11.05.2016

Samozaoranie krytyki. Głos w dwóch debatach – o krakowskim środowisku i pisaniu o sztuce

Arkadiusz Półtorak
Samozaoranie krytyki. Głos w dwóch debatach – o krakowskim środowisku i pisaniu o sztuce
Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

Hiperkrytycyzm

Są takie teksty, po których można tylko rozłożyć ręce lub strzelić sobie w łeb. Z pewnością każdy krytyk marzy, by pisać teksty, które wzbudzają zdecydowane reakcje – zazwyczaj dzieje się tak, kiedy bierze w obronę wartości, które w danym momencie stanowią przedmioty sporu, lub gdy wartości te podważa. Jest jednak i rodzaj krytyki obliczonej na emocjonalną recepcję, którego wiodącą strategią jest hiperkrytycyzm. Od krytycyzmu odróżnia go to, że rezygnuje z opowiadania się za wartościami. Tego rodzaju postulatywność utożsamia z ryzykiem; nie sposób bowiem opowiadać się za konkretną postawą, nie narażając się samemu na dekonstrukcję i zarzuty o idealizm. Krytyka musi tymczasem być pragmatyczna – nie może zatem mieć końca.

Nie dajmy się jednak zapędzić hiperkrytyce w kozi róg: nie tylko ideolodzy zajmują się wartościami. Powinny one być drogie każdemu artyście i „człowiekowi sztuki”, któremu obcy jest wyrachowany formalizm. Dlatego właśnie tak ważny jest tekst Stacha Szabłowskiego W maliny, w którym autor uczula na to, iż oduczyliśmy młodych artystów – my, „świat sztuki”, z akademią na czele – dyskusji o wartościach; nauczyliśmy za to, jak pokazywać „projekty prac” w miejsce pełnych, postulatywnych wypowiedzi. Z tych samych powodów szkodliwe są teksty podobne do recenzji, którą mój redakcyjny kolega Piotr Policht napisał z tegorocznego Krakersa. Odstępuję od określania tego wydarzenia „krakowskim gallery weekendem”, w tym roku okazało się bowiem czymś zupełnie innym. Jego organizatorzy przestali bronić wartości, których bronią zachodnie – w tym i warszawskie – galerie sztuki, tej zmiany Piotr jednak nie uchwycił. Być może od początku uchwycić nie chciał. W kontekście omawianego wydarzenia nie uchwycił również sztuki – tej „młodej” – w której rozpoznać można, na szczęście, ślady dość silnej formacji, na podstawie których można wyciągnąć wnioski dodające otuchy po lekturze tekstu Szabłowskiego.

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

Koniec żałoby

Piotr Policht zaczyna swój tekst od uwag o formule festiwalu. Narzeka na jej schizofreniczność – z jednej strony, idea organizacji galeryjnego weekendu hołduje zawsze sile „nie-publicznego establishmentu”; z drugiej strony, skoro w Krakowie ta sieć pozostaje wyjątkowo uboga, Krakers uwzględnia improwizowane inicjatywy, które w Berlinie czy Warszawie nie znalazłyby się najpewniej nawet w progamie „fringe”. Jakie z tego wnioski? „Otwartość to raczej marna zasłona dymna. Czy naprawdę ktoś jest w stanie uwierzyć, że wypływa ona z chęci pełnego ukazania widzom różnorodności zjawisk artystycznych?” W kolejnym zdaniu autor sugeruje, że do otwartości zmusza organizatorów ogólna marność lokalnego środowiska.

Krakers prezentuje tymczasem, w istocie, krakowską różnorodność – tak właśnie, na dobre i złe, wygląda krakowskie środowisko. To przede wszystkim różnorodność inicjatyw studenckich, ponieważ dla artystów już uznanych i rozpoznawalnych nie tylko w Polsce Kraków jest raczej sypialnią lub miejscem „aktywnego”, knajpianego odpoczynku. Czy jest sens opłakiwać dłużej ten stan rzeczy? Wydaje się, że etap żałoby – której najwyrazistszą manifestacją była chyba wystawa Powrót do domu w dawnym klasztorze koletek (2013) – mamy nareszcie za sobą. Nie zgadzam się z Piotrem, że „Krakers nie uchyla żadnych drzwi i nie wywołuje najlżejszego fermentu”. Z pewnością nie uchyla drzwi do świata galeryjnego, ale to stało się już jasne po zeszłorocznej edycji. Organizatorzy wyciągnęli z tego właściwe wnioski i dlatego zrezygnowali z „selekcji na bramce”. Dobrze zrobili: nikogo poza „VIP-ami” (Starmachem czy Tarabułą; nieobecnymi – i trudno) nie musieli zapraszać. Wszyscy przyszli dobrowolnie, a liczba uczestników nie świadczy o propagandzie sukcesu, lecz o głębokiej potrzebie organizacji takich wydarzeń jak Krakers. Młodzi artyści chcą pokazywać swoje prace częściej niż na wystawach dyplomowych, i słusznie. Wiedzą pewnie, że tylko w ten sposób mogą zdobyć doświadczenie, które przyda się im kiedyś na przykład w przepychankach na rynku warszawskim, jednak instytucjonalna niewydolność miasta skazuje studentów na oddolne ruchy.

