01.12.2015

Pluszowy radykalizm. Franciszek Orłowski w CSW Zamek Ujazdowski

Pluszowy radykalizm. Franciszek Orłowski w CSW Zamek Ujazdowski
Projekt 0, 2008–2011

Franciszek Orłowski, Projekt 0, obiekt, 2008–2011

W 2013 roku Zbigniew Libera przygotował projekt Kurator Libera, zakończony wystawą Artysta w czasach beznadziei we wrocławskim BWA. Projekt ten zrobił sporo zamieszania w polskim środowisku artystycznym i przyczynił się do popularności terminu „nowa duchowość”. Ma on w założeniu Libery opisywać specyficzną emocjonalność w młodym pokoleniu artystów, wynikającą z pośredniego oddziaływania nauk Jana Pawła II. Jest to określenie o tyle problematyczne, że pod hasłem „Pokolenie JPII” zwykło się rozumieć osoby urodzone pod koniec lat 70., tymczasem na wystawie w BWA Wrocław zobaczyć można było prace osób o kilka lat młodszych, które podpadają raczej pod tzw. pokolenie Y. Bywa ono określane także jako „millenialsi” albo „pokolenie klapek i iPodów”, a jego członkowie z Janem Pawłem II mają może tyle wspólnego, że często robią z jego wizerunku memy.

Mimo to „nowa duchowość” okazała się hasłem na tyle nośnym, że zaczyna on funkcjonować w języku kuratorów, czego przykładem ostatnia wystawa w GSW Opole, zatytułowana Nowy duch (kur. Przemysław Chodań). Warto z tego względu zastanowić się, jak można rozumieć ten termin w odniesieniu do praktyki poszczególnym artystów. Okazja jest tym bardziej znakomita, że nie tak dawno temu w CSW Zamek Ujazdowski rozpoczęła się wystawa Franciszka Orłowskiego, jednego z uczestników wystawy we Wrocławiu. Jego prace zostały zresztą docenione przez Liberę, który zaprosił go do wystawy jako gościa specjalnego.

Franciszek Orłowski "Tu na dole jest jeszcze dużo miejsca"

Franciszek Orłowski, Tu na dole jest jeszcze dużo miejsca, widok wystawy

Dla Franciszka Orłowskiego wyróżnienie starego mistrza nie było jednak tym, czym choćby dla Honoraty Martin, okrzykniętej wówczas objawieniem. Stało się tak zapewne dlatego, że Orłowski był artystą już dobrze rozpoznanym, mającym na koncie udział w wystawach w najważniejszych instytucjach w kraju. Jego właściwy debiut przypada na 2008 rok, kiedy występował w wystawie Nie ma sorry w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Pokazał na niej zapadającą w pamięć instalację – samochód zalany asfaltem, który wtapiał się w chodnik pod drzwiami do muzeum. Po tym wyczynie Orłowski przeszedł typową ścieżkę „młodego zdolnego”, która ugruntowała jego pozycję w środowisku: gościł w galerii Stereo, w BWA Zielona Góra, białostockim Arsenale. W końcu przyszła też pora na imprezy większego kalibru, jak biennale w Kijowie, Splendor tkaniny w Zachęcie i BRITISH BRITISH POLISH POLISH w CSW Zamek Ujazdowski. Szczególnie ta ostatnia wystawa, gdzie Orłowski był pokazywany w kontekście nestorów sztuki krytycznej i następnego pokolenia „młodej sztuki z Polski” łamanej na „zmęczonych rzeczywistością”, mogła być potraktowana jako rodzaj namaszczenia. Jego praca Niech zstąpi duch twój! (2006), która znalazła się wtedy na tej wystawie, idealnie wpisywała się w jej narrację – opona z cytatem z Jana Pawła II była wymownym symbolem polskiej transformacji.

W tym roku Orłowski doczekał się wreszcie wystawy indywidualnej. Czekać jednak musiał na to długo, bo siedem lat, co w zasadzie jest zastanawiające i sporo mówi o kondycji polskich instytucji publicznych. Orłowski wędrował więc od instytucji do instytucji, aż w końcu przygarnęło go stołeczne CSW i kurator Marek Goździewski. Co ciekawe, ta adopcja uwidoczniła się także na wystawie Przestrajanie, na której Orłowski występuje jako jeden z uczniów Leszka Knaflewskiego, co swoją drogą jest chyba faktem trochę naciąganym. Niezbyt fortunnie wypada też jego praca (instalacja z testów ciążowych zestawiona z „plemnikami” Knafa jednak nie powala koncepcyjnie). A jak to wygląda w przypadku jego wystawy indywidualnej?

