale przecież nie jest to ukłon w stronę epoki, o której mowa w tytule. W 2009 roku telewizory od dawna nie miały kineskopów, były prawie tak płaskie jak dzisiejsze; tymczasem Bąkowski już wtedy używał Hantarexów jako swego rodzaju estetycznego manifestu i zajmował się tym, czym obecnie, czyli dogłębną eksploracją życia wewnętrznego – często za pomocą technik i strategii wizualnych, które mają świadomie anachroniczny charakter. Agnieszka Polska czy Tomasz Kowalski to także postaci, które należą do aktualnej sceny artystycznej, choć ich pokazane u Radziszewskiego prace pochodziły rzecz jasna z okresu „ok. 2009”. Uczestniczki wystawy od tamtego czasu oczywiście się rozwinęły, porobiły kariery, ale w sposób istotny się nie zmieniły; trzynaście lat temu były już z grubsza takimi, jakie znamy je dziś. Nawet fotograficzna opowieść Tobiasa Zielonego o Zielonej Górze, rodzinnym mieście Dawida Radziszewskiego, choć zrealizowana (oczywiście!) w 2009 roku, jest bardziej historią o młodości i melancholii miasta średniej wielkości niż próbą wywoływania ducha epoki.

 

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 37. numerze SZUMU.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 37/2022

Zobacz też