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

Policht mimo wszystko z uporem maniaka ustawia Krakersowi poprzeczkę „galeryjną” i wspomina kilka miejsc – tych o formacie najbliższym tradycyjnych galerii czy trwałych „project space’ów” – po których można było (słusznie, zauważa krytyk) spodziewać się dobrych wystaw. Szkoda, że nie wnika przy okazji w genealogię tych inicjatyw, mówi ona bowiem całkiem sporo o „długim trwaniu” pewnej kondycji, która decyduje o dzisiejszym formacie Krakersa. Weźmy galerię SM Dębniki – miejsce powołane do życia, o zgrozo, na okoliczność jednej z poprzednich edycji krakowskiego „gallery weekendu”! O ile nie zawodzą mnie pamięć i zdolność kojarzenia towarzyskich koneksji, nad tym interesującym miejscem – urządzonym w lokalu po osiedlowej siłowni – pieczę trzyma dwójka twórców związanych ze środowiskiem akademickim i animujących działalności studenckie. Mam na myśli Magdalenę Lazar, związaną z Wydziałem Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego, oraz Kubę Skoczka, asystenta na Wydziale Grafiki ASP, związanego z grupą Quadratum Nigrum (a niegdyś „ersatz”) wraz z Mateuszem Okońskim i Kubą Woynarowskim. Członkowie tych samych kręgów towarzyskich założyli niedawno wspomnianą przez Polichta galerię Aristoi oraz siostrzaną fundację Wabawbaw. Wyrosły one na zrębach nieistniejącej już galerii AS, którą przez kilka lat współtworzyli artyści związani dziś z nieobecnym na tegorocznym Krakersie F.A.I.T.-em: ci sami, którzy niegdyś wystawiali swe prace w wakacyjnym Zbiorniku Kultury. Swego czasu na tej ostatniej inicjatywie nie pozostawiała suchej nitki redaktorka Plinta, dziś przypomina o niej jednak – występując już nie jako uczestniczący kurator, a jako akademik – Wojciech Szymański; zrobił to na towarzyszącym ostatniemu Krakersowi panelu o formacji krakowskiego środowiska twórczego. W jakim kontekście? Oczywiście, w kontekście tego, jak lokalni twórcy urodzeni w latach osiemdziesiątych wypracowali swoje postawy w opozycji do szeroko pojętego „establishmentu”. Tak Zbiornik zapisuje się właśnie złotymi zgłoskami w dyskursie krytyki instytucjonalnej. Choć Piotr Policht życzy tego samego lokalnemu nie-gallery-weekendowi w tonie jednoznacznie uszczypliwym, być może autor zmieni jeszcze ów ton w następnych latach.

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Michał Soja

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Michał Soja

Zalety samoorganizacji

Powinno być już jasne, że Krakers – przynajmniej w tym roku – nie hołdował wartościom żadnego establishmentu, choć myśl przeciwną wydaje się raz po raz podsuwać Piotr Policht w swojej recenzji. Zdaniem autora omawiane wydarzenie kierowane jest „do przypadkowej publiczności, która kolejną miejską imprezę kulturalną odhaczy i nabije statystyki, a głównie do samych organizatorów, którzy poprzez nagromadzenie tej publiczności udowodnią sobie – i tylko sobie – ważkość swoich działań”. Moim zdaniem zarówno organizatorzy – na szczęście – jak i miasto – niestety – wycofali się z epatowania swoją obecnością. Lepiej byłoby przecież, gdyby magistrat sypnął większymi kwotami choćby na samą promocję, a Krakowskie Biuro Festiwalowe umożliwiało sprawniejszy jej przebieg w kręgach szerszych niż te środowiskowe, do których ostatecznie był adresowany Krakers. Mimo beznadziejnej promocji na każdym etapie przedsięwzięcia adresaci rozpoznali bez problemu intencje organizatorów, czego dowodem jest fakt, iż ostatnie – liczne – zgłoszenia inicjatyw napłynęły do Fundacji Wschód Sztuki ledwie kilkanaście dni przed rozpoczęciem wydarzenia. Jak określić wspomniane intencje? Przede wszystkim, jak sądzę, jako chęć poświadczenia, że w samoorganizacji nie ma nic wstydliwego.