W CSW znajdują się wszystkie najbardziej znane prace artysty oraz kilka nowszych filmów, w tym jeden przygotowany specjalnie na wystawę. Ekspozycję rozpoczynają ją dwie najbardziej znane prace artysty – Pocałunek miłościProjekt 0. Obie mają swoje źródło w radykalnym geście wymiany ubrań z bezdomnym, wykonanym przez Orłowskiego w 2009 roku w centrum Poznania. Artysta oddał mu nawet swój portfel razem z zawartością, w zamian dostał reklamówkę z puszkami po piwie. Nie była to jednak jedyna wymiana jakiej dokonał Orłowski, a z pozyskanych ubrań bezdomnych skonstruował dwie instalacje – jednoosobowy namiot (czyli projekt 0) oraz kurtynę, która najpierw zawisła w drzwiach Zachęty, a następnie została przekształcona w zasłonkę w pracy Przebieralnia (która także znajduje się na wystawie).

Franciszek Orłowski Tu na dole jest jeszcze dużo miejsca, widok wystawy

Franciszek Orłowski, Tu na dole jest jeszcze dużo miejsca, widok wystawy

Skąd w Orłowskim determinacja, żeby wziąć na warsztat właśnie tę grupę społeczną? On sam często podkreśla, że niezwykle istotne jest dla niego spotkanie z drugim człowiekiem. „Postęp technologiczny prowadzi do tego, że obszar naszego funkcjonowania podlega coraz bardziej zracjonalizowanym zasadom” – mówił w rozmowie z Pawłem Brożyńskim, opowiadając o Pocałunku miłości. Wywiad ten jest o tyle interesujący, że wyłania się z niego sama postać Orłowskiego – osoby zanurzonej w świecie nowoczesnych technologii, która niekoniecznie może poszczycić się darem wielkiej empatii, ale mimo wszystko decyduje się na dość zaskakujący krok w kierunku poznania bliźniego.

Pocałunek miłości jest też kłopotliwy z innych powodów. Zawsze byłam sceptyczna wobec postaw, które bazują na prostej dychotomii „zły świat technologii – dobry świat prawdziwych ludzi”. Postawienie bezdomnego w roli „prawdziwie autentycznego człowieka” wydaje mi się powielać klisze myślowe, których nie powstydził by się autor Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam. Jeśli więc uznamy, że Pocałunek miłości jest pracą o poznaniu w dobie kultury cyfrowej, to jest ono tutaj przedstawione raczej naiwnie.

Oczywiście, są też plusy. W końcu dzięki takiemu zagraniu jest to praca wyrazista, która zapada w pamięć i może służyć jako nośna metafora. To upodobanie do tworzenia podniosłych, metaforycznych obrazów widać także w innych pracach Orłowskiego, jak choćby w Sercu – gdzie wygłuszył serce dzwonu w dzwonnicy na wzgórzu św. Wojciecha w Poznaniu – czy Studium postawy przedstawiającym biurowy fotel z popękanym siedziskiem z gliny. Taka rzeźba mogłaby stanąć jako memento dla „korpo szczurów” na służewieckim „mordorze”. Jest czytelnym znakiem, trochę łzawym, ale konkretnym.

Studium postawy, 2009 obiekt unikatowy

Franciszek Orłowski, Studium postawy, 2009, obiekt unikatowy

Innymi środkami – które jednak podobnie prowadzą do melodramatycznego efektu – operuje w pracy Drobne z 2009, gdzie jednopensówka z ukrytą w środku mikrofotografią „polskiej ściany płaczu” w Londynie stała się symbolem losu polskich emigrantów. Ją samą możemy zobaczyć jednak tylko na zdjęciach, artysta dawno temu puścił ją w obieg. Moneta wędruje z rak do rąk i w ten sposób tworzy się jej znaczenie. W galerii zobaczyć można jedyne kilka zdjęć dokumentujących proces powstawania monety.

To są jednak wszystko prace sprzed kilku lat, kiedy Orłowski wchodził na scenę jako dobrze zapowiadający się młody zdolny. W ciągu ostatnich kilku lat jego zainteresowania właściwie pozostały podobne, zmieniła się za to temperatura prac. Głównym narzędziem Orłowskiego jest teraz kamera wideo, która służy mu do budowania metaforycznych obrazów komentujących nurtujące go problemy. Efekty jego wysiłków bywają jednak różne. Trudno było mi na przykład głęboko przejąć się filmem Studium pamięci, w którym kamera rejestruje ekipę sprzątającą wiejską chałupę w skansenie. Znów powraca w niej wątek zderzenia współczesnego, stechnologizowanego świata z dawną kulturą, która rządziła się innymi, bardziej ludzkimi wartościami. Porządek nowoczesności bezwzględnie połyka tutaj reszki kulturowego dziedzictwa i je petryfikuje, zamieniając w muzealne eksponaty. Film jest prosty, ma pretensję do bycia zwartym komunikatem, ale w zasadzie nie jest zbyt przejmujący.