Dzięki samoorganizacji krakowskiego środowiska artystów na różnych szczeblach w ostatnich miesiącach i latach powstały w Krakowie miejsca, których sukcesom przyglądam się z największą przyjemnością. Mowa o takich przestrzeniach jak Henryk czy Księgarnia | Wystawa, którym udaje się budować stałą publiczność i konsekwentnie promować interesujące projekty. Akurat w przypadku tegorocznego Krakersa galeria na Józefińskiej zawiodła, jednakże w Henryku można było zobaczyć prace Michała Soi, których pominięcie uważam za kolejną dużą usterkę w artykule Polichta.

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

Formacja bardzo konceptualna

Wystawa Soi była jedną z kilku, które przykuły moją uwagę do tego, jak mocno wdrukowany jest w umysły krakowskich młodych artystów tradycyjny konceptualizm, na dobre i złe; w każdym razie na przekór temu, co pisał Stach Szabłowski w komentarzu do warszawskich „Coming outów” w 2015 roku – jakoby akademie nie miały „zasad, które chciałyby narzucić studentom”. Wystawione w galerii Opcja prace studentów intermediów, którym Policht zarzuca dosłowność, niezależnie od jakości dowodzą tego, że krakowska akademia – przede wszystkim, zdaje się, w osobie Artura Tajbera – skutecznie oswaja studentów ze sztuką konceptualną o wyraźnym zacięciu lingwistycznym (aktywnym nawet gdy w grę wchodzi wykorzystanie sensorów ruchu i podobnych wynalazków). W ten sposób wyraźnie wyznacza kierunek ich formacji.

Jakkolwiek wspomniany Michał Soja nie jest studentem intermediów, ale malarstwa (sic!), jego propozycja wyróżnia się nie tylko zręcznym wykorzystaniem animacji, ale i post-sytuacjonistyczną postawą, która spokrewnia młodego twórcę z takimi artystami jak Ellie Harrison, którzy sztukę konceptualną traktują jako narzędzie uprawiania polityki oraz dystrybucji wiedzy. Być może malarz Soja trafi prędzej na Transmediale niż na Bielską Jesień. W swoich pracach wideo konfrontuje on dwa przeciwstawne impulsy – z jednej strony, by codzienne doświadczenie ujmować jako pole zmagania z siłą afektu, która blokuje możliwość werbalizacji; z drugiej strony, by testować możliwość przetwarzania owego doświadczenia w sterty policzalnych i możliwych do porządkowania danych.

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Michał Soja

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Michał Soja

Nawet jeżeli na Transmediale nie trafią przez naiwność, którą zarzuca im Piotr Policht, zainteresowani technologią studenci z galerii Opcja, mają oni zdecydowaną przewagę nad większością tych, którzy pokazywali swoje prace na zeszłorocznym przeglądzie warszawskiej ASP. Powolny, mało konkurencyjny Kraków daje im czas, by myśleć. Rozwijają dzięki temu wrażliwość rozumianą dużo szerzej niż jako „sensiblerie” (tkliwość, „czułostkowość”), od której na dyplomach w Warszawie nachodziły mdłości. Zaprawdę, ci nazbyt dosłowni krakowscy studenci nie mają się czego wstydzić – chyba że swoich krytyków, którzy nie potrafią nawiązać z nimi dialogu.

Niewykluczone, że na naszych oczach wzrasta już kolejne pokolenie twórców, którzy przyniosą ciekawą odpowiedź na atrofię instytucjonalną, która dotyka nie tylko Krakowa, ale całego kraju. Kariery aktywnych obecnie artystów-społeczników takich jak Honorata Martin, Franciszek Orłowski czy Łukasz Surowiec można rozpatrywać przecież na podobnym tle co sukcesy ich rówieśników związanych niegdyś ze Zbiornikiem Kultury. Chociaż wszyscy oni przedarli się do establishmentu – a teraz korzystają z tego coraz zręczniej – ich fundacyjne gesty brały się ze sprzeciwu wobec władzy publicznych instytucji bądź przywiązania do dzieł materialnych, łatwych do zmierzenia i wystawienia (których produkcja mogła podważać zaufanie nawet do zaangażowanych społecznie twórców sztuki krytycznej). Być może młodzi artyści odświeżający język sztuki konceptualnej sprzed pięciu dekad zaproponują formułę trwalszą, która nie będzie musiała zbyt często mierzyć się z zarzutami o cynizm, jakie szybko spotkały Surowca, a ostatnio Orłowskiego?

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

Michał Soja, 24/7, Henryk, fot. Studio FilmLove

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też