Nie jest to jednak jedyna praca, która nastręczać może wątpliwości. Pod tym względem dziwnie wypada Mizukiri (2014), film stworzony razem z Janem Szewczykiem na rezydencji w Tokio. Niezwykle efektowny, może być odebrany jako nastrojowa etiuda, za którą nie kryje się żaden skomplikowany przekaz. Sam artysta tłumaczy swój projekt następująco:

Architektura występuje jako symbol władzy, jest emanacją potęgi rządu, który chroni swoich obywateli przed skutkami naturalnych katastrof, a jednocześnie emanuje obcością i wzbudza niepokój. Gra chłopców w tym miejscu w mizukiri ma charakter medytacyjny. Ukazuje również potrzebę oswojenia żywiołu, wyparcia lęku poprzez poczucie kontroli. Kamień rzucony na taflę kałuży z łatwością sięga drugiego jej brzegu, a odbijając się od jej dna, nie tonie. Relacja chłopców z kałużą, która stanowi zaledwie drobną cząstkę wielkiej wody, rozpięta jest pomiędzy wrażliwością, lękiem i pamięcią samych chłopców o czymś, co określić możemy pamięcią wody.

Już dawno nie czytałam tak pretensjonalnego opisu sytuacji, która jest na dobrą sprawę banalna. Nie wiem też co z tego oswajania się dwóch chłopców z żywiołem wody ma wynikać. Czy jest to krytyka poczynań japońskiego rządu? A może pseudonaukowa refleksja o naturze wody? Albo wizja człowieka w obliczu katastrofy, objawiającej mu się pod postacią złowieszczej kałuży? Trzecia ewentualność jest chyba najbardziej prawdopodobna, ale nie brzmi to dobrze.

Mizukiri, 2014 film wideo, 3’55” Franciszek Orłowski, Jan Szewczyk

Franciszek Orłowski i Jan Szewczyk, Mizukiri, 2014, film wideo, 3’55”

Najbardziej zagadkowa z tego zbioru jest jednak Akupunktura, jedyny nowy film stworzony specjalnie na wystawę w Zamku. Widzimy w nim studentów ASP z pietyzmem tworzących gipsowe rzeźby; one jednak kończą jako cele w ćwiczeniach wojskowych. A może inaczej – rzeźby, które najpierw służyły studentom w nauce rzeźbienia, teraz były pomocą dla młodych rekrutów, ćwiczących swoje umiejętności strzeleckie. Franciszek Orłowski prześledził wędrówkę rzeźb od pracowni do poligonu, zafascynowany sposobem w jaki przenikają się te światy. W swoich intencjach film jest szkicem o nauce odpowiedzialności i normach etycznych, towarzyszących tym dwom systemom edukacyjnym. To są jednak tylko założenia – w praktyce film wypada dwuznacznie, trochę jak ironiczne wyznanie nihilisty, a nie altruisty, na którego Orłowski zwykł pozować.

Przyglądając się tym ostatnim filmom, chciałoby się w zasadzie zapytać, gdzie się podział słynny radykalizm Franciszka Ołowskiego. Mocne gesty, z którymi artysta zwykle jest kojarzony, zostały zastąpione tu przez niejasne w przekazie narracje albo estetyzujące obrazy. Problemem są także autokomentarze obficie cytowane w podpisach prac. Stopień ich nadęcia może niejednego przyprawić o mdłości. Ci, którzy spodziewali się nowej formuły sztuki krytycznej, mogą więc poczuć się zawiedzeni. Zresztą już wcześniej Orłowski unikał strategii prostej krytyki problemów społecznych, idąc raczej tropem poetyckim, ale jak widać potęgowanie tego stylu nie wyszło mu na dobre. W rezultacie dostajemy wystawę umiarkowanie przejmującą, o której trudno powiedzieć, żeby była przełomem w twórczości Orłowskiego, który powinien przecież przeskoczyć już z poziomu artysty „młodego, dobrze zapowiadającego się” na wyższy level. Tymczasem ta wystawa jest mniej więcej taka, jak jej tytuł – Tu na dole jest jeszcze dużo miejsca – który może znaczyć wszystko lub nic i nawet sam kurator przyznaje, że jest nieco enigmatyczny.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

WystawaTu na dole jest jeszcze dużo miejsca
MiejsceCentrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski
Czas trwania23.10.2015 - 10.01.2016
KuratorMarek Goździewski
Strona internetowacsw.art.pl
Indeks

Zobacz też